Z bojaźnią i drżeniem (Filipian 2:12)

fear2
Czy masz fragmenty Biblii, przy czytaniu których czujesz strach?

Ja miałem ich bardzo wiele. I wiele z nich wywoływało u mnie negatywne emocje tyle razy, że nawet i dzisiaj, gdy je czytam, czuję niepokój, choć wiem już doskonale że jest on irracjonalny.

Jednym z takich fragmentów jest wers z drugiego rodziału Listu do Filipian:

A przeto, umiłowani moi, skoro zawsze byliście posłuszni, zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem nie tylko w mojej obecności, lecz jeszcze bardziej teraz, gdy mnie nie ma. (Flp 2:12)

Z bojaźnią i drżeniem… jak nam się kojarzy taki zwrot?

Przechodzisz przez podziemny tunel w niebezpiecznej dzielnicy miasta i słyszysz za sobą kroki?

Zdajesz poprawkowy egzamin, od którego zdania uzależnione jest twoje pozostanie na uczelni?

Masz rozmowę kwalifikacyjną po półrocznym okresie bezrobocia?

Podchodzi do ciebie dentysta z długą metalową szpilą, mówiąc „to może boleć”?

„Bojaźń i drżenie” kojarzy się ze strachem, i to nie byle jakim. A ponieważ zwrot ten występuje w sąsiedztwie słowa „zbawienie”, tworzy to następujące religijne tłumaczenie tego wersetu:

„Dołóżcie wszelkich starań by się nieustatnnie upewniać, czy jesteście zbawieni, i bądźcie przepełnieni strachem, aby przypadkiem nie skończyć w piekle, wiecznie płonąc w męczarniach”.

Kiedy wreszcie na poważnie zakwestionowałem fakt, iż Apostoł Paweł komukolwiek groził odnośnie tego, co się z nim stanie po śmierci, pozostało pytanie – no dobrze, ale o czym zatem wymieniony fragment Listu do Filipian mówi?

Zwrot „z bojaźnią i drżeniem” jest charakterystyczny dla języka apostoła Pawł. Występuje on w niezmienionej postaci trzykrotnie, i raz – w lekko zmodyfikowanej.

3 jego wystąpienia – poza Listem do Filipian – mają miejsce w Listach do Koryntian i Efezjan:

Serce zaś jego jeszcze bardziej lgnie ku wam, gdy wspomina wasze posłuszeństwo i to, jak przyjęliście go z bojaźnią i drżeniem. (2 Kor 7:15)

Niewolnicy, ze czcią i bojaźnią (z bojaźnią i ze drżeniem – Biblia Warszawska) w prostocie serca bądźcie posłuszni waszym doczesnym panom, jak Chrystusowi (Ef 6:5)

Natomiast w Pierwszym Liście do Koryntian Paweł zwrot ten nieznacznie modyfikuje, używając jednak tych samych rdzeniów wyrazowych:

I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. (1 Kor 2:3)

Czy widzimy w którymkolwiek przypadku uzasadnienie dla wniosku, iż Paweł rzeczywiście pisze o sytuacjach mających cokolwiek wspólnego ze strachem?

Ostatni fragment, w którym omawiane wyrażenie występuje, opisuje sytuację, gdy Paweł przyjechał do Koryntian, aby głosić im świadectwo Boże. Gdzie tu miejsce na strach?

W 2 Liście do Koryntian Paweł opisuje sytuację, w której musiał zganić Koryntian za ich postępowanie. Uczynił to również listem (najprawdopodobniej chodzi o Pierwszy List do Koryntian), i jakiś czas po jego otrzymaniu u Koryntian gościł współpracownik Pawła, Tytus. Paweł pisze, iż Tytus doznał u Koryntian pocieszenia, i że takiego samego pocieszenia doznał również Paweł, gdy Tytus go odwiedził i doniósł mu o zachowaniu Koryntian.

Paweł pisze, iż – gdy Tytus przybył do Koryntian – ci przyjęli go „z bojaźnią i drżeniem”. Czy Tytus w jakikolwiek sposób zagrażał Koryntianom? Nie. Gdyby go (lub Pawła) nie chcieli słuchać, mogli go prostu nie przyjąć. Kontekst tych słów to radość, dziękczynienie, zachęta. Gdzie tu miejsce na lęk?

Następny fragment – z Listu do Efezjan – jest, podobnie jak fragment z Listu do Filipian, nakazem. Jaki jest sens polecenia, by Efezjanie ze strachem byli posłuszni swoim właścicielom? Oczywiście, wielu niewolników miało powody się bać swoich właścicieli, ale czy istniałby jakikolwiek sens im ten strach zalecać lub nakazywać?

slaves

Tłumaczenie wyrażenia „bojaźń i drżenie”, kojarzące się z autentycznym lękiem, jest w tych wszystkich fragmentach nielogiczne! Ale od kiedy zresztą religia się przejmuje logiką..?

No i… co jednak wyrażenie to oznacza?

„Bojaźń” – greckie „fobos” – to słowo, od którego pochodzi termin „fobia”. Występuje w Biblii około 50 razy i bardzo często bez wątpienia odnosi się do autentycznego strachu:

Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu (fobos) krzyknęli. (Mt 14:26)

W wielu miejscach jednak o strachu mowy być nie może, jak choćby w tym wersecie, który opisuje reakcję kobiet po ujrzeniu zmartwychwstałego Jezusa:

Pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią (fobos) i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. (Mt 28:8)

O ile strachem mogły zareagować w pierwszej chwili po ujrzeniu Jezusa, to na pewno nie było go w nich, gdy biegły opowiedzieć o tym uczniom – czy strach może występować jednocześnie z radością?

„Fobos” jest często w Nowym Testamencie zalecane lub nakazywane (oprócz wspomnianych fragmentów z Listów do Filipian i Efezjan zobacz również 2 Kor 5:11, Rz 13:7, 1 P 1:17) – czy jest jakikolwiek sens nakazywać komuś strach, skoro w Biblii kilkadziesiąt razy znajdujemy zalecenie „nie lękajcie się”?

No dobrze, ale jak zatem pogodzimy to z faktem, iż są miejsca, w których „fobos” niewątpliwie oznacza strach, i że wiele wersetów go potępia, przykładowo ten (gdzie rdzeń „fobos” występuje aż 4 razy)?

W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości. (1 J 4:18)

Jeżeli jedno pojęcie jest raz ganione, a raz zalecane (i to przez tych samych autorów), wniosek może być tylko jeden – to samo słowo ma dwa (albo i więcej) odmienne znaczenia, i trzeba ich znaczenie rozpoznawać w kontekście. „Fobos” może zatem oznaczać strach, ale – jak wykazałem wyżej – na pewno nie oznacza go w omawianych przypadkach.

Popatrzmy do Listu do Rzymian:

Oddajcie każdemu to, mu się należy: komu podatek – podatek, komu cło – cło, komu uległość (fobos) – uległość, komu cześć – cześć. (Rz 13:7)

Nie wiadomo dlaczego tłumacze Tysiąclatki wybrali słowo „uległość”, gdyż język grecki posiada osobne znaczenie na „uległość” i żaden słownik takiego tłumaczenie „fobos” nie podaje. Biblia Warszawska używa natomiast słowa „bojaźń”, co też wydaje się niefortunne (dlaczego Paweł miałby nas namawiać do lęku?). Przygniatająca natomiast większość tłumaczeń angielskich używa tu słowa „respect” (szacunek), i to tłumaczenie wydaje się również zgodne ze słownikami Koine:

Phobos (Strong: 5401) a) strach, przerażenie, alarm b) obiekt strachu c) szacunek, respekt

Szacunek! Czyż nie wydaje się o wiele bardziej sensowne użycie tego słowa tam, gdzie polskie Biblie mają „bojaźń i drżenie”? Czy również służenie swoim panom (Ef 6:5) z szacunkiem nie brzmi o niebo rozsądniej niż służenie im z lękiem?

fear cat

Przyjrzenie się drugiemu z rzeczowników występujących w omawianym wyrażeniu – „drżeniu” (gr. tromos) niestety niewiele nam pomoże, gdyż występuje on w Biblii wyłącznie… jako część owego wyrażenia. Nie jest to jednak do naszych rozważań niezbędne – zaprezentowane dowody są wystarczające, by wiedzieć, czego na pewno ono nie wystarcza.

Tyle o słowach. Popatrzmy teraz dokładniej na główny omawiany fragment i jego bezpośredni kontekst:

A przeto, umiłowani moi, skoro zawsze byliście posłuszni, zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem nie tylko w mojej obecności, lecz jeszcze bardziej teraz, gdy mnie nie ma. (Flp 2:12)

Paweł zaczyna od pochwały – i to nie byle jakiej – chwali Koryntian, iż ZAWSZE byli posłuszni. Czy straszenie ich w następnych słowach nie wydaje się wręcz… chamskie? Nie na miejscu?

To tak, jakby rodzic powiedział dziecku „bardzo mi się podoba, jak cały czas utrzymujesz swój pokój w porządku! Nabałagań jednak, a sprawię ci lanie!”. To nie ma sensu!

Wszystkie powyższe problemy z tym tłumaczeniem bledną jednak przy tym, o którym napiszę teraz. Podczas studiowania tego fragmentu, przyznam, że oburzenie mną zatrzęsło, kiedy sobie uświadomiłem celowe oszustwo niektórych tłumaczy.

Porównajmy 3 najpopularniejsze polskie tłumaczenia Flp 2:12:

A przeto, umiłowani moi, skoro zawsze byliście posłuszni, zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem nie tylko w mojej obecności, lecz jeszcze bardziej teraz, gdy mnie nie ma.  (Flp 2:12, Biblia Tysiąclecia)

 

Przeto, umiłowani moi, jak zawsze, nie tylko w mojej obecności, ale jeszcze bardziej teraz pod moją nieobecność byliście posłuszni; z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje sprawujcie. (Flp 2:12, Biblia Warszawska)

 

Przetoż, moi mili! jakoście zawsze posłuszni byli, nie tylko w przytomności mojej, ale teraz daleko więcej w niebytności mojej, z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje sprawujcie. (Flp 2:12, Biblia Gdańska)

Zabiegać o” oznacza starać się o coś, czego się nie ma. Jeśli mówię, że ubiegam się w pracy o awans, znaczy to, że awansu tego nie mam.

Natomiast „sprawować” oznacza uzewnętrzniać coś, co się posiada (kiedyś zwrot ten używany o wiele częściej; dzisiaj może brzmieć nieco dziwnie). W oryginale jest słowo „katergazesthe„, które występuje w Biblii 22 razy i niemal zawsze oznacza jakiś efekt, czyn:

Z przykazania tego czerpiąc podnietę, grzech wzbudził we mnie wszelakie pożądanie. (rz 7:8)

Ale to właśnie grzech, by okazać się grzechem, przez to, co dobre, sprowadził na mnie śmierć (Rz 7:13 b)

Bo smutek, który jest z Boga, dokonuje nawrócenia ku zbawieniu, którego się /potem/ nie żałuje, smutek zaś tego świata sprawia śmierć. (2 Kor 7:10)

Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość.  (Jk 1:3)

Wystarczy bowiem, żeście w minionym czasie pełnili wolę pogan (1 P 4:3a)

I uwaga – wszystkie te cytaty również pochodzą z Biblii Tysiąclecia! Jak to zatem jest, że we wszystkich tych przypadkach katergazesthe tłumaczone jest jako czynienie czegoś, a tylko w Flp 2:12 – staranie się o coś?

Ano tak się dziwnie składa, że pasuje to bardzo do teologii tłumaczy Tysiąclatki: zbawienie to jest coś, o co trzeba zabiegać, bez żadnej gwarancji zbawienia, za to z perspektywą wiecznego smażenia w piekle w przypadku niepowodzenia. Bojaźń i drżenie byłaby zatem jak najbardziej na miejscu.

Protestanckie tłumaczenia wypadają o wiele lepiej, bo choć powtarzają zupełnie źle oddające oryginał „bojaźń i drżenie”, przynajmniej nie fałszują tłumaczenia wprowadzając kompletnie nieuzasadnione „zabiegajcie o”. Zostawiają jednak strach (sporo protestanckich Kościołów naucza przecież, że zbawienie można utracić, więc nawet ludzie zbawienie mają się czego bać – gdyż utrata zbawienia oznacza takie samo smażenie się w piekle, jak gdyby nigdy się zbawionym nie było).

(Zbawienie – tak naprawdę – nie ma nic wspólnego ani z niebem, ani z piekłem – więcej przeczytasz tutaj)

Tak, strach zawsze jest bardzo mile widziany w religii!

Następnym razem kiedy będziesz czytać omawiany tu fragment – lub jakikolwiek inny – i jeżeli wywoła on u ciebie lęk, obejrzyj ten werset dobrze, gdyż to nie Bóg ani autorzy Biblii ten lęk chcieli wywołać. Wywołała go religia, gdyż ona bazuje na strachu. Bez serwowania strachu, większość dziś pełnych kościołów stałaby pusta, a lista milionerów na świecie byłaby o wiele krótsza.

rich-guy

Gdyby Bóg chciałby nas traktować terrorem, czy nie użyłby bardziej efektowych środków niż kilka wieloznacznych (pozornie) wersetów z Biblii i masy wzajemnie przeczących sobie (już nie pozornie) kaznodziejów?

W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk (1J 4:18)

Religia = strach

Scared face
Niniejszy artykuł kieruję do tych z was, którzy wątpią w to, co słyszą co niedziela w kościele, ale boją się wątpić, myśląc, że Bóg ich potępia za te wątpliwości.

Wydaje się, że przeważająca większość ludzi nie ma tego problemu… a może udało im się samym sobie wmówić, że nie mają? Kiedyś im zazdrościłem, zwłaszcza w trudnych chwilach, kiedy przechodziłem wewnętrzne katusze, zastanawiając się, czy za swoje wątpliwości nie pójdę do piekła, a prawie wszyscy znajomi pukali się w czoło. Raczej pukali-BY się, bo oczywiście nikomu się nie przyznawałem, o czym myślę.

Dzisiaj moja perspektywa się jakże zmieniła! Obecnie uważam, że wątpliwości to wspaniała sprawa, i jedyny problem jest z tym, że zbyt rzadko z prawa do nich korzystamy.

Temat wątpienia w ogóle towarzyszy mi całe życie. Kiedy pierwszy raz kwestionowałem różne zasady religijne, wszyscy pukali się w czoło. Niektórzy mówili, że ‘mam diabła’. Nierzadko stawałem przed wyborem – iść z większością albo iść zupełnie samotnie. A ja byłem w swoich wierzeniach zupełnie odosobniony (było to jeszcze przed erą Internetu i szukanie ludzi o niestandardowych poglądach było zadaniem niełatwym). Prawie wszyscy znajomi sugerowali mi, że coś ze mną nie tak; a ja mnóstwo razy zadawałem sobie pytanie – czy jest możliwe, bym był jedyną osobą w tłumie, która ma rację? Czy to nie pycha – tak myśleć o sobie?

Bałem się. Nie wiedziałem wtedy, że ten strach był celowo we mnie wywołany.

Z pomocą przyszło mi… graffiti z jakiegoś muru. Było napisane:

Jedzcie g***o, miliony much nie mogą się mylić!

Odkąd zobaczyłem ten tekst, towarzyszy mi on całe życie. Uważam, że jest absolutnie genialny! „Większość” nie jest żadnym argumentem. Możesz być jedyną osobą z miliona i wciąż mieć rację. I nie jest to kwestia pychy i pokory. To kwestia prawdy.

(Oprócz tego tekstu o muchach widziałem też podobny, który też moim zdaniem świetnie ujmuje temat: tylko zdechłe ryby płyną z prądem.)

Jest powiedzenie:  jeśli ktoś cię nazwię osłem raz, zignoruj go. Jeśli stanie się to dwa razy w ciągu jednego dnia, zastanów się nad tym. Jeśli trzy, idź i kup sobie siana.

Jakkolwiem mądre (choć niespecjalnie biblijnie uzasadnione) przysłowie to się wydaje, uważam, że z tych trzech porad, które podaje, tylko środkowa ma sens.

Załóżmy, że mieszkasz od urodzenia w jakiejś wiosce, gdzie wszyscy wyznają jakąś zabobonną religię. I wszyscy, których znasz, to ekstremiści, głoszący potrzebę nawracania świata z jedyną możliwą alternatywą – śmiercią dla niewiernych. Nie znasz innego światopoglądu. Nie masz radia, Internetu, nie masz możliwości konfrontacji swoich poglądów z nikim innym.

Najprawdopodobniej przeżyjesz swoje lata i umrzesz w przekonaniu, że znasz prawdziwą religię. I bardzo możliwe, że nigdy nie będziesz miał żadnych wątpliwości. Większość ludzi nie ma. Albo ma tylko przez ulotne chwile.

A co jeśli… któregoś dnia poznasz chrześcijanina, usłyszysz o prawdziwym Bogu i uwierzysz w Niego?

Czy pobiegniesz z radością do swoich bliskich i opowiesz im o tym? Nie, bo wiesz, że mogą cię za to zabić. Zakładam, że nie jesteś w tym jednym może promilu ludzi chętnych do męczeństwa. Będziesz miał wybór – zachować swoje przekonanie do siebie i żyć z wewnętrznym konfliktem, czując się wyobcowanym wśród ludzi praktykujących obcą ci już religię… albo spróbować przekonać siebie samego, że jednak to twoja rodzina i przyjaciele mają rację.

Blisko 100% ludzi wybiera drugą opcję. Nawet w Polsce, gdzie śmierć za zmianę wyznania nie grozi.

Dlaczego? Przyczyną jest zawsze strach. Jeśli nawet nie musimy w Polsce obawiać się śmierci z powodu innych poglądów religijnych, boimy się wytykania palcem, wyśmiewania, kłopotów w przyszłości (np. ksiądz może odmówić ślubu w kościele). Boimy się alienacji.

Ale to dopiero początek strachu. Najbardziej bowiem… boimy się Boga.

A nie powinniśmy. Bóg jest dobry. Strach wywołała religia, nie Bóg.

preacher

 Prześledźmy mechanizm, jak to się dzieje.

O ile głęboka wiara w Boga to dzisiaj rzecz rzadka, to życie wiarą, nacechowane troską o bliźnich i pokornym dążeniem do doskonałości nie dlatego, aby być najlepszym ale dlatego, aby lepiej pomagać innym, występuje rzadziej, niż urodziny cielęcia z dwiema głowami. Normy moralne narzucane przez niemal wszystkie religie są natomiast bardzo wysokie. A na domiar złego, ilość ludzi określających się jako religijnych, jest procentowo w Polsce ogromna. Rocznik Statystyczny z 2013 roku podaje, że wciąż mamy oficjalnie 86% katolików. Porównanie z innym krajami można zobaczyć na http://en.wikipedia.org/wiki/Religions_by_country – Polska jest w czołówce, a wyprzedzają nas głównie malutkie kraje Trzeciego Świata, o których przeciętny Polak nawet nie słyszał.

We wszystkich miejscach, w których istnieje Kościół większościowy lub narodowy, niemal wszyscy jego członkowie należą do niego tylko powierzchownie i nie jest z tym związana żadna duchowość. W  Polsce większość katolików chodzi do kościoła machinalnie i na tym ich związek z Kościołem się kończy. Są natomiast miejsca w USA, gdzie katolicy stanowią poniżej procenta populacji – i często są to nadzwyczaj żywe wspólnoty, których członkowie celują w znajomości Biblii i ofiarnej pracy na rzecz bliźnich. Z Kościołem baptystycznym jest odwrotnie – w Polsce stanowi jedynie ok. jednej setnej procenta populacji i wspólnoty baptystyczne są bardzo żywe, podczas gdy w USA, gdzie jest prawie 70 tysięcy kościołów baptystycznych i gdzie mieszka połowa baptystów świata, jest powiedzenie, że baptysta jest w Kościele tylko dwa razy w życiu – na swoim chrzcie i na swoim ślubie.

Czy duchowni lub inni liderzy wspólnot religijnych nie wiedzą, że zdecydowana większość ich wiernych wcale nie jest zbyt wierna? Nie są przecież ślepi. Nie wyrzucają jednak nikogo z kościoła z powodu duchowej bylejakości. Dlaczego? Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to oczywiście chodzi o pieniądze. Skreślenie kogoś z listy to pozbawianie się części dochodu, a każda „duszyczka” to przecież dochód dla parafii. Dzisiaj mało kogo da się przekonać do dziesięciny i większość kościołów lokalnych swój dochód opiera na niedzielnej tacy.

I tu niedzielna obecność wiernych bardzo popłaca. Przynajmniej dla księdza czy pastora.

Wyobraź sobie, że jesteś takim duszpasterzem w średniej wielkości mieście, i twoja wspólnota stanowi 1000 głów. Wystarczy, że co druga osoba będzie obecna w kościele co niedzielę, i da 5 złotych.  I już masz dochód 10 tysięcy miesięcznie (500 ludzi razy 5 złotych razy 4 niedziele w miesiącu), co wystarczy na rachunki i godziwe życie. A co gdy będzie długi weekend z piękną pogodą, i do kościoła nie przyjdzie 500 osób, a jedynie 100? Już masz 2 tysiące mniej. A co, jeśli lato jest nieznośnie długie i piękna pogoda jest co niedziela?

Masz dwie opcje – sprawić, by ludzie albo zechcieli przychodzić do kościoła, albo by uwierzyli, że muszą to robić.

Ta pierwsza opcja jest niesamowicie trudna. Wiem z doświadczenia, swojego i cudzego. Czasem zaś prawie niemożliwa. Niektóre grupy ludzi są niemożliwe do reformowania. Nigdy oczywiście do końca nie można przewidzieć, jak dana wspólnota się zachowa, i należy do końca próbować, co robił choćby apostoł Paweł, ale czasami skutki będą bliskie zerowym.

Jak można zatem sprawić, by ludzie musieli chodzić do kościoła?

 Postraszyć karą Bożą!!!

I taki przykładowo Katechizm Kościoła Katolickiego dobrowolną rezygnację z pójścia do kościoła w „dni nakazane” nazywa grzechem ciężkim (KKK 2181), zaś kto umrze w stanie grzechu ciężkiego, idzie do piekła (KKK 1033).

Całą młodość nad tym rozmyślałem! Dziwiłem się, czy to jest sprawiedliwe, że całe życie mogę starać się żyć jak należy, a jednego dnia nie zechce mi się iść do kościoła, umrę, i… czekają mnie wieczne męki piekielne?

A ktoś, kto żyje byle jak, ale zdarzy mu się pójść do spowiedzi tuż przed śmiercią… ląduje „w niebie”?

Oczywiście upraszczam tu teologię katolicką, niemniej takie wnioski własnie płyną z różnych katechizmów lub „Kieszonkowych rachunków sumienia”.

Kościoły protestanckie odrzuciły większość zabobonów, ale trudno, myślę, wyobrazić sobie jakąkolwiek instytucję bez choć niewielkiej ilości tradycji, a każda tradycja zawiera zabobony. Niektóre wspólnoty przykładowo nauczają, że chrzest jest niezbędny do zbawienia (na marginesie zawsze ciekawiło mnie, dlaczego ci, którzy w to wierzą, nie chrzczą dzieci zaraz po urodzeniu, ale czekają najcześciej wiele tygodni, albo i miesięcy?). I chociaż zdecydowana większość Kościołów protestanckich naucza, iż zbawienie jest darem i zapracować na niego nie jest się w stanie, teologowie używają różnych sztuczek interpretacyjnych, by jednak jakieś warunki zbawienia postawić.

Zbawienie jest darmowe, ale…

  •  Trzeba wypowiedzieć „modlitwę grzesznika”
  •  Trzeba odwrócić się od absolutnie wszystkich grzechów
  •  Trzeba mieć poprawną doktrynę
  •  Trzeba wytrwać w zbawieniu
  •  Nie wolno popełniać grzechów świadomie
  • – Nie wolno popełniać grzechów wymienionych w 1 Koryntian 6:9-10

Religia wymyśliła (tak! wszystkie powyższe punkty to wymysły nie uzasadnione w żaden sposób Biblią!) te (i inne) warunki, by trzymać wiernych „w ryzach”. Wystarczy zasiać w umyśle ziarno niepewności, aby uniezależnić człowieka od kościoła. Będzie tam chodził co niedziela, choćby po to, by usiłować rozwiać te same wątpliwości, które zostały tam zasiane.

screaming_at_child

Część Kościołów poszła w rozwoju dalej, i przyznała, że zbawienie nie ma nic wspólnego z tym, czy nie palimy papierosów i czy pomagamy staruszkom w przechodzeniu przez ulicę. Jeżeli zatem nie da się utracić zbawienie, to może da się utracić… relację z Bogiem? Jego błogosławieństwo?

Czyli – jeżeli będę za dużo grzeszyć, Pan Bóg nie będzie mnie lubił. Powiązana jest z tym bardzo popularna idea tzw. kary za grzechy.

 Nie zdałem egzaminu na prawo jazdy, bo wcześniej ściągałem na klasówce w szkole. Wyrzucono mnie z pracy,co było karą Bożą za to, że nie płaciłem podatków. Zgubilem portfel, bo miałem myśli nieczyste… Pan nie będzie mi błogosławił, jeśli nie będę się regularnie modlił/czytał Biblii/głosił Chrystusa…

 Jeśli masz szczęście być we wspólnocie, która żadnej z wyżej wymienionych bzdur nie naucza – ceń ją jak diamenty. To wielka rzadkość.

Tych, którzy wierzą, że Bóg dziś karze ludzi za grzechy, chciałbym się spytać, dlaczego Bóg pozwolił na długie życie i dostatek wielu zbrodniarzom, którzy odpowiedzialni są za cierpienia tysięcy lub nawet milionów?

No i w ogóle  dlaczego karze za grzechy, skoro obiecał, że o nich zapomni (Hbr 8:12.10:17)?

Nie bój się myśleć samodzielnie! To ludzie będą wściekli, nie Bóg, bo Bóg cię nie utraci, a twój ksiądz/pastor może! Mogą czekać cię niełatwe chwile; wielu ludzi wybaczyłoby ci łatwiej zabójstwo niż samodzielne myślenie (oni nazywają to herezją), ale później osiągnąć możesz pokój w sercu, którego religijni ludzie nigdy nie doświadczą!

Bardzo możliwe, że nie będziesz miał nikogo, kto rozumie twoje wątpliwości. Świetnie się stanie, jeśli kogoś takiego znajdziesz, niemniej musisz pamiętać, że znajomości Boga nie poprawią teologiczne dyskusje. Źródłem wiedzy o Bogu jest przede wszystkim sam Bóg, a On jest w stanie nauczyć cię wszystkiego, co potrzebujesz, bez niczyjej pomocy!

 Jeśli zaś komuś z was brakuje mądrości, niech prosi o nią Boga, który daje wszystkim chętnie i nie wymawiając; a na pewno ją otrzyma. (Jakuba 1:5)