Nieprzebaczalny grzech

Jednym najważniejszych celów istnienia tej witryny jest wykazywanie, iż to, że „Bóg jest miłością” jest prawdą, i chociaż  ta miłość w ujęciu religii polega na strachu i hipokryzji, z prawdziwym Bogiem nie ma to nic wspólnego.

Skoro Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo, również coś z relacji międzyludzkich musi odzwierciedlać coś z relacji między Nim – Ojcem – a nami – Jego dziećmi.

wesola rodzinka 2

Większość ludzi raczej zgodzi się, jak powinien zachowywać się rodzic doskonały. Opiekuńczy, zapewniający całej rodzinie poczucie bezpieczeństwa, konkretny lecz opanowany, z poczuciem humoru, przede wszystkim jednak – kochający.

Większość zapewne zgodzi się z tym, że jesteśmy Bożymi dziećmi, i że Ojciec nasz jest ojcem doskonałym, pytanie tylko – zabrzmieć to może dziwnie – w jakim wieku dziećmi dla Niego jesteśmy?

Już tłumaczę, co mam na myśli. Jeżeli kategorycznie zabronimy coś dzieciom, a one i tak złamią nasz zakaz, to sposób, w jaki na to zareagujemy, zależy głównie od ich wieku. Reakcje mogą być krańcowo odmienne – kiedy niemowlę zrobi coś pomimo tego, że mówimy „Nie”, naszą reakcją może być przykładowo śmiech. W późniejszych latach kary mogą obejmować dodatkowe obowiązki, zakaz wyjścia z rówieśnikami, a w drastycznych przypadkach może być to i wyrzucenie z domu. Rozumiemy to doskonale, że z domu nie wyrzucimy pięciolatka choćby nie wiem jak się zachowywał, lecz 20 lat później, kiedy dziecko będzie regularnie pod wpływem alkoholu lub narkotyków demolować nasz dom, prędzej rozważymy takie wyjście.

Innymi słowy – w umyśle zdrowego człowieka nie istnieje taki czyn, którego dopuściło by się niemowlę lub kilkulatek, którego nie należałoby natychmiast wybaczyć.

Czy nie czulibyśmy się dobrze wiedząc że podobnie myśli o nas Bóg?

Czy Bóg patrzy na nas jako na małe, bezbronne, niewiele wiedzące słodkie kilkulatki, czy jak na 40-letnich bezrobotnych, nadużywających alkoholu i do tego regularnie bijących swoich rodziców?

Tyle mówi się o nieskończonej, niepojętej miłości Bożej, czy istnieją jej granice? Czy jesteśmy w stanie zrobić coś takiego, że Bóg powie „dość” i przestanie nas kochać albo odwróci się nie dając nam już żadnej szansy?

Otóż według religii, w Biblii jest kilka fragmentów wskazujących na to, że tak jest w istocie. Najpopularniejsze z nich dotyczą tak zwanego „nieprzebaczalnego grzechu”. Znaleźć je można we wszystkich ewangeliach synoptycznych.

Zaprawdę, powiadam wam: wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone.  Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego.  (Marka 3:28-29)

Dlatego powiadam wam: Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi nie będzie odpuszczone.  jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym. (Mateusza 12:31-32)

Każdemu, kto mówi jakieś słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie przebaczone, lecz temu, kto bluźni przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie przebaczone.  (Łukasza 12:10)

„Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia” – przyznam, że przez sporą część mojego życia ten tekst mnie bardzo niepokoił. Z jednej strony – czy oby już nie popełniłem takiego grzechu? Z drugiej – jak nieprzejednany i okrutny może być Bóg, jeśli za jeden czyn może od człowieka się odwrócić? Jakże mogę myśleć o Bogu jako o dobrym ojcu?

Jeżeli też masz podobne obawy, ten artykuł jest dla ciebie.

Wyżej wymienione fragmenty ewangeliczne nie należą do najłatwiejszych i najbardziej jasnych, o czym można przekonać się porównując różne tłumaczenia.

Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego.  (Biblia Tysiąclecia)
Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nie dostąpi odpuszczenia na wieki, ale będzie winien grzechu wiekuistego. (Biblia Warszawska)
Ale kto bluźni przeciwko Duchowi Świętemu, nie ma odpuszczenia na wieki, ale winien jest sądu wiecznego.  (Biblia Gdańska)
Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nie otrzyma nigdy odpuszczenia, ale zawsze będzie winien grzechu. (Biblia Poznańska)
Któryzaśkolwiek zbluźniłby przeciwko Duchowi Świętemu, nie ma przebaczenia/wyzwolenia na wiek ale winny jest wiecznego sądu (Ewangeliczny Przekład Interlinearny Biblii)
Ale ktokolwiek powiedziałby zło odnośnie Ducha Świętego nie ma przebaczenia na ten wiek, ale jest w niebezpieczeństwie sądu trwającego wiek. (tłumaczenie z angielskiego przekładu dosłownego Younga)

To jak z tym przebaczeniem, nie otrzyma go nigdy, na wiek, czy na wieki?

I czym się w tym fragmencie grozi – sądem wiecznym? Grzechem wiekuistym? Czy po prostu grzechem? I co to w ogóle jest „sąd wieczny”, o którym mówi Biblia Gdańska? Sąd trwający wieki? Czyżby sądownictwo niebiańskie było tak opieszałe jak polskie?

No i co to jest bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu? Gdzie jest definicja tego?

Otóż mamy szczęście – Biblia zawiera definicję tego bluźnierstwa! Co prawda w tylko jednym miejscu, ale zawiera!

Mówili bowiem: Ma ducha nieczystego. (Marka 3:30)

To wszystko? Tak, to wszystko.

Koncepcja nieprzebaczalnego bluźnierstwa występuje w całej Biblii tylko raz – choć powtórzona jest we wszystkich ewangeliach synoptycznych, jest to bez wątpienia nieco inaczej ujęta jedna i ta sama wypowiedź Jezusa – tutaj jednak sprawa ma się jeszcze prościej – wyjaśnienie, czym jest bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu znajdujemy jeden, jedyny raz.

O co chodzi w Mk 3:30? Spójrzmy kilka wersetów wcześniej:

Natomiast uczeni w Piśmie, którzy przyszli z Jerozolimy, mówili: Ma Belzebuba i przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy. (Mk 3:22)

I ten tekst – „Ma Belzebuba” – został przez Jezusa nazwany „grzechem przeciwko Duchowi Świętemu”.

Ponieważ zatem koncepcja ta nie występuje nigdzie indziej w Biblii, wysnuwam tezę, iż tekst ten nie ma absolutnie żadnego zastosowania praktycznego do nas, i jego studiowanie ma tylko historyczny aspekt poznawczy – czyli wiemy, co się stało i po co, ale przestroga, którą wyrzekł Jezus, odnosiła się tylko do tamtych czasów, tylko dla uczonych w Piśmie zarzucających Jezusowi bycie opętanym przez ducha nieczystego.

Z jednej strony zatem mogę spać spokojnie – nie jestem uczonym w Piśmie zarzucającym Jezusowi wyrzucanie demonów przez moc demoniczną. Tylko im Bóg nigdy jakiegoś grzechu nie wybaczy, nie mnie, nie moim bliskim.

Tak się jednak składa, że to wyjaśnienie jeszcze mnie nie zadowala, bowiem kłóci się z obrazem Boga, którego  znam. Zatwardziałych to znam tylko ludzi, a i to wiem, że nie będą zatwardziali na wieczność.
Moja percepcja Boga jednak oczywiście jest subiektywna i dowodem na nic nie jest, także zajrzyjmy do Biblii.

Istnieje bardzo zdrowa zasada interpretacji Biblii – „teksty trudne wyjaśniamy tekstami łatwymi”. Jeżeli jakiś temat poruszany jest w Biblii wielokrotnie i niektóre fragmenty tłumaczą je w sposób pozostawiający niewiele wątpliwości, przyjmujemy je za prawdziwe, a pozostałe dopasowujemy do tych pierwszych.

Albo… przyznajemy się do niewiedzy.

Najstarszy znaleziony, spisany tekst w języku polskim ma około 800 lat, i wygląda dokładnie tak:

najstarszy polski tekst
Day ut ia pobrusa a ti poziwai

Pisze i czyta sie go dzisiaj w nieco łatwiejszy sposób – „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj.” – czy jednak wiemy, co on oznacza?

No właśnie, nie jesteśmy pewni.

Zwłaszcza ostatnie słowo jest problematyczne i wybitny eksperci nie są pewni. Czy „poczywaj” znaczy „odpoczywaj” czy „podziwiaj”? Nikt nie wie na 100%.

Jeżeli eksperci nie są pewni co do zdania napisanego 800 lat temu, nie sądzisz, że Nowy Testament, napisany ok. 2000 lat temu, może również budzić momentami wątpliwości?

Fakt – w przypadku Biblii mamy bardzo dużo tekstów porównawczych, tysiące rękopisów, mamy też bardzo podobną grekę klasyczną i jej liczne dzieła, także generalnie wielkich problemów z Nowym Testamentem nie ma, jednak istnieją niektóre wyrazy lub wyrażenia bardzo rzadko spotykane. Wtedy najlepsi językoznawcy mogą jedynie rozłożyć ręce.

Istnieje też sporo pojęć mocno zakorzenionych w powszechnej kulturze i tak powszechnie znanych, że… nikt już ich nie definiuje. Gdyby za 1000 lat jakiś badacz trafił na archhiwum gazet z 2016 roku bardzo możliwe, że nigdzie nie znalazłby definicji słowa „komputer”.

Oba te problemy – że wyraz jest bardzo rzadko używany lub że jest zbyt powszechnie znany i nie definiowany – są często nie do obejścia dla tłumaczy języków starożytnych. Omawiany fragment o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu jest niestety problematyczny z obu tych powodów.

Jeśli poczytamy rozważania – tudzież dywagacje – teologów na temat grzechu nieprzebaczalnego (a czytałem ich kilkadziesiąt) zauważymy, że z połowa objętości ich tekstów poświęcona jest dwóm słowom – aion i aionios.

Oba z nich użyte są w naszych wersetach.

Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nie dostąpi odpuszczenia na wieki (aion), ale będzie winien grzechu wiekuistego (aionios). (Biblia Warszawska)

Przeczytajmy jeszcze raz powyższe tłumaczenia Mk 3:29. Występują między nimi dość znaczne różnice! Niektóre tłumaczenia coś pomijają z oryginalnego tekstu, jak gdyby ich tłumacze nie mieli pojęcia, jak coś przetłumaczyć Biblia Tysiąclecia nie tłumaczy słowa „aion” ale wstawia słowo „nigdy” (którego nie ma w tekście oryginalnym), natomiast Biblia Poznańska omija słowo „aionios”.

Co tak naprawdę oznacza „aion” i „aionios”?

Niestety, nigdzie nie ma w Biblii definicji tego słowa – było zatem na tyle powszechnie znane, że czytelnicy nie potrzebowali definicji. Jednocześnie nie jest jednak aż tak często w Biblii używane, byśmy mogli bez żadnych wątpliwości znaleźć ich polski odpowiednik pasujący w 100% przypadków.

„Aion” (Nr 165 w indeksie Stronga) oznacza „wiek”, „okres czasu”, „era”. W Biblii używany jest najczęściej na 3 sposoby:

1 – mówiąc „ten wiek” w sensie życie teraz – touto to aioni – (np. Mt 12:32, Łk 20:34, Rz 12:2)
2 – w określeniu „na wiek/wieki” – eis tous aiona(s) (np. Łk 1:55, J 6:58, Rz 11:36)
3 – w wyrażeniu najczęściej tłumaczonym jako „koniec świata” – synteleia tou aionos

Istnieje jeszcze przymiotnik „aionios”, i bierze on znaczenie od rzeczownika „aion”.

Język grecki jest dość skomplikowany, gramatyka używa wielu form, końcówek i wariacji, a mnóstwo wyrazów ma bardzo znaczeń, czasem krańcowo odmiennych tematycznie. Większość odmian tradycyjnej teologii, zarówno katolickiej jak i protestanckiej, uważa że choć sam „aion” na ogół oznacza jakiś konkretny okres czasu, „aionios” oznacza „wieczny”, podobnie jak w języku polskim mamy wyrażenie „na wieki”.

Teologia liberalna i uniwersalistyczna zakłada, że skoro „aion” oznacza „określony okres czasu”, nie może tak być, aby „aionios” oznaczał „wieczny”, a jedynie „odnoszący się do jakiegoś okresu czasu”. Mówią – skoro „aion” jest skończony, również „aionios” powinien być skończony.
Wszystkie artykuły jednak z zakresu teologii liberalnej, które czytałem, są… po angielsku. I to może wszystko tłumaczyć! Dla Polaka nie stanowi najmniejszego problemu fakt, iż mimo iż „wiek” oznacza określony na ogół okres czasu, „wieczny” oznacza nieskończony. Tak jest też w wielu innych językach. Tylko nie w angielskim 🙂 Osoba anglojęzyczna powie „to niemożliwe, żeby – skoro aion oznacza jakiś okres czasu – aionios oznaczał wieczny”! A ja na to – możliwe, i tak właśnie jest w języku polskim!

Fragment Mk 3:29 tłumaczony słowo po słowie brzmi „nie ma przebaczenia na WIEK” – jednak różni się to wyrażenie od miejsc, gdzie bez wątpienia chodzi o „ten wiek”; tam używany jest zaimek wskazujący „touto” – „ten”- tu zaś tylko przedimek określony.Wydaje mi się, że pewna część teologów nie wierząca w istnienie piekła poprzez zmianę słowa „wieczny” na „trwający wiek” chce, aby nasz fragment należało tłumaczyć „Kto popełnił bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu, nie ma przebaczenia w tym wieku” (ale ma w tamtym)”, ale takie tłumaczenie jest niepoprawne – po pierwsze – brak zaimka „touto”, po drugie – w Mt 12:32 jest powiedziane „ani w tym wieku, ani w przyszłym” – i wtedy jest użyty „touto”, czyli chodzi o „obecny wiek”… ale zaraz potem jest dopowiedzenie „ani w przyszłym”.

Wygląda na to, że „w tym wieku” bez zamika „touto” jest odpowiednikiem wyrażenia „ani w tym wieku, ani w przyszłym”, czyli… nigdy.

Chyba że… ma nadejść więcej wieków, niż jeden? Czyli że grzech nie będzie wybaczony ani na tym świecie, ani w przyszłym, ale w trzecim – tak? Spotkałem się i z takimi poglądami,ale to czyste dywagacje. Niektórzy utrzymują że „ten wiek” to był czas Izraela, „przyszły” – to era kościoła, a po tej erze nastąpi wieczność. Ponieważ jednak nigdzie w Biblii nie znajdziemy nie opisu „trzeciego wieku”, musimy również uznać, że są to dywagacje.

Konkludując, wygląda na to, że Jezus mówiąc „ani w tym wieku, ani w przyszłym” ma na myśli „ani teraz, ani nigdy”. Głowy za prawdziwość tego twierdzenia uciąć jednak bym sobie nie dał (mniej istotnych części ciała swego – też nie). Jeżeli kiedykolwiek znajdę lub odkryję jakiekolwiek rozwiązanie tego problemu, obiecuję przeredagować ten tekst! Nie sądzę jednak, że to kiedyś nastąpi. Myślę, że problemy językowe są tu na tyle wielkie, iż nie można jednoznacznie stwierdzić, co każde słowo znaczy.

Pomyślmy jednak nad taką sytuacją:

W pewnym kraju mnóstwo ludzi zalegało z podatkami. Po pewnym czasie kraj ten zaangażował się w niewielki konflikt zbrojny z sąsiadem.
Król ogłosił – jeżeli ktoś pójdzie na ochotnika jako żołnierz walczyć za kraj, jego dług podatkowy zostanie anulowany.
Jeżeli jednak ktoś nie zechce pójść do wojska, jego dług darowany nigdy nie będzie!
Co oznaczają te słowa króla?
Czy oznaczają, że unikający wojska dłużnicy będą torturowani?
Wydaleni z kraju?
Zamordowani?
Nie. Oznaczają tylko tyle, że swoje długi podatkowe wciąż będą musieli spłacić.
Kiedy po jakimś czasie zdobędą skądś pieniądze i w końcu dług spłacą, ich status nie będzie się róźnił od tych, którzy poszli na wojnę. Dług wobec „Fiskusa” i jednych, i drugich, będzie wynosił tyle samo – zero.

Wyraz „anulować dług” to dokładnie to samo wyrażenie, które we fragmencie o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu tłumaczone jest jako „przebaczyć„. Chrześcijanie jednak usilnie chcą we fragmentach o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu widzieć zapowiedź… wiecznych mąk grzeszników.

Nie sądzicie, że gdyby chodziło o coś takiego istotnego (w końcu ważą się losy naszej… nie tylko przyszłości, ale WIECZNOŚCI!), temat ten omówiony byłby gdzieś szerzej?

A jest on tylko raz… i to w ewangeliach.

Dlaczego „tylko”?

To, co to teraz napiszę, może wydać się herezją. Prawdopodobnie gdybym sam ileś tam lat temu to przeczytał uznałbym za herezję. Proszę jednak – pomyśl nad tym przez chwilę. Jeżeli to herezja, nic ci zaszkodzi, przecież wiesz, dlaczego wierzysz w to, co wierzysz, prawda?

Biblia podzielona jest na dwie części. Stary i Nowy Testament.

Większość chrześcijan widzi je jako zupełnie inne nowe światy, zupełnie inne epoki.

Czy jednak ten podział jest słuszny?

Spójrzmy na następujące dwa wersety:

Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem (Gal 4:6)

Lecz On [Jezus] odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela.  (Mt 15:24)

Pierwszy werset mówi nam, że Jezus został zrodzony „pod Prawem”. Znaczy to, że Jezus podlegał Prawu Mojżeszowemu, wraz z jego wszystkim 613 przykazaniami, i że Prawu temu podlegali wszyscy Żydzi (czyli wszyscy Jego apostołowie, uczniowie, rodzina itd.). A ten mały „szczegół” sprawia, że nasza sytuacja krańcowo jest odmienna od nich. My pod Prawem Mojżesza nie jesteśmy, Jezus jest końcem tego Prawa (Rz 10:4).

Drugi fragment, z Ewangelii Mateusza, mówi nam coś o czym mało kto wie i mało kto rozumie – otóż misja Jezusa nie była skierowana od początku w ogóle do nas! Mało tego, nie była nawet skierowana do wszystkich Żydów, ale jedynie do tych z domu Izraela (istniał jeszcze dom Judy)!

Jezus przyszedł i od początku zaczął głosić „nawróćcie się, przybliżyło się Królestwo Niebieskie” (Mt 3:2, Mk 1:15 itd.), ale czy ta wiadomość jest dzisiaj aktualna dla mnie? Co to znaczy „przybliżyło”? Czasownik eggizo, „przybliżyć”jest używany tylko do bardzo wielkiej bliskości lub niemal obecności; czy Jezus mógł mówić Izraelowi, że coś jest bliskie, jeśli miał na myśli tysiące lat? Toż wg Biblii cała historia ludzkości ma tylko kilka tysięcy lat!

Mógłbym podać wiele dowodów językowych na to, że te słowa Jezusa do nas się nie odnoszą, odnosiły się tylko i wyłącznie do Żydów w tym czasie, zawierały ofertę konkretnego Królestwa, tutaj, na ziemi, obiecanego przez proroków.

Królestwo to Żydzi jednak odrzucili.

Jakkolwiek by się wydawało to dziwne, Jezus nigdy nie oferował niczego poganom – nie-Żydom – NAM. Mało tego. Przez około 5 lat po Jego śmierci i zmartwychwstaniu dalej nikt tego nie robił. Zmiana nastąpiła dopiero wtedy, kiedy szczególne, ostateczne objawienie dostał apostoł Paweł.

Paweł potwierdził wielokrotnie, iż przesłanie, które dostał, nie zostało nigdy wcześniej przekazane światu

(…) zgodnie z Ewangelią i moim głoszeniem Jezusa Chrystusa, zgodnie z objawioną tajemnicą, dla dawnych wieków ukrytą, (Rz 16:25 b)

 

Mnie, zgoła najmniejszemu ze wszystkich świętych, została dana ta łaska: ogłosić poganom jako Dobrą Nowinę niezgłębione bogactwo Chrystusa i wydobyć na światło, czym jest wykonanie tajemniczego planu, ukrytego przed wiekami w Bogu, Stwórcy wszechrzeczy.   (Ef 3:8-9)

Co takiego zostało przekazane Pawłowi? Jaka jest ta tajemnica?
Paweł nigdy nie głosił „nawróćcie się, przybliżyło się Królestwo Niebieskie”. Nie wzywał do pokuty. Nie nawoływał do chrztu.

(…) [Bóg] nam oznajmił tajemnicę swej woli według swego postanowienia, które przedtem w Nim powziął dla dokonania pełni czasów, aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi. (Ef 1:9-10)

Tajemnica objawiona Pawłowi polega na tym, iż Bóg od początku historii planował zjednoczyć wszystkich ludzi – nie tylko naród wybrany, nie tylko Żydów, a nawet – o, zgrozo – nie tylko tych, którzy przed śmiercią zdążyli odmówić „modlitwę grzesznika”.

Wszystkich.

I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni (1 Kor 15:22)

aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem – ku chwale Boga Ojca. (Flp 2:10-11)

Czyż to nie wspaniałe? Nie ma sensu dzisiaj dzielić świata na tych, co już są „w Chrystusie” i na tych, którzy nie są – gdyż wcześniej czy później wszyscy w Nim będą! Zauważmy, że jeśli od decyzji podjętych w czasie ziemskiego życia zależeć miałaby wieczność człowieka, Biblia musiałaby być pełna ostrzeżeń i napomnień, abyśmy spieszyli do wszystkich znanym nam ludzi – rodziny, przyjaciół, zwłaszcza tych umierających, aby broń Boże nie odeszli z tego świata bez wypowiedzenia „Jezus, ufam Tobie”.

W Biblii jednak nie znajdziemy ani jednego takiego ostrzeżenia. Za to zalecenie „nie bój się” występuje w niej około setki razy.

Fragment o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu może nie być dla nas zupełnie jasny, tak jak wiele innych fragmentów. Jednak przesłanie Bożej miłości nie pomijającej żadnego człowieka jest jasna, i możemy ją znaleźć niemal na każdej karcie Biblii.

Religia przez wieki nauczyła się perfekcyjnie wypaczać przesłanie Bożej miłości. Gdyby Kościołom udało się zapewnić swoich wyznawców, że naprawdę Boga nie należy się obawiać, znaczna większość ludzi przestałaby natychmiast uczęszczać na nabożeństwa, bo dzisiaj robią to tylko ze strachu przed piekłem… wiele denominacji by natychmiast upadło… źródło dochodu dla rzeszy kleru przestałoby istnieć… dlatego starają się utrzymywać swoje owieczki w strachu, często nazywanego „Dobrą Nowiną”.

A prawdziwie dobra nowina brzmi – dzięki Chrystusowi problem grzechu między tobą i Bogiem po prostu nie istnieje.

Dzisiaj Bóg patrzy na ciebie tak, jak dobry, kochający rodzic patrzy na swoje malutkie dziecko. Nie ma takiego grzechu, który popełnisz, który u Niego poskutkowałby choćby zmarszczeniem brwi, nie mówiąc o jakimś wiecznym odrzuceniu!

mama dziecko

A grzechów ich oraz ich nieprawości więcej już wspominać nie będę. (Hebrajczyków 10:17)

Religia = strach

Scared face
Niniejszy artykuł kieruję do tych z was, którzy wątpią w to, co słyszą co niedziela w kościele, ale boją się wątpić, myśląc, że Bóg ich potępia za te wątpliwości.

Wydaje się, że przeważająca większość ludzi nie ma tego problemu… a może udało im się samym sobie wmówić, że nie mają? Kiedyś im zazdrościłem, zwłaszcza w trudnych chwilach, kiedy przechodziłem wewnętrzne katusze, zastanawiając się, czy za swoje wątpliwości nie pójdę do piekła, a prawie wszyscy znajomi pukali się w czoło. Raczej pukali-BY się, bo oczywiście nikomu się nie przyznawałem, o czym myślę.

Dzisiaj moja perspektywa się jakże zmieniła! Obecnie uważam, że wątpliwości to wspaniała sprawa, i jedyny problem jest z tym, że zbyt rzadko z prawa do nich korzystamy.

Temat wątpienia w ogóle towarzyszy mi całe życie. Kiedy pierwszy raz kwestionowałem różne zasady religijne, wszyscy pukali się w czoło. Niektórzy mówili, że ‘mam diabła’. Nierzadko stawałem przed wyborem – iść z większością albo iść zupełnie samotnie. A ja byłem w swoich wierzeniach zupełnie odosobniony (było to jeszcze przed erą Internetu i szukanie ludzi o niestandardowych poglądach było zadaniem niełatwym). Prawie wszyscy znajomi sugerowali mi, że coś ze mną nie tak; a ja mnóstwo razy zadawałem sobie pytanie – czy jest możliwe, bym był jedyną osobą w tłumie, która ma rację? Czy to nie pycha – tak myśleć o sobie?

Bałem się. Nie wiedziałem wtedy, że ten strach był celowo we mnie wywołany.

Z pomocą przyszło mi… graffiti z jakiegoś muru. Było napisane:

Jedzcie g***o, miliony much nie mogą się mylić!

Odkąd zobaczyłem ten tekst, towarzyszy mi on całe życie. Uważam, że jest absolutnie genialny! „Większość” nie jest żadnym argumentem. Możesz być jedyną osobą z miliona i wciąż mieć rację. I nie jest to kwestia pychy i pokory. To kwestia prawdy.

(Oprócz tego tekstu o muchach widziałem też podobny, który też moim zdaniem świetnie ujmuje temat: tylko zdechłe ryby płyną z prądem.)

Jest powiedzenie:  jeśli ktoś cię nazwię osłem raz, zignoruj go. Jeśli stanie się to dwa razy w ciągu jednego dnia, zastanów się nad tym. Jeśli trzy, idź i kup sobie siana.

Jakkolwiem mądre (choć niespecjalnie biblijnie uzasadnione) przysłowie to się wydaje, uważam, że z tych trzech porad, które podaje, tylko środkowa ma sens.

Załóżmy, że mieszkasz od urodzenia w jakiejś wiosce, gdzie wszyscy wyznają jakąś zabobonną religię. I wszyscy, których znasz, to ekstremiści, głoszący potrzebę nawracania świata z jedyną możliwą alternatywą – śmiercią dla niewiernych. Nie znasz innego światopoglądu. Nie masz radia, Internetu, nie masz możliwości konfrontacji swoich poglądów z nikim innym.

Najprawdopodobniej przeżyjesz swoje lata i umrzesz w przekonaniu, że znasz prawdziwą religię. I bardzo możliwe, że nigdy nie będziesz miał żadnych wątpliwości. Większość ludzi nie ma. Albo ma tylko przez ulotne chwile.

A co jeśli… któregoś dnia poznasz chrześcijanina, usłyszysz o prawdziwym Bogu i uwierzysz w Niego?

Czy pobiegniesz z radością do swoich bliskich i opowiesz im o tym? Nie, bo wiesz, że mogą cię za to zabić. Zakładam, że nie jesteś w tym jednym może promilu ludzi chętnych do męczeństwa. Będziesz miał wybór – zachować swoje przekonanie do siebie i żyć z wewnętrznym konfliktem, czując się wyobcowanym wśród ludzi praktykujących obcą ci już religię… albo spróbować przekonać siebie samego, że jednak to twoja rodzina i przyjaciele mają rację.

Blisko 100% ludzi wybiera drugą opcję. Nawet w Polsce, gdzie śmierć za zmianę wyznania nie grozi.

Dlaczego? Przyczyną jest zawsze strach. Jeśli nawet nie musimy w Polsce obawiać się śmierci z powodu innych poglądów religijnych, boimy się wytykania palcem, wyśmiewania, kłopotów w przyszłości (np. ksiądz może odmówić ślubu w kościele). Boimy się alienacji.

Ale to dopiero początek strachu. Najbardziej bowiem… boimy się Boga.

A nie powinniśmy. Bóg jest dobry. Strach wywołała religia, nie Bóg.

preacher

 Prześledźmy mechanizm, jak to się dzieje.

O ile głęboka wiara w Boga to dzisiaj rzecz rzadka, to życie wiarą, nacechowane troską o bliźnich i pokornym dążeniem do doskonałości nie dlatego, aby być najlepszym ale dlatego, aby lepiej pomagać innym, występuje rzadziej, niż urodziny cielęcia z dwiema głowami. Normy moralne narzucane przez niemal wszystkie religie są natomiast bardzo wysokie. A na domiar złego, ilość ludzi określających się jako religijnych, jest procentowo w Polsce ogromna. Rocznik Statystyczny z 2013 roku podaje, że wciąż mamy oficjalnie 86% katolików. Porównanie z innym krajami można zobaczyć na http://en.wikipedia.org/wiki/Religions_by_country – Polska jest w czołówce, a wyprzedzają nas głównie malutkie kraje Trzeciego Świata, o których przeciętny Polak nawet nie słyszał.

We wszystkich miejscach, w których istnieje Kościół większościowy lub narodowy, niemal wszyscy jego członkowie należą do niego tylko powierzchownie i nie jest z tym związana żadna duchowość. W  Polsce większość katolików chodzi do kościoła machinalnie i na tym ich związek z Kościołem się kończy. Są natomiast miejsca w USA, gdzie katolicy stanowią poniżej procenta populacji – i często są to nadzwyczaj żywe wspólnoty, których członkowie celują w znajomości Biblii i ofiarnej pracy na rzecz bliźnich. Z Kościołem baptystycznym jest odwrotnie – w Polsce stanowi jedynie ok. jednej setnej procenta populacji i wspólnoty baptystyczne są bardzo żywe, podczas gdy w USA, gdzie jest prawie 70 tysięcy kościołów baptystycznych i gdzie mieszka połowa baptystów świata, jest powiedzenie, że baptysta jest w Kościele tylko dwa razy w życiu – na swoim chrzcie i na swoim ślubie.

Czy duchowni lub inni liderzy wspólnot religijnych nie wiedzą, że zdecydowana większość ich wiernych wcale nie jest zbyt wierna? Nie są przecież ślepi. Nie wyrzucają jednak nikogo z kościoła z powodu duchowej bylejakości. Dlaczego? Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to oczywiście chodzi o pieniądze. Skreślenie kogoś z listy to pozbawianie się części dochodu, a każda „duszyczka” to przecież dochód dla parafii. Dzisiaj mało kogo da się przekonać do dziesięciny i większość kościołów lokalnych swój dochód opiera na niedzielnej tacy.

I tu niedzielna obecność wiernych bardzo popłaca. Przynajmniej dla księdza czy pastora.

Wyobraź sobie, że jesteś takim duszpasterzem w średniej wielkości mieście, i twoja wspólnota stanowi 1000 głów. Wystarczy, że co druga osoba będzie obecna w kościele co niedzielę, i da 5 złotych.  I już masz dochód 10 tysięcy miesięcznie (500 ludzi razy 5 złotych razy 4 niedziele w miesiącu), co wystarczy na rachunki i godziwe życie. A co gdy będzie długi weekend z piękną pogodą, i do kościoła nie przyjdzie 500 osób, a jedynie 100? Już masz 2 tysiące mniej. A co, jeśli lato jest nieznośnie długie i piękna pogoda jest co niedziela?

Masz dwie opcje – sprawić, by ludzie albo zechcieli przychodzić do kościoła, albo by uwierzyli, że muszą to robić.

Ta pierwsza opcja jest niesamowicie trudna. Wiem z doświadczenia, swojego i cudzego. Czasem zaś prawie niemożliwa. Niektóre grupy ludzi są niemożliwe do reformowania. Nigdy oczywiście do końca nie można przewidzieć, jak dana wspólnota się zachowa, i należy do końca próbować, co robił choćby apostoł Paweł, ale czasami skutki będą bliskie zerowym.

Jak można zatem sprawić, by ludzie musieli chodzić do kościoła?

 Postraszyć karą Bożą!!!

I taki przykładowo Katechizm Kościoła Katolickiego dobrowolną rezygnację z pójścia do kościoła w „dni nakazane” nazywa grzechem ciężkim (KKK 2181), zaś kto umrze w stanie grzechu ciężkiego, idzie do piekła (KKK 1033).

Całą młodość nad tym rozmyślałem! Dziwiłem się, czy to jest sprawiedliwe, że całe życie mogę starać się żyć jak należy, a jednego dnia nie zechce mi się iść do kościoła, umrę, i… czekają mnie wieczne męki piekielne?

A ktoś, kto żyje byle jak, ale zdarzy mu się pójść do spowiedzi tuż przed śmiercią… ląduje „w niebie”?

Oczywiście upraszczam tu teologię katolicką, niemniej takie wnioski własnie płyną z różnych katechizmów lub „Kieszonkowych rachunków sumienia”.

Kościoły protestanckie odrzuciły większość zabobonów, ale trudno, myślę, wyobrazić sobie jakąkolwiek instytucję bez choć niewielkiej ilości tradycji, a każda tradycja zawiera zabobony. Niektóre wspólnoty przykładowo nauczają, że chrzest jest niezbędny do zbawienia (na marginesie zawsze ciekawiło mnie, dlaczego ci, którzy w to wierzą, nie chrzczą dzieci zaraz po urodzeniu, ale czekają najcześciej wiele tygodni, albo i miesięcy?). I chociaż zdecydowana większość Kościołów protestanckich naucza, iż zbawienie jest darem i zapracować na niego nie jest się w stanie, teologowie używają różnych sztuczek interpretacyjnych, by jednak jakieś warunki zbawienia postawić.

Zbawienie jest darmowe, ale…

  •  Trzeba wypowiedzieć „modlitwę grzesznika”
  •  Trzeba odwrócić się od absolutnie wszystkich grzechów
  •  Trzeba mieć poprawną doktrynę
  •  Trzeba wytrwać w zbawieniu
  •  Nie wolno popełniać grzechów świadomie
  • – Nie wolno popełniać grzechów wymienionych w 1 Koryntian 6:9-10

Religia wymyśliła (tak! wszystkie powyższe punkty to wymysły nie uzasadnione w żaden sposób Biblią!) te (i inne) warunki, by trzymać wiernych „w ryzach”. Wystarczy zasiać w umyśle ziarno niepewności, aby uniezależnić człowieka od kościoła. Będzie tam chodził co niedziela, choćby po to, by usiłować rozwiać te same wątpliwości, które zostały tam zasiane.

screaming_at_child

Część Kościołów poszła w rozwoju dalej, i przyznała, że zbawienie nie ma nic wspólnego z tym, czy nie palimy papierosów i czy pomagamy staruszkom w przechodzeniu przez ulicę. Jeżeli zatem nie da się utracić zbawienie, to może da się utracić… relację z Bogiem? Jego błogosławieństwo?

Czyli – jeżeli będę za dużo grzeszyć, Pan Bóg nie będzie mnie lubił. Powiązana jest z tym bardzo popularna idea tzw. kary za grzechy.

 Nie zdałem egzaminu na prawo jazdy, bo wcześniej ściągałem na klasówce w szkole. Wyrzucono mnie z pracy,co było karą Bożą za to, że nie płaciłem podatków. Zgubilem portfel, bo miałem myśli nieczyste… Pan nie będzie mi błogosławił, jeśli nie będę się regularnie modlił/czytał Biblii/głosił Chrystusa…

 Jeśli masz szczęście być we wspólnocie, która żadnej z wyżej wymienionych bzdur nie naucza – ceń ją jak diamenty. To wielka rzadkość.

Tych, którzy wierzą, że Bóg dziś karze ludzi za grzechy, chciałbym się spytać, dlaczego Bóg pozwolił na długie życie i dostatek wielu zbrodniarzom, którzy odpowiedzialni są za cierpienia tysięcy lub nawet milionów?

No i w ogóle  dlaczego karze za grzechy, skoro obiecał, że o nich zapomni (Hbr 8:12.10:17)?

Nie bój się myśleć samodzielnie! To ludzie będą wściekli, nie Bóg, bo Bóg cię nie utraci, a twój ksiądz/pastor może! Mogą czekać cię niełatwe chwile; wielu ludzi wybaczyłoby ci łatwiej zabójstwo niż samodzielne myślenie (oni nazywają to herezją), ale później osiągnąć możesz pokój w sercu, którego religijni ludzie nigdy nie doświadczą!

Bardzo możliwe, że nie będziesz miał nikogo, kto rozumie twoje wątpliwości. Świetnie się stanie, jeśli kogoś takiego znajdziesz, niemniej musisz pamiętać, że znajomości Boga nie poprawią teologiczne dyskusje. Źródłem wiedzy o Bogu jest przede wszystkim sam Bóg, a On jest w stanie nauczyć cię wszystkiego, co potrzebujesz, bez niczyjej pomocy!

 Jeśli zaś komuś z was brakuje mądrości, niech prosi o nią Boga, który daje wszystkim chętnie i nie wymawiając; a na pewno ją otrzyma. (Jakuba 1:5)

 

Piekło (2/2) – czy to jest biblijne?

hell04

W ostatnich latach nie pisze się tyle o piekle, co kiedyś, niemniej wcale nie dlatego, że temat ten zniknął ze świadomości ludzkiej. Dowód? Podam za „Wprost” (http://www.wprost.pl/ar/182304/W-co-wierza-Polacy/), iż 65% Polaków wierzy w istnienie piekła. „Wprost” nie pisze jednak, ilu z tych ludzi ma absolutnie niezmąconą pewność, że się tam nie znajdzie, ale opierając się na dyskusjach z ludźmi jestem pewien, że liczba ta byłaby dziesięcio-, a może i stukrotnie mniejsza.

W poprzednim artykule wykazałem, ile logicznych niespójności zawiera doktryna piekła, jednak logika nie może przesądzać o istnieniu piekła, gdyż po pierwsze nikt z nas nie potrafi używać wyłącznie absolutnie bezstronnych argumentów w logicznym rozumowaniu; po drugie – teoretycznie rzecz bioriąc, jeśli Bóg objawiłby coś, co sprzeczne jest z naszą logiką, wciąż powinniśmy to akceptować. To, że czegoś nie rozumiemy, nie musi wcale oznaczać, że jest to nieprawdą. Przyjrzyjmy się zatem troszkę temu, co Biblia mówi na temat „piekła”.

Piszę „troszkę”, bo chociaż uważam, że Biblia o piekle nie pisze absolutnie nic, to ludzka pomysłowość jest na tyle duża, że trudno znaleźć kartę Biblii, na której ktoś nie odnalazł odniesienia do piekła, i jeślibym chciał zająć się wszystkimi przypadkami, zajęłoby mi to kilka lat. Jeśli pojawi się taka potrzeba, rozwinę jeden z omawianych punktów w osobnym artykule.

Czytając powyższe być może od razu zakładasz, że nie będę pisał prawdy, gdyż widzisz w Biblii słowo „piekło”, a ja utrzymuję, że Biblia nic o piekle nie pisze. Zacznę zatem od… terminologii.

Odniosę się troszkę do języków oryginalnych, w których nie jestem bynajmniej ekspertem, jednak zaraz zobaczysz, że ekspertem tutaj być wcale nie trzeba.

Pisząc „piekło” będę miał – naśladując to, co głosi większość Kościołów – na myśli miejsce/stan, w którym nie zbawieni umarli znajdują się po śmierci lub po Sądzie Ostatecznym, i w którym pozostaną tam na wieczność. Nie interesuje nas w tej chwili kiedy/jak się tam znajdą, ważne jest, że jest to stan wieczny. Mniejsza też o to, czy dosłownie smażą się tam w ogniu lub przechodzą przez inne tortury czy też piekło jest to stan oddalenia od Boga. Zajmiemy się tylko tą częścią definicji piekła, która wspólna jest dla wszystkich Kościołów – czyli piekło to coś, co:

1.  jest karą, dotyczącą ludzi niezbawionych

2. nie ma końca.

Wyraz „piekło” występuje w polskiej Biblii – w zależności od tłumaczenia od 25 do 40 razy, jednak powstają tłumaczenia, które tego słowa już nie mają. Wiele też wydań w innych językach nie używa żadnych odpowiedników „piekła” (np. New American Bible z 1970 r.)  i wierzę, że kiedyś wyraz ten zniknie z Biblii zupełnie… bo tak naprawdęgo tam nie ma i powstał w wyobraźni tłumaczy.

Spójrzmy na wszystkie wyrazy tłumaczone na język polski jako piekło, i nie zajmie nam to dużo czasu.

1. Szeol / hades

Wyrazem często tłumaczonym jako „piekło” jest „szeol” (w Starym Testamencie ) i „hades” (w Nowym). Są one równoważne; bowiem kiedy autorzy NT cytują ST z wyrazem szeol, używają terminu „hades” – np. Ps 16:10 – Dz 2:31).

Nie jest to bardzo popularny termin, 64 przypadki wystąpienia „szeol” i 11 „hades” to, patrząc na objętość Biblii, niewiele. Termin „Pan” występuje przykładowo około 8000 razy, „ziemia” i „miasto” – po 1000 razy.

Co ciekawe, Biblia nigdzie nie definiuje terminu „szeol”. Kiedy znajdziemy i poczytamy w konkordancji wszystkie wersety, w których on występuje, widzimy, że jest to miejsce, do którego „idą” umarli. Napisałem „idą” w cudzysłowiu, bo w jaki sposób się tam znajdują, też nie jest nigdzie wyjaśnione. Idą tam wszyscy, niezależnie od tego, czy należeli do Narodu Wybranego, czy nie, także jeżeli w którymś miejscu w Biblii jest napisane, że ktoś chce tam nie iść, oznacza to tylko tyle, że „jeszcze” chce tam nie iść, czyli nie chce jeszcze umrzeć.

Czyli – iść do szeolu = umrzeć.

Zacytuję wspomniany wyżej Dz 2:31:

widział przyszłość i przepowiedział zmartwychwstanie Mesjasza, że ani nie pozostanie w Otchłani (oryg. hadesi), ani ciało Jego nie ulegnie rozkładowi.

 

Odnosi się to do Chrystusa – czyli, że i On był w „hadesie”. A przecież w Jego przypadku nie mogła być to kara za grzechy! Hades zatem nie może być karą za grzechy, i nie pasuje do naszej definicji piekła!

Zresztą niemal wszystkie nowsze wydania Biblii, również te katolickie, tłumaczą już hades jako otchłań – nie, jak wcześniej – piekło. Czyżby i największy z istniejących Kościołów zaczął się wycofywać?

Krótko mówiąc – szeol/hades nie może być piekłem, gdyż nie spełnia już wyżej wymienionego punktu pierwszego jego definicji.

A co z punktem drugim? Czy pobyt w piekle – hadesie – szeolu – nie ma końca?

Cytowany wyżej Dz 2:31 pokazuje jasno, że pobyt w otchłani nie jest nieskończony. Nie tyczy się to tylko Jezusa, bo pierwotny autor tych słów – Dawid – mówił przede wszystkim o sobie. Jeśli Bóg nie zostawi czyjejś duszy w hadesie, nie jest to miejse wieczne. Warunek z punktu drugiego definicji również nie jest spełniony.

Jakkolwiek zwolennicy piekła by tego nie chcieli, szeol nie może oznaczać piekła w dzisiejszym, „chrześcijańskim”, tego słowa znaczeniu.

Pójdźmy krok dalej – jako, że nie ma żadnej definicji „szeolu”, pojawia się pytanie, czy to jest w ogóle miejsce, czy może po prostu stan śmierci? To już jednak tylko możemy gdybać, jeśli mamy opierac się wyłącznie na Biblii, gdyż, jak już wspominałem, niczego ona w tej kwestii nie definiuje.

Jedynym fragmentem, który wyłamuje się z tego opisu szeolu, jest przypowieść o bogaczu i żebraku, ale – jak wykażę w artykule „Bogacz i Łazarz – wędrówka do piekła?” – jest to alegoria. „Łono Abrahama”, do którego odnosił się Jezus, nie oznacza przecież siedzenia u Abrahama na kolanach 🙂

devil_hell

2. Gehenna

Ten dziwny wyraz głównie „odpowiedzialny” jest za powstanie doktryny o wiecznych mękach w piekle. W najpopularniejszych polskich przekładach – Tysiąclatce i Biblii Warszawskiej – gehenna tłumaczona jest jako piekło.

Wyraz „gehenna” pochodzi od nazwy miejsca Gehinnom – co oznacza Dolinę Syna Chinnoma. Jest to jedna z dwóch dolin obok Jerozolimy. W Starym Testamencie można znaleźć odniesienia do tego miejsca w 2 Krn 28:3 i 33:6 oraz w Jer 7:31 i 19:2-6. Dowiadujemy się z nich, że w miejscu tym dokonywano bałwochwalczych ofiar na ludziach – konkretnie, spalano tam dzieci w ofierze bożkom: Molochowi, Baalowi i innym. Z tego powodu miejsce uważane to było za przeklęte.

Powszechnie uważa się, że w późniejszym okresie palono tam śmieci, i ogień był tam obecny non stop, ale kiedy szukałem rzetelnych źródeł tej informacji… nie znalazłem żadnych.

„Gehenna” (w greckim oryginale „geenna”) pochodzi od tego miejsca… ale nie jest do końca jasne, co współczesny Chrystusowi człowiek myślał, kiedy go słyszał. Kiedy większość Polaków słyszy nazwę miasta „Sopot”, na myśl przychodzą morze i słynne sopockie molo, kiedy zaś ktoś powie „byłem z Zakopanem” wiem od razu, że nie po to, by opalać się na plaży. Gdy współcześni Chrystusowi słyszeli o gehennie również ich umysły musiały kojarzyć od razu pewne rzeczy. Niestety, nie wiemy na 100%, co im się kojarzyło. „Gehenna” była używana kilkukrotnie w Biblii, jednak nigdzie nie znajdziemy jej definicji i wszystkich możliwych przykładów odnoszenia się do niej. Wyraz ten wszedł do obiegowego języka, ale nie sposób się dowiedzieć, jak był na codzień używany, bo 12 przykładów użycia w Nowym Testamencie, w dodatku wszystkie – z wyjątkiem jednego – w identycznym kontekście, to tak naprawdę bardzo niewiele.

Zajrzyjmy do Biblii.

Gehenna występuje zatem w Biblii 12 razy, 11 razy w Ewangeliach synoptycznych i jeden raz w Liście Jakuba, przy czym w tym ostatnim przypadku użycie jest wyraźnie metaforyczne:

Język jest wśród wszystkich naszych członków tym, co bezcześci całe ciało i sam trawiony ogniem piekielnym [Gehenny] rozpala krąg życia. (Jakuba 3:6b)

Kontekst mówi o bluźnierczej mowie – nie ma ani słowa i życiu pozagrobowym. Zostaje nam zatem 11 fragmentów, w których wyraz gehenna jest użyty. We wszystkich występuje on w tym samym kontekście. Zajrzyjmy do jednego fragmentu, w którym gehenna występuje aż 2 razy:

Ewangelia Marka 9:43-48
Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony.
I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła.
Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie.

Kiedyś czytałem ten tekst mnóstwo razy… i powodował u mnie lęk… dzisiaj natomiast widzę, że tak naprawdę nie widziałem, co tu jest napisane; widziałem jedynie kościelną interpretację. Bo gdybym widział sam tekst, powinienem poczynić kilka interesujących obserwacji. Takich jak:

Sprawy opisane w tym fragmencie dotyczą ludzi żywych, nie umarłych.

Jakkolwiek nieprawdopodobne może się to wydać, odpowiedz na pytanie – kiedy powinniśmy sobie odciąć ręce, by uniknąć piekła? Teraz czy po śmierci? Przecież, jeżeli odetnę sobie rękę tutaj, to, gdy umrę, w momencie „sądu” albo będę bezkształtnym duchem (jak wierza niektórzy), albo zmartwychwstanę z nowym ciałem i obiema rękami. Czy jeżeli ktoś w wypadku straci ręce i nogi, w „życiu wiecznym” też będzie pozbawiony kończyn? Nie chciałbym, szczerze mówiąc, takiego życia wiecznego.

No tak, ale przecież „życie wieczne” lub „Królestwo Boże” nie dotyczą spraw na ziemi, czyż nie?

Przypominam – rozważamy tekst napisany tysiące lat temu, w zupełnie obcych nam reliach, w nieużywanej od wielu wieków odmianie języka greckiego. Wydaje nam się, że rozumiemy doskonale, co oznacza termin „życie wieczne” ale nie dlatego, że sami doszliśmy do tego studiowaniem tekstów biblijnych, tylko… nauczono nas tego w kościele. Tylko dlatego, że religia podaje te rzeczy „do wierzenia”, nie musi to oznaczać, iż jest to prawda. Zajmę się tymi tematami jak tylko czas pozwoli w osobnych artykułach, na razie tylko nadmienię, że oba te terminy – Królestwo Boże i życie wieczne – jednak dotyczą życia tu, na ziemi. Na razie zwróćmy uwagę na jedną ciekawą konstrukcję –  omawiany fragment Ewangelii Marka to jeden pomysł, rozwinięty trzykrotnie, z użyciem częściowo różnych słów.

Ten sam termin mamy podany na trzy różne sposoby, co powinno pomóc w jego lepszym rozumieniu:

 Życie wieczne (1) oznacza Królestwo Boże (2) i oznacza życie (3)

ogień nieugaszony (1) oznacza piekło(Gehenna) (2) i oznacza miejsce, gdzie robak nie umiera (3)

Życie wieczne w naszym języku oznacza życie bez końca, ale wśród biblistów wyraz aionios, tłumaczony tu jako „wieczny”, jest powodem ogromnych sporów. W Nowym Testamencie i w Wulgacie (greckim, starożytnym tłumaczeniu Starego Testamentu) tłumaczony jest przeróżnie, przykładowo jako „dawny”, „stary” (Psalm 77:6; Przysłów 22:28). Coś nie tak, by ten sam wyraz raz tłumaczyć jako „stary”, a kiedy indziej „wieczny”, czyż nie? Tłumaczenie aionios jako wieczny wydaje się przykładowo dziwne w Hbr 6:12 – co to znaczy wieczny sąd? Bóg będzie kogoś sądził bez końca? Albo Mk 3:29 – wieczny grzech? Ktoś zamierza popełniać jakiś grzech w nieskończoność?

Widać bezspornie, że przynajmniej w niektórych przypadkach, aionios bez wątpienia nie oznacza „wieczny”, a więc wybranie go do omawianego fragmentu było interpretacją tłumaczy! Czy poprawną?

Dosłownie aionios pochodzi od aion – wiek, pewien okres czasu. Aionios dosłownie oznacza „odnoszący się do wieków” lub „trwający wiek/wieki”. W anglojęzycznej literaturze często spotykałem się z następującym stwierdzeniem – niemożliwe jest, aby wyraz „aionios” mógł oznaczać coś nieskończonego, skoro aion oznacza coś skończonego – wiek, okres czasu.

W języku angielskim ciężko to sobie wyobrazić, mało wspólnego mają wyrazy „eternal” i „age” – ale po polsku? Wieczny i wiek! Jasne, tylko… takie analogie nie mają sensu. p Istnieje zbyt wiele różnic między językiem greckim I wieku i polskim XXI wieku aby szukanie podobieństw w konstrukcjach językowych miało jakikolwiek sens. Zastanawiam się tak w ogóle, czy podobieństwo między „wiek” i „wieczny” w języku polskim nie ma swojej genezy w nadinterpretacji Biblii, którą ktoś rozpowszechnił setki lat temu 🙂

Nigdzie w Biblii nie znalazłem słowa, które można przetłumaczyć bez żadnych wątpliwości na słowo „wieczny”.

Nie jest natomiast dyskusyjny zwrot „gdzie robak nie umiera„. W umysłach wyszkolonych przez religię powstaje obraz wiecznie płonącego robaka, który cierpiąc, nie umiera; albo robaka zjadającego przez nieskończoność nasze ciało… I znajdziesz takie wyjaśnienie nawet w popularnych komentarzach biblijnych! Tymczasem sprawa jest banalna; aby ją zrozumieć, wszystko, co musisz zrobić, to zajrzeć w inne miejsce Biblii:

A gdy wyjdą, ujrzą trupy ludzi, którzy się zbuntowali przeciwko Mnie: bo robak ich nie zginie, i nie zagaśnie ich ogień, i będą oni odrazą dla wszelkiej istoty żyjącej. (Iz 66:24)

O kim tu mowa? O trupach! W Księdze Izajasza znajduje się bardzo wyraźna analogia do omawianego fragmentu z Mk  9! Mamy i ogień nie gasnący, i robaka, który nie ginie. Ciała ludzi zostaną zniszczone! Nie ma mowy o torturach!

Niełatwo zrozumieć dosłownie zwrot „ich robak nie umiera”, ale chodzi o to, że ludzie umrą, a ich ciała zgniją do końca, robaki dokończą dzieła i nie ustaną, aż wszystko nie zginie.

Nie wydaje się to wszystko banalnie proste, zgodzę się! Tekst ten pisany był 2000 lat temu, pojęcia w tamtej kulturze językowej mogą być dzisiaj niezrozumiałe nawet przez językoznawców, ale kontekst pokazuje ponad wszelką wątpliwość, że nie chodzi tutaj o żywych ludzi – ani na tym, ani na „tamtym” świecie – i ich cierpienia! Mowa o ludzkich zwłokach!

O czym jednak Jezus mówił w tym fragmencie? I co to w ogóle jest gehenna?

Uwaga, bardzo ważny akapit, proszę o maksymalne skupienie:

W 70 roku naszej ery dokonała się niewyobrażalna rzeź ludzi. Rzymianie oblegli i zaatakowali Jerozolimę. Według współczesnego tamtym czasom historyka Józefa Flawiusza, zginęło wówczas milion sto tysięcy Żydów. Zmasakrowaniu mieszkańców towarzyszyło spalenie miasta. Nowy Testament zawiera wiele ostrzeżeń przed tym wydarzeniem, jednak religia wypacza ich sens i interpretuje je jako zapowiedzi wiecznych tortur w piekle.

(Tacyt podawał, że zginęło 600 tysięcy Żydów, wiele nowszych źródeł podawało jeszcze o wiele mniejsze liczby, niemniej bez wątpienia była to hekatomba nie mająca współcześnie podobnych).

Proszę, przeczytaj powyższy akapit… tyle razy ile trzeba. A później popatrz na to zdanie, wypowiedziane przez Jezusa:

Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. (Mt 24:34)

Wiele sekt musiało się zmierzyć z tym tekstem, gdy obliczali swoje daty końca świata; cóż to oznacza ów wyraz – pokolenie? W zależności od tego, co przyjmiemy, możemy dojść do różnych wniosków. Może „pokolenie” oznacza Izrael? Może chrześcijan, Kościół?

Na ogół w Biblii najprostsze wyjaśnienie jest prawdziwe. Grecki wyraz oznaczający pokolenie – genea – występuje w Nowym Testamencie 43 razy i zawsze odnosi się do zwykłego pokolenia ludzi – jak np. tu:

Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń (Mt 1:17)

Ciekawostka – z prostych obliczeń Biblijnych dat (zainteresowanych odeślę do źródeł), wynika że Biblijne pokolenie ma 44-45 lat.

A zatem co najmniej niektóre z rzeczy, o których Jezus mówił, miały spełnić się w ciągu następnych 45 lat. I spełniły się – w 70 roku. Wtedy do Rzymianie wtargnęli do Jerozolimy, spaliwszy ją wraz z mieszkańcami w… ogniu nieugaszonym

Wydaje się to naciągane? Piekło naciągane jest o wiele bardziej.

Poza tym… jeśli Mk 9:43-48 mówi realnie o piekle, istnieją tylko 2 realne alternatywy zbawienia- albo bezgrzeszność albo stopniowe pozbawianie się różnych organów. Dlaczego bezgrzeszność? A dlatego, że we fragmentach, gdzie mowa o gehennie, normy moralne zdają się być absurdalnie podniesione a kary niewspółmierne do przewienień – do tego stopnia, że trzeba być chyba wolnym od najmniejszych przewinień, bo za byle co czeka… piekło… Spójrz na fragment z Kazania na Górze:

A Ja wam powiadam: Każdy, kto gniewa się na swego brata, będzie winien sądu. A kto powie swemu bratu: głupcze, będzie winien Najwyższej Rady. A kto powie: bezbożniku, będzie winien piekła ognistego. (Mt 5:22, BP)

Nie wiem, jak ty, ale mnie nie raz zdarzło się nazwać kogoś bezbożnikiem! Czyli idę do piekła – i choćbym żył świętym zyciem przez 80 lat, nic tego nie zmieni! Widzimy, do jakich idiotyzmów doprowadza wyrywanie wersetów z kontekstu?

Jeśli ręka jest dla ciebie powodem do grzechu, lepiej ją odetnij… czy KTOKOLWIEK, KIEDYKOLWIEK, słyszał, aby nawet najwięksi religjijni fanatycy (i nie używam tego wyrazu pejoratywnie) coś takiego robili?

Ilu z ponad 2 miliardów ludzi, którzy się obecnie podają za chrześcijan, odcięło sobie kończyny lub wyłupało oczy?

Obawiam się, że ani jeden. O tym raczej pisałyby gazety.

Czy więc nikt nie zważa na słowa Jezusa?

Ja wierzę w autentyczność słów Jezusa w Biblii. Czemu zatem sobie nie odciałem ręki? Nie wierzę, że Jezus tego od kogokolwiek chciał. Dzięki temu nie osiągnie się bezgrzeszności. A czy wyłupanie oka zagwarantuje mi czystość myśli? Będę miał drugie oko. Wyłupię oba? Zostanie mi wyobraźnia. A mózgu sobie nie wyłupię.

Z tego wszystkiego wysnuwa się jeden wniosek – niezależnie od tego, jak tłumaczy ten fragment przeważająca większość Kościołów, nie możemy go odczytywać dosłownie, bo dochodzimy do wielu absurdów!

Wiem doskonale po sobie, że bardzo trudno zmienić sposób odczytywania jakiegoś fragmentu Biblii, jeżeli widziało się go w jakiś konkretny sposób przez wiele lat. Apeluję jednak – poszukaj w tym wszystkim logiki. Religia każe ci wierzyć i indoktrynuje cię od dziecka. Skoro wszyscy w coś wierzą, jak można to kwestionować?

A skoro miliardy much lubią lizać odchody, też powinniśmy to robić?

Gehenna odnosi się do mającej niedługo nastąpić zagładzie Żydów i główną misją Jezusa było przestrzeganie Izraela przed nią. Izrael jednak nie uwierzył, i niemal w całości zginął podczas oblężęnia Jerozolimy.

A zatem…

 Co Biblia mówi na temat piekła?

Nic. Mówi o hadesie/szeolu, który jest po prostu grobem wszystkich zmarłych; i mówi o gehennie, która jest wydarzeniem historycznym.

Gdyby piekło było prawdziwe, byłaby to niewątpliwie najbardziej przerażająca rzeczywistość, jaką sobie możemy wyobrazić. Dziwię się chrześcijanom wierzącym w istnienie piekła, że nie biegają nieustannie po szpitalach, hospicjach, i nie błagają ludzi, by uwierzyli, bo jak nie, to czeka ich wieczność w ogniu.

Dziwiłbym się też apostołowi Pawłowi. On był „Apostołem Pogan”, czyli – naszym (a na pewno moim). Jest autorem połowy ksiąg Nowego Testamentu… i nigdzie nie widzę, by gdziekolwiek wspominał o piekle. Nie widzę nawet, by namawiał odbiorców swoich Listów do ewangelizacji wszystkich ludzi. Nie pisał, byśmy pomyśleli o naszych niezbawionych dzieciach/współmałżonkach/rodzicach i modlili się o nich i agitowali ich, by „oddali swe życie Jezusowi”.

Strach przed tym, co stanie się z nami po śmierci, jest w Nowym Testamencie zupełnie nieobecny!

Biblię uważam za genialną księgę, nie mającą sobie równej, ale im więcej ją studiuję, tym bardziej się zdumiewam – jednak nie tylko nad jej geniuszem, ale także nad przewrotnością rodzaju ludzkiego, który wymyślił tak pokrętną jej interpretację, że Dobra Nowina jest pełna strachu i niepewności… i wciąż, ogromna większość chrześcijan przyjmuję ją bezkrytycznie!

Uwolnienie umysłu z tego systemu nie jest bynajmniej proste – i często trwa lata, aż naprawdę przestaniesz się bać religjijnych bzdur. Ale warto – odmieni to sposób, w jaki widzisz Boga. Nie trzeba będzie się więcej zastanawiać, jak miłosierny Bóg stworzył tak potworną karę – bo nikt jej nie stworzył, poza chorą wyobraźnią przywódców religijnych!!!

devil

Ostatnia edycja – 15 stycznia 2018

Wyznawanie grzechów

Wszystkie główne wyznania chrześcijańskie głoszą, że należy wyznawać swoje grzechy; różnią się jednak znacznie co do zasad praktykowania owego wyznawania. I tak Kościoły bardziej tradycyjne praktykują tzw. spowiedź uszną – gdzie grzechy wyznaje się kapłanowi/pastorowi; Kościoły protestanckie z reguły uważają, że grzechy należy wyznawać Bogu w osobistej modlitwie.

W tym artykule skupić się chcę na zasadzie protestanckiej, wpierw jednak krótko podsumuję temat spowiedzi usznej. Cała doktryna tej spowiedzi oparta jest na jednym wersecie:

Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. (Jana 20:23  )

Jest to być może najlepszy przykład tego, jak można skonstruować potężnie rozbudowaną doktrynę opierając ją na jednym, jedynym wersecie.

Gdyby Jezus rzeczywiście dał apostołom władzę przebaczania grzechu, i jeśli – jak głosi ta doktryna – jest to rzecz niezbędna do zbawienia, dlaczego cała reszta Nowego Testamentu milczy na ten temat? Dzisiaj można znaleźć setki książek na temat spowiedzi; dlaczego apostołowie o niej milczą? Nie ma ani jednej wzmianki, by kogokolwiek ‘wyspowiadali’ lub by podawali komuś ‘5 warunków dobrej spowiedzi’.

Jeżeli apostołowie mogą przebaczać grzechy (bo czasownik tłumaczony tu jako ‘odpuszczać’ oznacza po prostu ‘przebaczać’), jak to ma się do tekstu z Łukasza 5:21-24, gdzie faryzeusze słusznie zauważają, że grzechy przebaczać może jedynie Bóg, a Jezus temu nie zaprzecza, lecz głośno mówi ‘Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy”, dowodząc, że w istocie jest Bogiem?

I jeśli apostołowie mają jednym przebaczać grzechy, a innym nie, jak ma się to do polecenia, abyśmy przebaczali wszystkim bez końca? (Mateusza 6:12 i 18:22, Kolosan 3:13, Efezjan 4:32)

Podsumowując – werset z Jana 20:23 nie daje apostołom żadnej władzy odpuszczania grzechów.A co werset ten mówi? Zauważ, że w całym zdaniu jest czas teraźniejszy. Większość ludzi rozumie dzisiaj ten werset tak:  ‘komu grzechy odpuścicie, będą im odpuszczone’, widząc zaleźność przyczyna-skutek, ale werset ten nie ma czasu przyszłego. Apostołowie mogą jedynie ogłaszać wyroki Boże jasno określone w Biblii: kto wierzy w Jezusa, ma odpuszczenie grzechów, i mogę mu to ogłosić sam. Nie będę tu tego udowadniał, jako że ekspertem od starożytnej greki nie jestem, i niewątpliwie można znaleźć sporo opracowań znawców językowych.

* * *

Doktryna o spowiedzi dousznej i protestanckie ‘wyznawanie grzechów Bogu’ mają jedną zasadniczną wspólną cechę – obie oparte są ja jednym, jedynym wersecie. Dlatego spora część powyższego rozumowania dotyczy obu tych zagadnień.

Protestanckie wyznawanie grzechów oparte jest na wersecie z 1 Listu Jana 1:9:

Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości.

Przez wiele lat sam cytowałem ten fragment, dowodząc, że należy codziennie wyznawać Bogu swoje grzechy, aby On je wybaczył i aby przywróciło to społeczność z Nim.

Pewnego dnia jednak jedno z moich dzieci zapytało mnie: jak to jest, że Bóg przebaczył ci grzechy dzięki ofierze Jezusa, ale wciąż musisz prosić Go o przebaczenie?

Nie miałem odpowiedzi. Mimo to, odpowiedziałem, choć nie do końca wierzyłem w to, co mówiłem. Odpowiedziałem tak, jak dzisiaj zapewne odpowie ci pastor, którego zapytasz o ten problem. Powiedziałem: ‚choć Bóg odpuścił ci grzechy na krzyżu, gwarantuje to jedynie życie wieczne (‘jedynie’, hehe); natomiast aby ‘utrzymać społeczność z Bogiem’ należy Go przepraszać za wszystkie popełnione grzechy.’

Czyż nie wydaje się to logiczne? Z jednej strony tak. Przecież jeżeli kogoś skrzywdzimy, oczywiste jest że go przepraszamy. O ile bardziej powinniśmy przepraszać za wszystko Boga, który jest święty, czyż nie?

NIE.

Czyż kazdy nie wyznany grzech nie powoduje utraty ‘społeczności z Bogiem’?

NIE.

Pomyśl: praktycznie niemożliwe jest, aby wyznawać Bogu wszystkie swoje grzechy. Jeśli jesteś sobie w stanie przypomnieć wszystkie chwile, kiedy nie miłowałeś Boga z całej siły swojej trzy dni temu, i jeśli wszystkie te chwile Bogu wyznałeś jako grzech… nie jesteś realistą i nie ma sensu, żebyś dalej to czytał.

Co oznacza ‘wyznawać grzechy’? Oryginalny grecki czasownik homologeo powstał z połączenia dwóch słów – homos (taki sam) i logos – słowo, mowa. Dosłownie zatem jest to ‘mówienie tego samego’, zgadzanie się, uznawanie. A co z wyrazem ‘grzechy’? Czy chodzi tu o nasze powszednie, codzienne postępki?

Dokładnie to samo wyrażenie co w 1 Jana 1:9 znajdziemy w Ewangelii Marka 1:5

Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając (przy tym) swe grzechy. (Marka 1:4-5)

Większość źródeł podaje, że sama Jerozolima miała wtedy ok. 100 tysięcy stałych mieszkańców. Nie sposób wyobrazić sobie takich tłumów przychodzących do Jana na osobistą spowiedź. Wyznanie grzechów mogło oznaczać nic więcej, jak przyznanie się ‘zgrzeszyłem’, ‘jestem grzesznikiem’, lub w ogóle nie zawierało żadnych słów – samo przyjście na chrzest pokazywało, że uznaje się swój grzech.

Popatrzmy na omawiamy werset raz jeszcze:

Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. (1 Jana 1:9)

Cokolwiek oznacza wyznanie grzechów, jest ono warunkiem jednocześnie  ‘odpuszczenia i oczyszczenia’. Odpowiedz na dwa pytania:

  1. Czy wyznajesz wszystkie grzechy, jakie popełniasz?
  2. Czy Bóg oczyszcił Cię z grzechów, które już wyznałeś, w taki sposób że już ich więcej nie popełniasz?

Oczywiste odpowiedzi na oba te pytania brzmią NIE.

‚Odpuszczenie’ oznacza przebaczenie – czyż Bóg już nie odpuścił wierzącym grzechu?

W Nim mamy odkupienie przez Jego krew – odpuszczenie występków (grzechów), według bogactwa Jego łaski. (Efezjan 1:7)

Odpuścił! Jeżeli zatem oczyszczenie stoi obok odpuszczenia, musi być tak samo dokonane – ukończone – w stosunku do chrześcijan. Jeżeli Bóg odpuścił Ci grzechy, również oczyścił cię z wszelkiej nieprawości. Oczyszczenie nie oznacza tutaj zatem zmiany naszego zachowania, ale pozycji, jaką mamy przed Bogiem. My jesteśmy oczyszczeni! Apostoł Paweł wyraża to następująco:

Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego
A takimi byli niektórzy z was. Lecz zostaliście obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa i przez Ducha Boga naszego. (1 Koryntian 6:9-11)

Fragment ten służy religii do straszenia swoich ‚wiernych’ gdy uczy, że jest to lista rzeczy, które wykluczają cię z grona zbawionych, ale gdy odrzucisz te brednie, zauważysz, że nie ma osoby, której nie charakteryzowałaby choć jedna z tych rzeczy. Co więcej, Koryntianie je praktykowali! Zobacz fragmenty z tego samego Listu: 3:1-3, 5:1-5, 6:15-20 lub 11:21. Kiedy Paweł pisze w 6:11 ‚zostaliście obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni‚ nie ma to nic wspólnego z uczynkami Koryntian. To coś, co zrobił Bóg, i jest to czas przeszły dokonany. Każdy wierzący został obmyty, uświęcony i usprawiedliwiony, choćby uprawiał – jak Koryntianie – nierząd (6:15-20).

Zarówno Paweł jak i Jan, używając różnych wyrażeń, odnoszą się do tego samego – do pozycji chrześcijanina przed Bogiem. Religia nastawiona jest na uczynki ciała (coś, przed czym przestrzega Paweł w Liście do Galacjan); patrzy na to, co robi człowiek. Ewangelia zaś patrzy na to, co robi Bóg. Aktu obmycia/oczyszczenia z grzechu dokonał Jezus na krzyżu przez krew Jego:

a krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu. (1 Jana 1:7b)

Jeśli Jan pisze, że krew Jezusa oczyszcza nas z wszelkiego grzechu, to albo ma coś innego na myśli, niż to, że fizycznie przestajemy grzeszyć (bo nie przestajemy); albo pisząc ‚wszelkiego’ ma na myśli ‚niektórych grzechów’. Przyjmijmy, że wszelki grzech = wszelki grzech!

Jakkolwiek sprzeczne wydać ci się to może z mnóstwem rzeczy, w które wierzysz, Jan absolutnie nie pisze w tym fragmencie nic na temat Twoich uczynków, lecz Twojej pozycji przed Bogiem. Jesteś obmyty z grzechu, dlatego Bóg traktuje Cię tak, jak gdybyś nigdy nie zgrzeszył, i nigdy twoich grzechów już więcej nie wspomni (List do Hebrajczyków 10:17).

No dobrze, jeżeli zatem 1 Jana 1:9 nie mówi nic o wyznawaniu Bogu swoich codziennych grzechów, o czym zatem mówi?

Zajmę się konstrukcją 1 rozdziału 1 Listu Jana w osobnym artykule, bo sprawa jest bardzo ciekawa, na razie napiszę tylko wniosek…

***

Po napisaniu wniosku, który powyżej zapowiadam, ‚coś mi nie pasowało’ i postanowiłem jeszcze raz sprawdzić kilka opcji. Rezultatem tego jest to, że… usunąłem ten tekst. Nie czuję się na siłach, by wnioskować o tym, nie posiadając wystarczającej wiedzy w tym temacie.

Wspomnę tylko o dwóch możliwościach tłumaczenia tego tekstu.

1) Pierwszy rozdział 1 Listu Jana nie został napisany do ludzi wierzących.

Jest to pogląd zdobywający dzisiaj coraz większą popularność. Jakkolwiek wniosek ten   komuś może to się wydawać dziwny , wydaje się to mieć poparcie w tekście. W kilku pierwszych wersetach Jan wyraźnie rozgranicza ‚my’ kontra ‚wy’, spójrz na przykład na wers 2:

bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione (1 Jana 1:2)

Niektórzy wnioskują, że ‚głosimy wam życie wieczne’ oznacza, że odbiorcy tego życia nie mają. Nie mają też społeczności/współuczestnictwa z ludźmi wierzącymi ani Bogiem (wers 3).

Opcja ta wydaje się sensownie rozwiązywać wiele problemów, nie tłumaczy jednak, dlaczego Jan tak dziwnie podzielił swój list – początek do niewierząych, reszta dla wierzących. Co prawda zaraz po tym dyskusyjnym fragmencie Jan pisze „Dzieci moje, piszę wam” (2:1), co – jak niektórzy sugerują – oznacza początek części dla wierzących, niemniej – moim zdaniem – przydałoby się jakieś jaśniejsze rozgraniczenie i zaznaczenie, że ‚wy’ z pierwszego rodziału jest inne od ‚wy’ z reszty Listu.

W myśl tego rozumienia, wyznawanie grzechów z 1:9 oznaczałoby uznanie, że się jest grzesznym, które człowiek czyni w momencie nawracania się.

2) Pierwszy rozdział 1 Listu Jana, jak i pozostałe, został napisany do ludzi wierzących.

Jest to dośc rzadko reprezentowany pogląd (oczywiście, jeśli odrzucimy panującą dziś opinię o codziennym wyznawaniu grzechów) i opiera się na zawiłościach gramatycznych, głównie używanych w wersetach 1:5-9 trybach warunkowych. W rezultacie tego rozumowania, pogląd ten głosi, że Jan miał na myśli, aby chrześcijanie zgadzali się z tym, co Bóg mówi na temat grzechu i uznawali, że jest on złem. Wybaczenie/oczyszczenie jest tu wynikiem tego, że Bóg jest sprawiedliwy i wierny, a nie wynikiem wyznania wiary.

Aby ocenić wartość tej opinii trzeba dobrze znać język Nowego Testamentu. Niewątpliwie jednak, argument ten ma więcej sensu niż codzienne wyznawanie grzechów jako warunek przebaczenia lub społeczności z Bogiem.

***

Jeśli nabiorę pewności co do któregoś z tych punktów, zapewne wyedytuję ten artykuł, na razie jednak zostawię obie opcje.

***

Jak pokazuje wielka ilość różnych opinii na tematy doktrynalne 1 Listu Jana, jest to List niełatwy w interpretacji. Omawiany tutaj 1:9 nie jest jednak najtrudniejszym fragmentem, o wiele więcej sporów jest o to, co to znaczy, że chrześcijanin nie grzeszy (3:9.5:18) albo co to jest ‚grzech ku śmierci’ (5:16). Tematami tymi też planuję się zająć później. Nie zamierzam rozstrzygać tutaj, co 1:9 mówi, mogę natomiast bez wątpliwości stwierdzić, czego nie mówi. A nie mówi ani tego, że trzeba wyznawać grzechy, aby Bóg ci przebaczył; ani tego, że Bóg jest zły na ciebie dopóki nie przeprosisz za każdy grzech. Oba te poglądy zamieniają życie chrześcijańskie w sytuację, gdzie sukces jest niemożliwy. Nie ma różnych rodzajów przebaczenia grzechów! Dzięki Jezusowi i temu, co On zrobił, jest jedno przebaczenie, doskonałe i niezmienne.

A grzechów ich oraz ich nieprawości więcej już wspominać nie będę. (Hebrajczyków 10:17)

Sam kiedyś uczyłem dzieci popularnego w USA modelu modlitwy ‚ACTS’ – akronimu od słów Adoration (Uwielbienie), Confession (wyznanie), Thanksgiving (dziękczynienie) i Supplication (proszenie) – zakładając, że każda modlitwa musi mieć element wyznania grzechów. Po latach przyznałem się do błędu.

Jeśli wyznawanie grzechów przywracałoby ‚społeczność z Bogiem’ lub zapewniało nam Jego przychylność, bez wątpienia mielibyśmy o tym mnóstwo fragmentów w Biblii, a nie jeden werset.