Religia = strach

Scared face
Niniejszy artykuł kieruję do tych z was, którzy wątpią w to, co słyszą co niedziela w kościele, ale boją się wątpić, myśląc, że Bóg ich potępia za te wątpliwości.

Wydaje się, że przeważająca większość ludzi nie ma tego problemu… a może udało im się samym sobie wmówić, że nie mają? Kiedyś im zazdrościłem, zwłaszcza w trudnych chwilach, kiedy przechodziłem wewnętrzne katusze, zastanawiając się, czy za swoje wątpliwości nie pójdę do piekła, a prawie wszyscy znajomi pukali się w czoło. Raczej pukali-BY się, bo oczywiście nikomu się nie przyznawałem, o czym myślę.

Dzisiaj moja perspektywa się jakże zmieniła! Obecnie uważam, że wątpliwości to wspaniała sprawa, i jedyny problem jest z tym, że zbyt rzadko z prawa do nich korzystamy.

Temat wątpienia w ogóle towarzyszy mi całe życie. Kiedy pierwszy raz kwestionowałem różne zasady religijne, wszyscy pukali się w czoło. Niektórzy mówili, że ‘mam diabła’. Nierzadko stawałem przed wyborem – iść z większością albo iść zupełnie samotnie. A ja byłem w swoich wierzeniach zupełnie odosobniony (było to jeszcze przed erą Internetu i szukanie ludzi o niestandardowych poglądach było zadaniem niełatwym). Prawie wszyscy znajomi sugerowali mi, że coś ze mną nie tak; a ja mnóstwo razy zadawałem sobie pytanie – czy jest możliwe, bym był jedyną osobą w tłumie, która ma rację? Czy to nie pycha – tak myśleć o sobie?

Bałem się. Nie wiedziałem wtedy, że ten strach był celowo we mnie wywołany.

Z pomocą przyszło mi… graffiti z jakiegoś muru. Było napisane:

Jedzcie g***o, miliony much nie mogą się mylić!

Odkąd zobaczyłem ten tekst, towarzyszy mi on całe życie. Uważam, że jest absolutnie genialny! „Większość” nie jest żadnym argumentem. Możesz być jedyną osobą z miliona i wciąż mieć rację. I nie jest to kwestia pychy i pokory. To kwestia prawdy.

(Oprócz tego tekstu o muchach widziałem też podobny, który też moim zdaniem świetnie ujmuje temat: tylko zdechłe ryby płyną z prądem.)

Jest powiedzenie:  jeśli ktoś cię nazwię osłem raz, zignoruj go. Jeśli stanie się to dwa razy w ciągu jednego dnia, zastanów się nad tym. Jeśli trzy, idź i kup sobie siana.

Jakkolwiem mądre (choć niespecjalnie biblijnie uzasadnione) przysłowie to się wydaje, uważam, że z tych trzech porad, które podaje, tylko środkowa ma sens.

Załóżmy, że mieszkasz od urodzenia w jakiejś wiosce, gdzie wszyscy wyznają jakąś zabobonną religię. I wszyscy, których znasz, to ekstremiści, głoszący potrzebę nawracania świata z jedyną możliwą alternatywą – śmiercią dla niewiernych. Nie znasz innego światopoglądu. Nie masz radia, Internetu, nie masz możliwości konfrontacji swoich poglądów z nikim innym.

Najprawdopodobniej przeżyjesz swoje lata i umrzesz w przekonaniu, że znasz prawdziwą religię. I bardzo możliwe, że nigdy nie będziesz miał żadnych wątpliwości. Większość ludzi nie ma. Albo ma tylko przez ulotne chwile.

A co jeśli… któregoś dnia poznasz chrześcijanina, usłyszysz o prawdziwym Bogu i uwierzysz w Niego?

Czy pobiegniesz z radością do swoich bliskich i opowiesz im o tym? Nie, bo wiesz, że mogą cię za to zabić. Zakładam, że nie jesteś w tym jednym może promilu ludzi chętnych do męczeństwa. Będziesz miał wybór – zachować swoje przekonanie do siebie i żyć z wewnętrznym konfliktem, czując się wyobcowanym wśród ludzi praktykujących obcą ci już religię… albo spróbować przekonać siebie samego, że jednak to twoja rodzina i przyjaciele mają rację.

Blisko 100% ludzi wybiera drugą opcję. Nawet w Polsce, gdzie śmierć za zmianę wyznania nie grozi.

Dlaczego? Przyczyną jest zawsze strach. Jeśli nawet nie musimy w Polsce obawiać się śmierci z powodu innych poglądów religijnych, boimy się wytykania palcem, wyśmiewania, kłopotów w przyszłości (np. ksiądz może odmówić ślubu w kościele). Boimy się alienacji.

Ale to dopiero początek strachu. Najbardziej bowiem… boimy się Boga.

A nie powinniśmy. Bóg jest dobry. Strach wywołała religia, nie Bóg.

preacher

 Prześledźmy mechanizm, jak to się dzieje.

O ile głęboka wiara w Boga to dzisiaj rzecz rzadka, to życie wiarą, nacechowane troską o bliźnich i pokornym dążeniem do doskonałości nie dlatego, aby być najlepszym ale dlatego, aby lepiej pomagać innym, występuje rzadziej, niż urodziny cielęcia z dwiema głowami. Normy moralne narzucane przez niemal wszystkie religie są natomiast bardzo wysokie. A na domiar złego, ilość ludzi określających się jako religijnych, jest procentowo w Polsce ogromna. Rocznik Statystyczny z 2013 roku podaje, że wciąż mamy oficjalnie 86% katolików. Porównanie z innym krajami można zobaczyć na http://en.wikipedia.org/wiki/Religions_by_country – Polska jest w czołówce, a wyprzedzają nas głównie malutkie kraje Trzeciego Świata, o których przeciętny Polak nawet nie słyszał.

We wszystkich miejscach, w których istnieje Kościół większościowy lub narodowy, niemal wszyscy jego członkowie należą do niego tylko powierzchownie i nie jest z tym związana żadna duchowość. W  Polsce większość katolików chodzi do kościoła machinalnie i na tym ich związek z Kościołem się kończy. Są natomiast miejsca w USA, gdzie katolicy stanowią poniżej procenta populacji – i często są to nadzwyczaj żywe wspólnoty, których członkowie celują w znajomości Biblii i ofiarnej pracy na rzecz bliźnich. Z Kościołem baptystycznym jest odwrotnie – w Polsce stanowi jedynie ok. jednej setnej procenta populacji i wspólnoty baptystyczne są bardzo żywe, podczas gdy w USA, gdzie jest prawie 70 tysięcy kościołów baptystycznych i gdzie mieszka połowa baptystów świata, jest powiedzenie, że baptysta jest w Kościele tylko dwa razy w życiu – na swoim chrzcie i na swoim ślubie.

Czy duchowni lub inni liderzy wspólnot religijnych nie wiedzą, że zdecydowana większość ich wiernych wcale nie jest zbyt wierna? Nie są przecież ślepi. Nie wyrzucają jednak nikogo z kościoła z powodu duchowej bylejakości. Dlaczego? Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to oczywiście chodzi o pieniądze. Skreślenie kogoś z listy to pozbawianie się części dochodu, a każda „duszyczka” to przecież dochód dla parafii. Dzisiaj mało kogo da się przekonać do dziesięciny i większość kościołów lokalnych swój dochód opiera na niedzielnej tacy.

I tu niedzielna obecność wiernych bardzo popłaca. Przynajmniej dla księdza czy pastora.

Wyobraź sobie, że jesteś takim duszpasterzem w średniej wielkości mieście, i twoja wspólnota stanowi 1000 głów. Wystarczy, że co druga osoba będzie obecna w kościele co niedzielę, i da 5 złotych.  I już masz dochód 10 tysięcy miesięcznie (500 ludzi razy 5 złotych razy 4 niedziele w miesiącu), co wystarczy na rachunki i godziwe życie. A co gdy będzie długi weekend z piękną pogodą, i do kościoła nie przyjdzie 500 osób, a jedynie 100? Już masz 2 tysiące mniej. A co, jeśli lato jest nieznośnie długie i piękna pogoda jest co niedziela?

Masz dwie opcje – sprawić, by ludzie albo zechcieli przychodzić do kościoła, albo by uwierzyli, że muszą to robić.

Ta pierwsza opcja jest niesamowicie trudna. Wiem z doświadczenia, swojego i cudzego. Czasem zaś prawie niemożliwa. Niektóre grupy ludzi są niemożliwe do reformowania. Nigdy oczywiście do końca nie można przewidzieć, jak dana wspólnota się zachowa, i należy do końca próbować, co robił choćby apostoł Paweł, ale czasami skutki będą bliskie zerowym.

Jak można zatem sprawić, by ludzie musieli chodzić do kościoła?

 Postraszyć karą Bożą!!!

I taki przykładowo Katechizm Kościoła Katolickiego dobrowolną rezygnację z pójścia do kościoła w „dni nakazane” nazywa grzechem ciężkim (KKK 2181), zaś kto umrze w stanie grzechu ciężkiego, idzie do piekła (KKK 1033).

Całą młodość nad tym rozmyślałem! Dziwiłem się, czy to jest sprawiedliwe, że całe życie mogę starać się żyć jak należy, a jednego dnia nie zechce mi się iść do kościoła, umrę, i… czekają mnie wieczne męki piekielne?

A ktoś, kto żyje byle jak, ale zdarzy mu się pójść do spowiedzi tuż przed śmiercią… ląduje „w niebie”?

Oczywiście upraszczam tu teologię katolicką, niemniej takie wnioski własnie płyną z różnych katechizmów lub „Kieszonkowych rachunków sumienia”.

Kościoły protestanckie odrzuciły większość zabobonów, ale trudno, myślę, wyobrazić sobie jakąkolwiek instytucję bez choć niewielkiej ilości tradycji, a każda tradycja zawiera zabobony. Niektóre wspólnoty przykładowo nauczają, że chrzest jest niezbędny do zbawienia (na marginesie zawsze ciekawiło mnie, dlaczego ci, którzy w to wierzą, nie chrzczą dzieci zaraz po urodzeniu, ale czekają najcześciej wiele tygodni, albo i miesięcy?). I chociaż zdecydowana większość Kościołów protestanckich naucza, iż zbawienie jest darem i zapracować na niego nie jest się w stanie, teologowie używają różnych sztuczek interpretacyjnych, by jednak jakieś warunki zbawienia postawić.

Zbawienie jest darmowe, ale…

  •  Trzeba wypowiedzieć „modlitwę grzesznika”
  •  Trzeba odwrócić się od absolutnie wszystkich grzechów
  •  Trzeba mieć poprawną doktrynę
  •  Trzeba wytrwać w zbawieniu
  •  Nie wolno popełniać grzechów świadomie
  • – Nie wolno popełniać grzechów wymienionych w 1 Koryntian 6:9-10

Religia wymyśliła (tak! wszystkie powyższe punkty to wymysły nie uzasadnione w żaden sposób Biblią!) te (i inne) warunki, by trzymać wiernych „w ryzach”. Wystarczy zasiać w umyśle ziarno niepewności, aby uniezależnić człowieka od kościoła. Będzie tam chodził co niedziela, choćby po to, by usiłować rozwiać te same wątpliwości, które zostały tam zasiane.

screaming_at_child

Część Kościołów poszła w rozwoju dalej, i przyznała, że zbawienie nie ma nic wspólnego z tym, czy nie palimy papierosów i czy pomagamy staruszkom w przechodzeniu przez ulicę. Jeżeli zatem nie da się utracić zbawienie, to może da się utracić… relację z Bogiem? Jego błogosławieństwo?

Czyli – jeżeli będę za dużo grzeszyć, Pan Bóg nie będzie mnie lubił. Powiązana jest z tym bardzo popularna idea tzw. kary za grzechy.

 Nie zdałem egzaminu na prawo jazdy, bo wcześniej ściągałem na klasówce w szkole. Wyrzucono mnie z pracy,co było karą Bożą za to, że nie płaciłem podatków. Zgubilem portfel, bo miałem myśli nieczyste… Pan nie będzie mi błogosławił, jeśli nie będę się regularnie modlił/czytał Biblii/głosił Chrystusa…

 Jeśli masz szczęście być we wspólnocie, która żadnej z wyżej wymienionych bzdur nie naucza – ceń ją jak diamenty. To wielka rzadkość.

Tych, którzy wierzą, że Bóg dziś karze ludzi za grzechy, chciałbym się spytać, dlaczego Bóg pozwolił na długie życie i dostatek wielu zbrodniarzom, którzy odpowiedzialni są za cierpienia tysięcy lub nawet milionów?

No i w ogóle  dlaczego karze za grzechy, skoro obiecał, że o nich zapomni (Hbr 8:12.10:17)?

Nie bój się myśleć samodzielnie! To ludzie będą wściekli, nie Bóg, bo Bóg cię nie utraci, a twój ksiądz/pastor może! Mogą czekać cię niełatwe chwile; wielu ludzi wybaczyłoby ci łatwiej zabójstwo niż samodzielne myślenie (oni nazywają to herezją), ale później osiągnąć możesz pokój w sercu, którego religijni ludzie nigdy nie doświadczą!

Bardzo możliwe, że nie będziesz miał nikogo, kto rozumie twoje wątpliwości. Świetnie się stanie, jeśli kogoś takiego znajdziesz, niemniej musisz pamiętać, że znajomości Boga nie poprawią teologiczne dyskusje. Źródłem wiedzy o Bogu jest przede wszystkim sam Bóg, a On jest w stanie nauczyć cię wszystkiego, co potrzebujesz, bez niczyjej pomocy!

 Jeśli zaś komuś z was brakuje mądrości, niech prosi o nią Boga, który daje wszystkim chętnie i nie wymawiając; a na pewno ją otrzyma. (Jakuba 1:5)

 

Przykazania – dla kogo i dlaczego?

Zastanów się przez chwilę nad pytaniem – czym się różni chrześcijanin od człowieka niewierzącego?

(Zastanawiasz się. Chwilę. Nie czytasz dalej. Dlaczego czytasz dalej? Nie oszukuj, proszę, przerwij czytanie i zastanów się. Na chwilę!)

Uważne przeczytanie powyższego pytania może doprowadzić do następującego wniosku – chrześcijanin to ktoś, kto wierzy. W końcu przeciwstawiony jest w nim komuś nie-wierzącemu.

W co wierzy? Większość zapewne się zgodzi, że lepiej spytać – w kogo wierzy? Oczywiście, w Jezusa.

Chrześcijanami zatem jest mnóstwo ludzi. Katolicy, protestanci, mormoni, świadkowie Jehowy, a nawet i muzułmanie, bo i oni wierzą w istnienie Jezusa, choć nie uważają Go za proroka ważniejszego od pozostałych.

I tutaj mogę wkleić kilka trylionów stron o tym, jak poszczególne grupy ludzi wymyślają swoje definicje chrześcijaństwa, jak definicje te zmieniają się w czasie, jak grupy te się dzielą (na ogół), łączą między sobą (hmm… w tej chwili nie potrafię przypomnieć sobie takiego wydarzenia),czasem nawet walczą ze sobą i wzajemnie mordują. Tak naprawdę na przestrzeni wieków działo się to o wiele częściej, niż czasem, i dzieje się do dzisiaj.

Czy zatem możliwe jest w ogóle stwierdzenie, czym wyróżniają się chrześcijanie?

Albo – jak odróżnić chrześcijan prawdziwych od udających?

Kiedyś chciałem bardzo, by każdy chrześcijanin miał jakiś cudowny znak wyróżniający od innych – może nie aureolkę jak ze starych obrazów (spać by się przy tej światłości nie dało, choć w zamian za to jakie oszczędności w rachunkach za prąd!), ale może jakiś drobny znak na czole, albo umiejętność robienia jakiegoś drugorzędnego cudu?

To było kiedyś, dzisiaj myślę, że i to by nic nie dało. Zapewne znowu byśmy się podzielili kłócąc, czy na pewno każdy znak jest tego samego rodzaju… albo w ogóle, czy dobrze jest go mieć, czy lepiej nie mieć. I dalej by nie wiadomo było, kto jest prawdziwym chrześcijaninem.

Część chrześcijan robi spis doktryn, po zaliczeniu których, mogą kogoś nazwać chrześcijanem. Wiarę w bóstwo Jezusa, w Trójcę, w nieomylność Biblii, w nieomylność danego Kościoła, w powtórne przyjście Jezusa… ilość tych wierzeń i różne ich zestawienia mogą przyprawić o ból głowy. To, czego wyznawanie dla jednych „chrześcijan” jest dowodem wiary, dla innych jest dowodem jej braku.

Jest jednak jeden problem z doktrynami – stosunkowo łatwo jest w nie uwierzyć. Jeszcze łatwiej powiedzieć, że się wierzy. Wyobraź sobie, że należysz do Kościoła, który za warunek zbawienia uznaje wiarę w to, że Mojżesz był łysy. Niszczysz rytualnie wszystkie dostępne ci rysunki Mojżesza z bujną czupryną (czyż nie jest ciekawe, na marginesie, że Mojżesz rysowany jest z taką czupryną chyba zawsze, chociaż historia twierdzi, że długie włosy u płci brzydszej – choć silniejszej – były wówczas raczej wyjątkiem? Identycznie zresztą ma się sprawa z Jezusem).

commandments3

Kontynuując tę historię, Kościół twój organizuje misje do różnych krajów, by nawracać ludzi na łysego Mojżesza. Kiedy spotykacie kogoś, pytacie się go – czy wierzysz, że Mojżesz był łysy? I jeśli mówi on, że nie, przekonujecie go aż do skutku (albo aż wam ucieknie), i – jeżeli się uda – zaznaczacie w notesiku „kolejna uratowana dusza” i idziecie dalej.

A teraz wyobraź sobie, że spotykasz jakiegoś wesołego Wacka blisko budki z piwem. Zaczynasz temat, a Wacek – z uwagi na wyśmienity humor – łaskawie cię słucha. W końcu jednak zaczynasz go nudzić i Wacek pyta:

– Czy to znaczy, że jeśli uwierzę w łysego Mojżesza, będe zbawiony?
– No, tak – odpowiadasz.
– No to wierzę, i spływaj już stąd – mówi Wacek.

No i tak naprawdę, jedyne, co możesz zrobić, to… spłynąć. Nie masz możliwości weryfikacji, czy Wacek rzeczywiście wierzy. Nie możesz temu zaprzeczyć, wystarczy, że mówi, że wierzy. Sfrustrowany odchodzisz, myśląc, że Wacek jednak w cichości serca wyznaje długie włosy Mojżesza, a ty nic z tym nie możesz zrobić.

I podobnie sfrustrowana jest religia. Nie mogąc zweryfikować wiary swoich wiernych, a jednocześnie musząc ich kontrolować, stworzyła straszną rzecz – PRZYKAZANIA.

commandments1

Czekaj, czekaj – powiesz – przecież przykazania stworzył Bóg, czyż nie?

Bóg stworzył też cyjanek potasu. To, że Bóg coś stworzył, jeszcze nie oznacza, że masz to bezmyślnie używać. Bezmyślnie – podkreślam – nie oznacza, że wcale. Cyjanek potasu, oprócz bycia bardzo silną trucizną, jest nieocenioną pomoca przy wydobywaniu złota.

Popatrzmy na temat przykazań w Biblii.

Spisane przykazania pojawiają się dopiero za czasów Mojżesza („dopiero”, bo co najmniej dwa i pół tysiąca lat po Adamie), co nie oznacza, że wcześniej na ziemi panowało totalne bezprawie. W szóstym rozdziale Księgi Rodzaju znajdziemy początek historii Noego i potopu; potop był karą za grzech, lecz jak Bóg mógłby sądzić ludzi za ich grzech, jeśliby wcześniej nie określił, czym grzech jest? Ludzie więc musieli mieć dane jakieś przykazania, jednak ponieważ Biblia nie wspomina o szczegółach, nie będę spekulować. Adam i Ewa mieli też zresztą przykazane, co mają robić, i czego nie mają; a skoro Bóg rozmawiał z Kainem o dobrym i złym postępowaniu, znaczy się, że i Kain jakieś zasady miał dane.

Pierwsze przykazania, które jasno nazwane są w Biblii przykazaniami, to prawo dane Mojżeszowi (inaczej: zakon mojżeszowy). Dane one zostały Izraelowi w XV wieku pne, i stanowiły część Przymierza. Przeczytaj początek 5. rozdziału Księgi Powtórzonego Prawa (5 Mojżeszowej):

Mojżesz zwołał całego Izraela i rzekł do niego: Słuchaj, Izraelu, praw i przykazań, które ja dziś mówię do twych uszu, ucz się ich i dbaj o to, aby je wypełniać.  Pan, Bóg nasz, zawarł z nami przymierze na Horebie. Nie zawarł Pan tego przymierza z ojcami naszymi, lecz z nami, którzy tu dzisiaj wszyscy żyjemy. (5M 5:1-3)

Przymierza były wtedy bardzo powszechne we wszystkich kulturach, zawierane z innymi ludźmi, jak i również z pogańskimi bożkami. Przymierze z Izraelem nie jest też pierwszym przymierzem, które zawarł Bóg z ludźmi, wcześniej Biblia wspomina na przykłąd o przymierzach z Noem (1M 9:1-17) lub z Abrahamem (1M 17:1-22). Jeśli przeczytacie w Biblii te fragmenty, zobaczycie istotę przymierze – to zobowiązanie jest zawsze dwustronne. Bóg wymaga coś od ludzi ale Bóg i coś ludziom za to obiecuje, przy czym poszczególne przymierza bardzo różnią się od siebie. W przymierzu z Abrahamem widzimy na przykład wielki nacisk na obietnice – Bóg je wymienia, nie stawiając żadnych warunków – dopiero później wspomina o kilku drobnych szczegółach – w tym i o obrzezaniu. Przymierze za czasów Mojżesza natomiast skupia się na wymaganiach, które Bóg miał od Izraela, jednak obietnice też, bardzo konkretne, są w nim zawarte.

Ostatnie zdanie w wyżej cytowanym fragmencie z 5 Mojżeszowej pokazuje też jasno, że to przymierze jest jedyne w swoim rodzaju.

Bóg wymaga od Izraela przestrzegania prawa – i w zamian obiecuje mu m.in. szczególną pozycję wśród narodów, szczególną pomoc, dobrobyt itp. Ludzie zaś zobowiązują się do przestrzegania danych im przykazań.

Teraz jeśli pilnie słuchać będziecie głosu mego i strzec mojego przymierza, będziecie szczególną moją własnością pośród wszystkich narodów, gdyż do Mnie należy cała ziemia. Lecz wy będziecie Mi królestwem kapłanów i ludem świętym. (…)Wtedy cały lud jednogłośnie powiedział: Uczynimy wszystko, co Pan nakazał. (2M 19: 5-6a.8a).

Przymierze to jednak było tylko cieniem Nowego Przymierza:

Lecz takie będzie przymierze, jakie zawrę z domem Izraela po tych dniach – wyrocznia Pana: Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu. Będę im Bogiem, oni zaś będą Mi narodem. (Jer 31:33)

Większość jest zdziwiona, gdy dowiaduje się, że Nowe Przymierze także zostało zawarte z Izraelem, a nie z całym światem. A czy wiesz, że przez ponad 3 lata od wniebowstąpienia Jezusa jedynymi chrześcijanami byli Żydzi, albo przynajmniej stanowili przygniatającą większość, jako że w Dz 10:45 dziwią się bardzo, że poganie również otrzymali dar Ducha Świętego, a w Dz 11:1nn wciąż dziwią się, że Piotr w ogóle przebywa z poganami. W poprzednim rozdziale Dziejów opisana jest natomiast (a w 11. powtórzona) wizja, którą Piotr otrzymał do Boga, w wyniku której Piotr nie uważał już za nieczyste ani żadne pokarmy, ani żadnych ludzi.  Czyż nie oznacza to coś bardzo wyjątkowego i niezwykle istotnego, że Bóg aż musiał posługiwać się szczególną wizją, i to powtarzaną trzykrotnie (zobacz Dz 10:9-16.11:5-10)? Zauważ też, że Jezus powtarzał wiele razy, że Jego misja jest przeznaczona wyłącznie dla Żydów (por. Mt 10:5-7.15:24).

Czy ja – poganin – mam zatem jakikolwiek udział w Nowym Przymierzu, jeśli zostało one zawarte wyłącznie z Izraelem?

Tak! Apostoł Paweł porównuje Izrael do szlachetnych gałęzi oliwnych, pogan zaś do dzikich, i proces dołączenia pogan do Przymierza porównuje do odcięcia gałęzi szlachetnej i wszczepienia dzikiej (por. Rz 11). Izrael z powodu niewiary został odcięty od Przymierza, jednak – jak też można wyczytać to z Rz 11 – nie zostało wypowiedziane w tym temacie jeszcze ostatnie słowo. W tej chwili nie liczy się, w jakim kraju się rodzimy. Paweł wielokrotnie zapewnia, że w Chrystusie pojednany jest ze sobą cały świat i wszyscy jesteśmy jednością:

Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście jednością w Chrystusie Jezusie. (Gal 3:28)

Poza tym plan uczynienia wszystkich ludzi uczestnikami obietnic nie był dla Boga zaskoczeniem – już Izajasz pisał:

Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi. (Iz 49:6b)

Podsumowując temat – istniały dwa przymierza, Stare i Nowe. Stare zawarte było między Bogiem i Izraelem, Nowe również, ale do Nowego dostęp otrzymali również poganie. Wszyscy ludzie.

Prawo – czyli dokładnie 613 różnych przykazań, zawartych od 2 do 5 Księgi Mojżeszowej, a zaczynających się od tych zwanych dzisiaj Dekalogiem, było jedynie częścią pierwszego Przymierza – tego starego.

Wniosek z tego taki, że prawo mnie, poganina, nie obowiązuje. Niezależnie od tego, w jakich czasach bym się nie urodził.

Nowy Testament nigdzie nie uczy pogan żadnych przykazań! Wręcz przeciwnie (por. Dz 15)! Jeżeli zapamiętasz choć tylko jedną rzecz z tego artykułu, będę szczęśliwy, jeśłi będzie to fakt, iż Dekalog nigdy nie obowiązywał pogan {{1}} [[1]]niektóre prawa obowiązywały również pogan,ale tylko tych, którzy chcieli mieszkać razem z ludem Izraela [[1]], i jeśli ktoś uczy cię inaczej, wynika to albo z jego słabej znajomości Biblii, albo złej woli.

A co, jeślibym był Żydem? Obecnie nie ma różnicy, bo Stare Przymierze przestało obowiązywać przy przyjściu Chrystusa:

Na cóż więc Prawo? Zostało ono dodane ze względu na wykroczenia aż do przyjścia Potomka, któremu udzielono obietnicy; przekazane zostało przez aniołów; podane przez pośrednika (…) Do czasu przyjścia wiary byliśmy poddani pod straż Prawa i trzymani w zamknięciu aż do objawienia się wiary. Tym sposobem Prawo stało się dla nas wychowawcą, /który miał prowadzić/ ku Chrystusowi, abyśmy z wiary uzyskali usprawiedliwienie. Gdy jednak wiara nadeszła, już nie jesteśmy poddani wychowawcy (Gal 3:19.23-25)

Prawo Mojżesza mnie nie obowiązuje!

Dekalog mnie nie obowiązuje!!!

Dzisiaj protestanci wojują z katolikami o prawdziwy wygląd Dekalogu. Protestanci mówią, że katolicy usunęli 2. przykazanie, a 10. rozdzielili na dwie części, by dalej było 10. Katolicy zaś zauważają, że w biblijnym Dekalogu jest więcej niż 10 nakazów/zakazów, i ich podział jest rzeczą umowną, a rozdzielenie „ani żadnej rzeczy która jego jest” od „żony bliźniego swego” podyktowana jest szacunkiem dla kobiet, gdyż umieszczenie jej razem z przedmiotami obniżałoby jej godność. Dobre!! No, i – zapomniałbym – Adwentyści Dnia Siódmego i inni sabatarianie nazywają resztę chrześcijan heretykami, bo sabat z Dekalogu zastąpili niedzielą.

Podobny sens mają kłótnie, czy w śniadaniu Marsjan przeważają węglowodany czy białko. DEKALOG JUŻ NIE OBOWIĄZUJE NIKOGO!

Czy nie chcesz wykrzyczeć w tej chwili pytania: to jak, teraż można zabijać, kraść, i w ogóle robić to, na co ma się ochotę?

Odpowiem Ci tak: pomyśl teraz o osobie, którą bardzo kochasz. Może o współmałżonku lub kandydacie na niego, o rodzicach, dzieciach, kimkolwiek.

Czy masz już w myślach tę konkretną osobę? Dobrze. Odpowiedz teraz na naprawdę proste pytanie:

Czy kiedykolwiek wsadziłeś lub wsadziłaś tej osobie palec w oko?

commandments4

Mam nadzieję, że Twoja odpowiedź brzmiała „nie”. Jeżeli było inaczej, proszę, wyobraź sobie drugą osobę, którą kochasz. Jeżeli wciąż odpowiedź brzmi „tak”, weź trzecią. Jeżeli wciąż mówisz „tak”, mam nadzieję, że przebywasz w tej chwili w jakimś zakładzie zamkniętym. Albo, że jesteś okulistą lub chirurgiem ocznym.

Nie włożyłeś? A dlaczego? Czy w Biblii jest przykazanie na ten temat? Nie ma.

Czy w szkole uczyli cię, by nie wsadzać nikomu palca w oko? Nie uczyli.

Czy w polskim prawodawstwie jest zakaz wsadzania palca w oko? Nie ma.

A wyobraź sobie, że poznajesz jakąś osobę. W momencie poznania osoba ta wyjmuje papier i mówi: musimy ustalić zasady naszej znajomości. Bez zasad nic nie będzie działało dobrze. Zasada pierwsza: nie będziesz mi wkładać palca w oko. Zasada druga – nie będziesz mi wkładać długopisa w oko…

Dosyć tej błazenady, nazwijmy rzeczy po imieniu – nie można oprzeć relacji z kimś na spisie rzeczy dozwolonych i zakazanych.  A Bóg chce relacji z nami. Jezus nazwał nas przyjaciółmi. W Biblii czytamy, jak Bóg okazywał wielokrotnie szaloną wręcz miłość ku ludziom, gorącą, pełną emocji.

Popatrz raz jeszcze na cytowany wyżej fragment z Jeremiasza 31:33 – „Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu. „ – nie oznacza to wcale, że nagle na pamięć będziemy znali 613 przykazań, bo oznaczać by to również musiało powrót do składania ofiar. Prawo jest całością, jeśli kiedykolwiek usłyszysz, że ktoś próbuje cię przekonać, iż prawo dzieli się na część obowiązującą do dziś i część już nieaktualną – uciekaj stamtąd, ta osoba nie ma pojęcia o Biblii. Zakon stanowi nierozerwalną całość, i oparty jest on na systemie ofiar. Nie ma podziału na Dekalog i pozostałe 603 przykazania, nie ma podziału na prawo moralne i ceremonialne, to tylko wymysły religii,  nie poparte w ogóle Biblią. Jeżeli ktoś chce przestrzegać prawa, musi przestrzegać też składania ofiar. Co gorsza, jeśli należy do płci pięknej inaczej, musi też się obrzezać, jeśli jeszcze tego nie uczynił.

Wpisanie prawa tego na naszym sercu natomiast oznacza co najmniej dwie istotne rzeczy: że nie będziemy meili wątpliwości, jakie te prawa są (popatrz tylko na kłótnie między denominacjami), i także, że będziemy je traktowali jako nasze prawa – bo serce to w końcu cząstka nas samych. Czyli, że nikt nie będzie ich kwestionował. Ktoś może zmusić nas do ślepego posłuszeństwa, ale nie powiemy wtedy, że jego prawa mamy w sercu. W sercu możemy mieć to, do czego serce te oryginalnie zostało przeznaczone.

Jakie zatem prawo Bóg wpisuje w „głębi naszego jestestwa” {{2}} [[2]]cokolwiek jestestwo ma oznaczać, ale to już chyba tylko tłumacze 1000-latki wiedzą[[2]]? NOWE prawo. Prawo miłości, prawo wolności. Kochaj i rób co chcesz! – słyszysz czasami i wydaje ci się to herezją? Popatrz co pisze Paweł w 1 Kor 6:12 – wszystko mi wolno! Zaraz jednak dodaje, że nie wszystko przynosi korzyść. Mogę iść do sklepu monopolowego, kupić piwo, i je wypić? Mogę. Mogę też kupić 10 litrów wódki i je wypić? Mogę. Rozum jednak podpowiada mi, że ta druga rzecz będzie dokładnie odwrotna do „przynoszącej korzyść”. (Ta pierwsza rzecz jest dla wielu chrześcijan jednym z ulubionych tematów do kłótni, więc … zakończę tu temat :-))

Popatrzmy na te genialne w swojej prostocie słowa Jezusa:

Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem (J 13:34)

Brakuje ci przykazań? Proszę bardzo, masz przykazanie! Ważne kiedyś, ważne dzisiaj, dla każdego! A co się stanie, kiedy je złamiesz? Cokolwiek się stanie, stało się już, przecież łamiesz je codziennie. Łamiemy je wszyscy. Przymierze jednak trwa dalej, przymierze jest nierozerwalne, wieczne, a konsekwencje naszej niewierności są już w 100% poniesione – przez ofiarę Jezusa! Cóż za wspaniała to wieść dla nas!!! Gdyby wszystkie umowy tak wyglądały!

Bóg okazał nam niesamowitą miłość i pokazał jedyne w swoim rodzaju bezwarunkowe wybaczenie. Nie jesteśmy w stanie zrobić niczego, co spowodowałoby Jego dezaprobatę! Wybrał nas zresztą przed założeniem świata, znając przyszłość i wszystko, co zrobimy, także niczym Go nie zdziwimy!

Kochaj i rób, co chcesz – tak mówi Bóg, ale nawet jeśli z tej zasady zostawiamy tylko drugą część, Bóg nas wciąż kocha tak samo!

[Miłość] wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje (1 Kor 13:7-8a)

 

Bóg jest miłością (1J 3:1.4:8)

Czy zatem mogę jutro na przykład zamordować kogoś, kogo nie lubię?

Mogę, jestem wolnym człowiekiem. Czy Bóg mnie za to ukarze? Nie. Mam pełne przebaczenie grzechów (Ef 1:7). Ukarze mnie za to ktoś inny. Ława przysięgłych.

Czy gdyby przykładowo jutro okazało się, że nastąpiła pomyłka w tłumaczeniach, i że Biblia wcale nie zakazuje mordowania, zacząłbym zabijać, na przykłada wszystkich tych, których nie lubię? Nie. Nie robię tego dzisiaj nie dlatego, że przykazanie mówi – nie zabijaj! Jestem na tyle dojrzały by rozumieć, że to głupie. Czy wszyscy są tak dojrzali? Na pewno nie. Dzieci raczej nie. Osoby z niektórymi rodzajamy upośledzeń – również nie. Choć morderstwo tylko za to, że kogoś nie lubię, jest bardzo prostym moralnie wyborem (przynajmniej dla większości). Istnieje natomiast mnóstwo rzeczy, które już tak proste nie są. Dlatego, owszem, potrzebujemy zasad. Im mniej dojrzali jesteśmy, tym więcej ich potrzebujemy. Ale zasady te potrzebne są tylko w tym samym sensie, w jakim znajomość przepisów drogowych potrzebna jest do jazdy samochodem. Przepisy te nie mówią mi, czy mam dzisiaj jechać do babci, czy do sklepu. Nie mówią mi też, czy mam gdzieś jechać, czy nie.

Zdaję sobie sprawę, że to, co piszę wyżej, może niektórym wydać się zagmatwane i niejasne. Jak poczytasz spory teologiczne, zobaczysz, że zwolennicy wszystkich opcji zdają się mieć poparcie w Biblii. Ta sama Biblia nazywa przykazania pożytecznymi i nieużytecznymi.

A przeto poprzednie przykazanie zostaje usunięte z powodu jego słabości i nieużyteczności,  (Hbr 7: 18)

 

Tak więc zakon jest święty i przykazanie jest święte i sprawiedliwe, i dobre.  (Rz 7:12)

Skąd ta dwoistość? Nie chcę tutaj arbitralnie niczego rozstrzygać, i nie temu służy ten artykuł. Moim zdaniem stopień, w jakim dotyczą nas przykazania, zależy od poziomu naszej dojrzałości, ale absolutnie niedopuszczalne jest ocenianie innych i dyktowanie im, jak mają żyć. Kluczowy jest tutaj 14. rozdział Listu do Rzymian, gdzie Paweł zajmuje się głównie praktykowaniem świąt i wyłączaniem pewnych pokarmów w celach religijnych. Jego wniosek jest następujący:

Kim jesteś ty, co się odważasz sądzić cudzego sługę? (…) Dlaczego więc ty potępiasz swego brata? Albo dlaczego gardzisz swoim bratem? Wszyscy przecież staniemy przed trybunałem Boga.(…) A swoje własne przekonanie zachowaj dla siebie przed Bogiem. (Rz 14:4.10.22)

Ten strasznie brzmiący „Trybunał Boga”, wspomniany również w 1 Kor 5:10, to na pewno nie miejsce selekcji zbawiony – niezbawiony; kontekst wykazuje, że raczej odbywa tam się rozdawanie nagród.

Słyszałem kiedyś historię o tym, jak świeży chrześcijanin, chcąc pomóc komuś w tarapatach finansowych, dokonał napadu rabunkowego na stację benzynową, tłumacząc później, że uczono go, iż pomoc potrzebującym to priorytet dla każdego chrześcijanina.

commandments2
Wydaje ci się to głupie? Sam bym dokonał napadu rabunkowego, gdybym na przykład mógł tym uratować czyjeś życie. Priorytety nie zawsze są czarno-białe, na ogół nie znamy wszystkich okoliczności, także najsensowniej wydaje się po prostu zastosować do słów Pawła: „A swoje własne przekonanie zachowaj dla siebie przed Bogiem„.

Na koniec wspomnę jeszcze o dość popularnym w protestantyzmie poglądzie, iż chrześcijan obowiązują te spośród przykazań starotestamentowych, które powtórzone są w Nowym Testamencie.

Po pierwsze, Biblia nigdzie nic takiego nie głosi.

Po drugie, kwestią dyskusyjną jest, czy Ewangelie należą do Nowego Testamentu, czy do Starego. Ja osobiście uważam, że do Starego.

Po trzecie, pogląd taki otwiera możliwość do niekończcących się sporów na temat mnóstwa fragmentów. Co obowiązuje wiecznie, co jest uwarunkowane kulturowo, co Paweł pisał tylko do Koryntian, do do nas wszystkich, co jakie słowo oznacza w którym kontekście, itp itd…

Unikaj natomiast głupich dociekań, rodowodów, sporów i kłótni o Prawo [Mojżeszowe]! Są bowiem bezużyteczne i puste. (Tyt 3:9)

Dokładnie!

Zacytuję na koniec Jana z jego pierwszego Listu. List ten ma mnóstwo do powiedzenia na temat przykazań, jednak przykazania te definiuje tylko raz. I nie znalazłem lepszego podsumowania przykazań, które mnie obowiązują.

 A to jest przykazanie jego, abyśmy wierzyli w imię Syna jego, Jezusa Chrystusa, i miłowali się wzajemnie, jak nam przykazał (1 J 3:23)

Piekło (2/2) – czy to jest biblijne?

hell04

W ostatnich latach nie pisze się tyle o piekle, co kiedyś, niemniej wcale nie dlatego, że temat ten zniknął ze świadomości ludzkiej. Dowód? Podam za „Wprost” (http://www.wprost.pl/ar/182304/W-co-wierza-Polacy/), iż 65% Polaków wierzy w istnienie piekła. „Wprost” nie pisze jednak, ilu z tych ludzi ma absolutnie niezmąconą pewność, że się tam nie znajdzie, ale opierając się na dyskusjach z ludźmi jestem pewien, że liczba ta byłaby dziesięcio-, a może i stukrotnie mniejsza.

W poprzednim artykule wykazałem, ile logicznych niespójności zawiera doktryna piekła, jednak logika nie może przesądzać o istnieniu piekła, gdyż po pierwsze nikt z nas nie potrafi używać wyłącznie absolutnie bezstronnych argumentów w logicznym rozumowaniu; po drugie – teoretycznie rzecz bioriąc, jeśli Bóg objawiłby coś, co sprzeczne jest z naszą logiką, wciąż powinniśmy to akceptować. To, że czegoś nie rozumiemy, nie musi wcale oznaczać, że jest to nieprawdą. Przyjrzyjmy się zatem troszkę temu, co Biblia mówi na temat „piekła”.

Piszę „troszkę”, bo chociaż uważam, że Biblia o piekle nie pisze absolutnie nic, to ludzka pomysłowość jest na tyle duża, że trudno znaleźć kartę Biblii, na której ktoś nie odnalazł odniesienia do piekła, i jeślibym chciał zająć się wszystkimi przypadkami, zajęłoby mi to kilka lat. Jeśli pojawi się taka potrzeba, rozwinę jeden z omawianych punktów w osobnym artykule.

Czytając powyższe być może od razu zakładasz, że nie będę pisał prawdy, gdyż widzisz w Biblii słowo „piekło”, a ja utrzymuję, że Biblia nic o piekle nie pisze. Zacznę zatem od… terminologii.

Odniosę się troszkę do języków oryginalnych, w których nie jestem bynajmniej ekspertem, jednak zaraz zobaczysz, że ekspertem tutaj być wcale nie trzeba.

Pisząc „piekło” będę miał – naśladując to, co głosi większość Kościołów – na myśli miejsce/stan, w którym nie zbawieni umarli znajdują się po śmierci lub po Sądzie Ostatecznym, i w którym pozostaną tam na wieczność. Nie interesuje nas w tej chwili kiedy/jak się tam znajdą, ważne jest, że jest to stan wieczny. Mniejsza też o to, czy dosłownie smażą się tam w ogniu lub przechodzą przez inne tortury czy też piekło jest to stan oddalenia od Boga. Zajmiemy się tylko tą częścią definicji piekła, która wspólna jest dla wszystkich Kościołów – czyli piekło to coś, co:

1.  jest karą, dotyczącą ludzi niezbawionych

2. nie ma końca.

Wyraz „piekło” występuje w polskiej Biblii – w zależności od tłumaczenia od 25 do 40 razy, jednak powstają tłumaczenia, które tego słowa już nie mają. Wiele też wydań w innych językach nie używa żadnych odpowiedników „piekła” (np. New American Bible z 1970 r.)  i wierzę, że kiedyś wyraz ten zniknie z Biblii zupełnie… bo tak naprawdęgo tam nie ma i powstał w wyobraźni tłumaczy.

Spójrzmy na wszystkie wyrazy tłumaczone na język polski jako piekło, i nie zajmie nam to dużo czasu.

1. Szeol / hades

Wyrazem często tłumaczonym jako „piekło” jest „szeol” (w Starym Testamencie ) i „hades” (w Nowym). Są one równoważne; bowiem kiedy autorzy NT cytują ST z wyrazem szeol, używają terminu „hades” – np. Ps 16:10 – Dz 2:31).

Nie jest to bardzo popularny termin, 64 przypadki wystąpienia „szeol” i 11 „hades” to, patrząc na objętość Biblii, niewiele. Termin „Pan” występuje przykładowo około 8000 razy, „ziemia” i „miasto” – po 1000 razy.

Co ciekawe, Biblia nigdzie nie definiuje terminu „szeol”. Kiedy znajdziemy i poczytamy w konkordancji wszystkie wersety, w których on występuje, widzimy, że jest to miejsce, do którego „idą” umarli. Napisałem „idą” w cudzysłowiu, bo w jaki sposób się tam znajdują, też nie jest nigdzie wyjaśnione. Idą tam wszyscy, niezależnie od tego, czy należeli do Narodu Wybranego, czy nie, także jeżeli w którymś miejscu w Biblii jest napisane, że ktoś chce tam nie iść, oznacza to tylko tyle, że „jeszcze” chce tam nie iść, czyli nie chce jeszcze umrzeć.

Czyli – iść do szeolu = umrzeć.

Zacytuję wspomniany wyżej Dz 2:31:

widział przyszłość i przepowiedział zmartwychwstanie Mesjasza, że ani nie pozostanie w Otchłani (oryg. hadesi), ani ciało Jego nie ulegnie rozkładowi.

 

Odnosi się to do Chrystusa – czyli, że i On był w „hadesie”. A przecież w Jego przypadku nie mogła być to kara za grzechy! Hades zatem nie może być karą za grzechy, i nie pasuje do naszej definicji piekła!

Zresztą niemal wszystkie nowsze wydania Biblii, również te katolickie, tłumaczą już hades jako otchłań – nie, jak wcześniej – piekło. Czyżby i największy z istniejących Kościołów zaczął się wycofywać?

Krótko mówiąc – szeol/hades nie może być piekłem, gdyż nie spełnia już wyżej wymienionego punktu pierwszego jego definicji.

A co z punktem drugim? Czy pobyt w piekle – hadesie – szeolu – nie ma końca?

Cytowany wyżej Dz 2:31 pokazuje jasno, że pobyt w otchłani nie jest nieskończony. Nie tyczy się to tylko Jezusa, bo pierwotny autor tych słów – Dawid – mówił przede wszystkim o sobie. Jeśli Bóg nie zostawi czyjejś duszy w hadesie, nie jest to miejse wieczne. Warunek z punktu drugiego definicji również nie jest spełniony.

Jakkolwiek zwolennicy piekła by tego nie chcieli, szeol nie może oznaczać piekła w dzisiejszym, „chrześcijańskim”, tego słowa znaczeniu.

Pójdźmy krok dalej – jako, że nie ma żadnej definicji „szeolu”, pojawia się pytanie, czy to jest w ogóle miejsce, czy może po prostu stan śmierci? To już jednak tylko możemy gdybać, jeśli mamy opierac się wyłącznie na Biblii, gdyż, jak już wspominałem, niczego ona w tej kwestii nie definiuje.

Jedynym fragmentem, który wyłamuje się z tego opisu szeolu, jest przypowieść o bogaczu i żebraku, ale – jak wykażę w artykule „Bogacz i Łazarz – wędrówka do piekła?” – jest to alegoria. „Łono Abrahama”, do którego odnosił się Jezus, nie oznacza przecież siedzenia u Abrahama na kolanach 🙂

devil_hell

2. Gehenna

Ten dziwny wyraz głównie „odpowiedzialny” jest za powstanie doktryny o wiecznych mękach w piekle. W najpopularniejszych polskich przekładach – Tysiąclatce i Biblii Warszawskiej – gehenna tłumaczona jest jako piekło.

Wyraz „gehenna” pochodzi od nazwy miejsca Gehinnom – co oznacza Dolinę Syna Chinnoma. Jest to jedna z dwóch dolin obok Jerozolimy. W Starym Testamencie można znaleźć odniesienia do tego miejsca w 2 Krn 28:3 i 33:6 oraz w Jer 7:31 i 19:2-6. Dowiadujemy się z nich, że w miejscu tym dokonywano bałwochwalczych ofiar na ludziach – konkretnie, spalano tam dzieci w ofierze bożkom: Molochowi, Baalowi i innym. Z tego powodu miejsce uważane to było za przeklęte.

Powszechnie uważa się, że w późniejszym okresie palono tam śmieci, i ogień był tam obecny non stop, ale kiedy szukałem rzetelnych źródeł tej informacji… nie znalazłem żadnych.

„Gehenna” (w greckim oryginale „geenna”) pochodzi od tego miejsca… ale nie jest do końca jasne, co współczesny Chrystusowi człowiek myślał, kiedy go słyszał. Kiedy większość Polaków słyszy nazwę miasta „Sopot”, na myśl przychodzą morze i słynne sopockie molo, kiedy zaś ktoś powie „byłem z Zakopanem” wiem od razu, że nie po to, by opalać się na plaży. Gdy współcześni Chrystusowi słyszeli o gehennie również ich umysły musiały kojarzyć od razu pewne rzeczy. Niestety, nie wiemy na 100%, co im się kojarzyło. „Gehenna” była używana kilkukrotnie w Biblii, jednak nigdzie nie znajdziemy jej definicji i wszystkich możliwych przykładów odnoszenia się do niej. Wyraz ten wszedł do obiegowego języka, ale nie sposób się dowiedzieć, jak był na codzień używany, bo 12 przykładów użycia w Nowym Testamencie, w dodatku wszystkie – z wyjątkiem jednego – w identycznym kontekście, to tak naprawdę bardzo niewiele.

Zajrzyjmy do Biblii.

Gehenna występuje zatem w Biblii 12 razy, 11 razy w Ewangeliach synoptycznych i jeden raz w Liście Jakuba, przy czym w tym ostatnim przypadku użycie jest wyraźnie metaforyczne:

Język jest wśród wszystkich naszych członków tym, co bezcześci całe ciało i sam trawiony ogniem piekielnym [Gehenny] rozpala krąg życia. (Jakuba 3:6b)

Kontekst mówi o bluźnierczej mowie – nie ma ani słowa i życiu pozagrobowym. Zostaje nam zatem 11 fragmentów, w których wyraz gehenna jest użyty. We wszystkich występuje on w tym samym kontekście. Zajrzyjmy do jednego fragmentu, w którym gehenna występuje aż 2 razy:

Ewangelia Marka 9:43-48
Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony.
I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła.
Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie.

Kiedyś czytałem ten tekst mnóstwo razy… i powodował u mnie lęk… dzisiaj natomiast widzę, że tak naprawdę nie widziałem, co tu jest napisane; widziałem jedynie kościelną interpretację. Bo gdybym widział sam tekst, powinienem poczynić kilka interesujących obserwacji. Takich jak:

Sprawy opisane w tym fragmencie dotyczą ludzi żywych, nie umarłych.

Jakkolwiek nieprawdopodobne może się to wydać, odpowiedz na pytanie – kiedy powinniśmy sobie odciąć ręce, by uniknąć piekła? Teraz czy po śmierci? Przecież, jeżeli odetnę sobie rękę tutaj, to, gdy umrę, w momencie „sądu” albo będę bezkształtnym duchem (jak wierza niektórzy), albo zmartwychwstanę z nowym ciałem i obiema rękami. Czy jeżeli ktoś w wypadku straci ręce i nogi, w „życiu wiecznym” też będzie pozbawiony kończyn? Nie chciałbym, szczerze mówiąc, takiego życia wiecznego.

No tak, ale przecież „życie wieczne” lub „Królestwo Boże” nie dotyczą spraw na ziemi, czyż nie?

Przypominam – rozważamy tekst napisany tysiące lat temu, w zupełnie obcych nam reliach, w nieużywanej od wielu wieków odmianie języka greckiego. Wydaje nam się, że rozumiemy doskonale, co oznacza termin „życie wieczne” ale nie dlatego, że sami doszliśmy do tego studiowaniem tekstów biblijnych, tylko… nauczono nas tego w kościele. Tylko dlatego, że religia podaje te rzeczy „do wierzenia”, nie musi to oznaczać, iż jest to prawda. Zajmę się tymi tematami jak tylko czas pozwoli w osobnych artykułach, na razie tylko nadmienię, że oba te terminy – Królestwo Boże i życie wieczne – jednak dotyczą życia tu, na ziemi. Na razie zwróćmy uwagę na jedną ciekawą konstrukcję –  omawiany fragment Ewangelii Marka to jeden pomysł, rozwinięty trzykrotnie, z użyciem częściowo różnych słów.

Ten sam termin mamy podany na trzy różne sposoby, co powinno pomóc w jego lepszym rozumieniu:

 Życie wieczne (1) oznacza Królestwo Boże (2) i oznacza życie (3)

ogień nieugaszony (1) oznacza piekło(Gehenna) (2) i oznacza miejsce, gdzie robak nie umiera (3)

Życie wieczne w naszym języku oznacza życie bez końca, ale wśród biblistów wyraz aionios, tłumaczony tu jako „wieczny”, jest powodem ogromnych sporów. W Nowym Testamencie i w Wulgacie (greckim, starożytnym tłumaczeniu Starego Testamentu) tłumaczony jest przeróżnie, przykładowo jako „dawny”, „stary” (Psalm 77:6; Przysłów 22:28). Coś nie tak, by ten sam wyraz raz tłumaczyć jako „stary”, a kiedy indziej „wieczny”, czyż nie? Tłumaczenie aionios jako wieczny wydaje się przykładowo dziwne w Hbr 6:12 – co to znaczy wieczny sąd? Bóg będzie kogoś sądził bez końca? Albo Mk 3:29 – wieczny grzech? Ktoś zamierza popełniać jakiś grzech w nieskończoność?

Widać bezspornie, że przynajmniej w niektórych przypadkach, aionios bez wątpienia nie oznacza „wieczny”, a więc wybranie go do omawianego fragmentu było interpretacją tłumaczy! Czy poprawną?

Dosłownie aionios pochodzi od aion – wiek, pewien okres czasu. Aionios dosłownie oznacza „odnoszący się do wieków” lub „trwający wiek/wieki”. W anglojęzycznej literaturze często spotykałem się z następującym stwierdzeniem – niemożliwe jest, aby wyraz „aionios” mógł oznaczać coś nieskończonego, skoro aion oznacza coś skończonego – wiek, okres czasu.

W języku angielskim ciężko to sobie wyobrazić, mało wspólnego mają wyrazy „eternal” i „age” – ale po polsku? Wieczny i wiek! Jasne, tylko… takie analogie nie mają sensu. p Istnieje zbyt wiele różnic między językiem greckim I wieku i polskim XXI wieku aby szukanie podobieństw w konstrukcjach językowych miało jakikolwiek sens. Zastanawiam się tak w ogóle, czy podobieństwo między „wiek” i „wieczny” w języku polskim nie ma swojej genezy w nadinterpretacji Biblii, którą ktoś rozpowszechnił setki lat temu 🙂

Nigdzie w Biblii nie znalazłem słowa, które można przetłumaczyć bez żadnych wątpliwości na słowo „wieczny”.

Nie jest natomiast dyskusyjny zwrot „gdzie robak nie umiera„. W umysłach wyszkolonych przez religię powstaje obraz wiecznie płonącego robaka, który cierpiąc, nie umiera; albo robaka zjadającego przez nieskończoność nasze ciało… I znajdziesz takie wyjaśnienie nawet w popularnych komentarzach biblijnych! Tymczasem sprawa jest banalna; aby ją zrozumieć, wszystko, co musisz zrobić, to zajrzeć w inne miejsce Biblii:

A gdy wyjdą, ujrzą trupy ludzi, którzy się zbuntowali przeciwko Mnie: bo robak ich nie zginie, i nie zagaśnie ich ogień, i będą oni odrazą dla wszelkiej istoty żyjącej. (Iz 66:24)

O kim tu mowa? O trupach! W Księdze Izajasza znajduje się bardzo wyraźna analogia do omawianego fragmentu z Mk  9! Mamy i ogień nie gasnący, i robaka, który nie ginie. Ciała ludzi zostaną zniszczone! Nie ma mowy o torturach!

Niełatwo zrozumieć dosłownie zwrot „ich robak nie umiera”, ale chodzi o to, że ludzie umrą, a ich ciała zgniją do końca, robaki dokończą dzieła i nie ustaną, aż wszystko nie zginie.

Nie wydaje się to wszystko banalnie proste, zgodzę się! Tekst ten pisany był 2000 lat temu, pojęcia w tamtej kulturze językowej mogą być dzisiaj niezrozumiałe nawet przez językoznawców, ale kontekst pokazuje ponad wszelką wątpliwość, że nie chodzi tutaj o żywych ludzi – ani na tym, ani na „tamtym” świecie – i ich cierpienia! Mowa o ludzkich zwłokach!

O czym jednak Jezus mówił w tym fragmencie? I co to w ogóle jest gehenna?

Uwaga, bardzo ważny akapit, proszę o maksymalne skupienie:

W 70 roku naszej ery dokonała się niewyobrażalna rzeź ludzi. Rzymianie oblegli i zaatakowali Jerozolimę. Według współczesnego tamtym czasom historyka Józefa Flawiusza, zginęło wówczas milion sto tysięcy Żydów. Zmasakrowaniu mieszkańców towarzyszyło spalenie miasta. Nowy Testament zawiera wiele ostrzeżeń przed tym wydarzeniem, jednak religia wypacza ich sens i interpretuje je jako zapowiedzi wiecznych tortur w piekle.

(Tacyt podawał, że zginęło 600 tysięcy Żydów, wiele nowszych źródeł podawało jeszcze o wiele mniejsze liczby, niemniej bez wątpienia była to hekatomba nie mająca współcześnie podobnych).

Proszę, przeczytaj powyższy akapit… tyle razy ile trzeba. A później popatrz na to zdanie, wypowiedziane przez Jezusa:

Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. (Mt 24:34)

Wiele sekt musiało się zmierzyć z tym tekstem, gdy obliczali swoje daty końca świata; cóż to oznacza ów wyraz – pokolenie? W zależności od tego, co przyjmiemy, możemy dojść do różnych wniosków. Może „pokolenie” oznacza Izrael? Może chrześcijan, Kościół?

Na ogół w Biblii najprostsze wyjaśnienie jest prawdziwe. Grecki wyraz oznaczający pokolenie – genea – występuje w Nowym Testamencie 43 razy i zawsze odnosi się do zwykłego pokolenia ludzi – jak np. tu:

Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń (Mt 1:17)

Ciekawostka – z prostych obliczeń Biblijnych dat (zainteresowanych odeślę do źródeł), wynika że Biblijne pokolenie ma 44-45 lat.

A zatem co najmniej niektóre z rzeczy, o których Jezus mówił, miały spełnić się w ciągu następnych 45 lat. I spełniły się – w 70 roku. Wtedy do Rzymianie wtargnęli do Jerozolimy, spaliwszy ją wraz z mieszkańcami w… ogniu nieugaszonym

Wydaje się to naciągane? Piekło naciągane jest o wiele bardziej.

Poza tym… jeśli Mk 9:43-48 mówi realnie o piekle, istnieją tylko 2 realne alternatywy zbawienia- albo bezgrzeszność albo stopniowe pozbawianie się różnych organów. Dlaczego bezgrzeszność? A dlatego, że we fragmentach, gdzie mowa o gehennie, normy moralne zdają się być absurdalnie podniesione a kary niewspółmierne do przewienień – do tego stopnia, że trzeba być chyba wolnym od najmniejszych przewinień, bo za byle co czeka… piekło… Spójrz na fragment z Kazania na Górze:

A Ja wam powiadam: Każdy, kto gniewa się na swego brata, będzie winien sądu. A kto powie swemu bratu: głupcze, będzie winien Najwyższej Rady. A kto powie: bezbożniku, będzie winien piekła ognistego. (Mt 5:22, BP)

Nie wiem, jak ty, ale mnie nie raz zdarzło się nazwać kogoś bezbożnikiem! Czyli idę do piekła – i choćbym żył świętym zyciem przez 80 lat, nic tego nie zmieni! Widzimy, do jakich idiotyzmów doprowadza wyrywanie wersetów z kontekstu?

Jeśli ręka jest dla ciebie powodem do grzechu, lepiej ją odetnij… czy KTOKOLWIEK, KIEDYKOLWIEK, słyszał, aby nawet najwięksi religjijni fanatycy (i nie używam tego wyrazu pejoratywnie) coś takiego robili?

Ilu z ponad 2 miliardów ludzi, którzy się obecnie podają za chrześcijan, odcięło sobie kończyny lub wyłupało oczy?

Obawiam się, że ani jeden. O tym raczej pisałyby gazety.

Czy więc nikt nie zważa na słowa Jezusa?

Ja wierzę w autentyczność słów Jezusa w Biblii. Czemu zatem sobie nie odciałem ręki? Nie wierzę, że Jezus tego od kogokolwiek chciał. Dzięki temu nie osiągnie się bezgrzeszności. A czy wyłupanie oka zagwarantuje mi czystość myśli? Będę miał drugie oko. Wyłupię oba? Zostanie mi wyobraźnia. A mózgu sobie nie wyłupię.

Z tego wszystkiego wysnuwa się jeden wniosek – niezależnie od tego, jak tłumaczy ten fragment przeważająca większość Kościołów, nie możemy go odczytywać dosłownie, bo dochodzimy do wielu absurdów!

Wiem doskonale po sobie, że bardzo trudno zmienić sposób odczytywania jakiegoś fragmentu Biblii, jeżeli widziało się go w jakiś konkretny sposób przez wiele lat. Apeluję jednak – poszukaj w tym wszystkim logiki. Religia każe ci wierzyć i indoktrynuje cię od dziecka. Skoro wszyscy w coś wierzą, jak można to kwestionować?

A skoro miliardy much lubią lizać odchody, też powinniśmy to robić?

Gehenna odnosi się do mającej niedługo nastąpić zagładzie Żydów i główną misją Jezusa było przestrzeganie Izraela przed nią. Izrael jednak nie uwierzył, i niemal w całości zginął podczas oblężęnia Jerozolimy.

A zatem…

 Co Biblia mówi na temat piekła?

Nic. Mówi o hadesie/szeolu, który jest po prostu grobem wszystkich zmarłych; i mówi o gehennie, która jest wydarzeniem historycznym.

Gdyby piekło było prawdziwe, byłaby to niewątpliwie najbardziej przerażająca rzeczywistość, jaką sobie możemy wyobrazić. Dziwię się chrześcijanom wierzącym w istnienie piekła, że nie biegają nieustannie po szpitalach, hospicjach, i nie błagają ludzi, by uwierzyli, bo jak nie, to czeka ich wieczność w ogniu.

Dziwiłbym się też apostołowi Pawłowi. On był „Apostołem Pogan”, czyli – naszym (a na pewno moim). Jest autorem połowy ksiąg Nowego Testamentu… i nigdzie nie widzę, by gdziekolwiek wspominał o piekle. Nie widzę nawet, by namawiał odbiorców swoich Listów do ewangelizacji wszystkich ludzi. Nie pisał, byśmy pomyśleli o naszych niezbawionych dzieciach/współmałżonkach/rodzicach i modlili się o nich i agitowali ich, by „oddali swe życie Jezusowi”.

Strach przed tym, co stanie się z nami po śmierci, jest w Nowym Testamencie zupełnie nieobecny!

Biblię uważam za genialną księgę, nie mającą sobie równej, ale im więcej ją studiuję, tym bardziej się zdumiewam – jednak nie tylko nad jej geniuszem, ale także nad przewrotnością rodzaju ludzkiego, który wymyślił tak pokrętną jej interpretację, że Dobra Nowina jest pełna strachu i niepewności… i wciąż, ogromna większość chrześcijan przyjmuję ją bezkrytycznie!

Uwolnienie umysłu z tego systemu nie jest bynajmniej proste – i często trwa lata, aż naprawdę przestaniesz się bać religjijnych bzdur. Ale warto – odmieni to sposób, w jaki widzisz Boga. Nie trzeba będzie się więcej zastanawiać, jak miłosierny Bóg stworzył tak potworną karę – bo nikt jej nie stworzył, poza chorą wyobraźnią przywódców religijnych!!!

devil

Ostatnia edycja – 15 stycznia 2018