O teorii względności, nagim cesarzu i goleniu włosów

Każda prawda przechodzi przez trzy etapy: najpierw jest wyśmiewana, potem  zaprzeczana, a na końcu uważana za oczywistą. –  Arthur Schopenhauer

Choć tematyką artykuł ten będzie odbiegał od reszty witryny, jego ogólne przesłanie jest z nią spójne – i jest nim zachęta do uruchomienia myślenia w dziedzinach, w których sądziliśmy, że inni pomyśleli za nas wystarczająco dobrze.

MYŚL! Otwórz umysł. Nie akceptuj czegoś tylko dlatego, że większość ludzi, których znasz, to twierdzi. Nie akceptuj czegoś nawet wtedy, gdy wszyscy, których znasz, to twierdzą. Tylko zdechłe ryby płyną z prądem. A jeśli to inni mają rację, a ty nie, po przebadaniu spornego tematu po prostu zmienisz zdanie. Będziesz przynajmniej dokładnie wiedzieć, dlaczego myślisz, co myślisz. Kwestionując wszystko, co się da, możesz tylko zyskać!

open mind key locked un locked brain mind human head phsycology phsycological mindlock memories therapy

W praktyce oczywiście kwestionowanie dosłownie wszystkiego jest niemożliwe, głównie z powodu braku czasu. Musimy wybrać, które z aspektów naszego życia i przekonań są dla nas najważniejsze. W każdej kulturze istnieje mnóstwo mitów, w które wierzy blisko 100% populacji, ale które nie mają żadnego wpływu na niczyje życie. Nigdy się nie dowiemy wszystkich, w które sami wierzymy, i które powtarzamy.

Wikingowie mieli hełmy z rogami. Pamięć złotych rybek trwa kilka sekund. Alkohol rozgrzewa. U rekinów nie występują nowotwory. Napoleon był bardzo niski. Wielki Mur jest jedyną budowlą widoczną z kosmosu. Ptaki porzucą pisklęta, jeśli wyczują zapach człowieka, który je dotykał. Pasy cnoty powstały w celu zapobiegania niewierności. Rzucona z bardzo wysokiego budynku drobna moneta może ci przebić na wylot głowę. Ludzie mają pięć zmysłów. Paznokcie i włosy rosną również po śmierci.

viking-helmet

 Wszystkie wyżej wymienione twierdzenia są fałszywe. Weźmy pierwsze z nich – „Wikingowie mieli hełmy z rogami”. Tak naprawdę Wikingowie musieliby mieć tendencje samobójcze, aby umieszczać na swoich hełmach rogi. Jedną z funkcji hełmu jest to, aby większość uderzeń miecza się po nim niejako ślizgała. Rogi by to uniemożliwiały. „Doprawiono” je (haha) Wikingom dopiero w XIX wieku, a uczynili to twórcy kostiumów do oper Wagnera. Wszystkie wcześniejsze rysunki i opisy Wikingów rogów nie mają.

Po przeczytaniu powyższego wyjaśnienia, niemal nikt, jak sądzę, nie upierałby się już przy tym, że Wikingowie naprawdę mieli rogi u hełmów. Po stwierdzeniu typu „ha, ciekawe!”, przyjąłby po prostu do wiadomości, że się mylił. Sprawa ta jest bowiem łatwa do udowodnienia, a wyjaśnienie jak najbardziej logiczne.

Co to jednak naprawdę oznacza „logiczne”?

Logika to proces rozumowania, który powinien nam umożliwić odróżnianie prawdy od fałszu. Natrafiamy jednak na dwa problemy – po pierwsze, logika nie jest niezależnym procesem, po drugie, możemy w różny sposób zakłócać jej działanie.

Co to znaczy, że logika nie jest niezależnym procesem? Poprawność działania logiki zależy między innymi od opierania się na faktach. Nie każdy jednak ma ich jednakową znajomość. Dwie osoby mogą dojść do różnych wniosków stosując ten sam rodzaj logicznego rozumowania, jeśli nie mają identycznej znajomości faktów.

Węźmy kolejny z wymienionych wyżej mitów – ten, że pamięć złotej rybki wynosi tylko kilka sekund. Komuś może wydać się to logiczne – no tak, mała, głupia rybka; czego można spodziewać się po zwierzęciu z mózgiem wielokrotnie mniejszym od łebka szpilki? Nie wiadomo, kto stworzył ten mit, wiadomo natomiast, że został wielokrotnie obalony. 15-letni chłopiec z Australii w prostym doświadczeniu poprzedzał karmienie złotych rybek umieszczeniem w akwarium czerwonego klocka. Początkowo ryby się go bały, później jednak nauczyły się, że oznacza on karmienie, i podpływały bliżej. Chłopiec przerwał eksperyment na tydzień – i po jego upływie rybki wciąż pamiętały, że klocek oznacza karmienie, podpływały blisko niego bez żadnych obaw. 1 A tydzień to… kilkaset tysięcy razy więcej niż kilka sekund. Nie na tym koniec jednak. W podobnym eksperymencie, tylko z użyciem dźwięku, udowodniono, iż pamięć złotych rybek może sięgać nawet pięciu miesięcy 2. Jeśli znamy tylko ten fakt, że mózg złotej rybki jest malutki, możemy wciąż wierzyć w mit kilkusekundowej pamięci. Wiedza o wykonanym doświadczeniu szybko ten mit obala.

 Logika, aby działała jak należy, powinna też być poparta doświadczeniem. Przyznajmy się – większości rzeczy, w które wierzymy, i które głosimy, nie doświadczyliśmy w żaden sposób. Ktoś nam coś powiedział, gdzieś coś czytaliśmy, i powtarzamy to dalej, z każdym kolejnym powtórzeniem wierząc w to coraz bardziej. Większość ludzi, zwłaszcza tych inteligentnych i oczytanych, lubi prezentować swoją wiedzę (eufemizm przechwałek), i lubi efekt wywierany na znajomych, kiedy uda im się zabłysnąć wiedzą i widzą podziw w ich oczach. Kiedy raz to osiągną, trudno im później przyznać się do jakiejkolwiek niewiedzy. Wolą nieco pozmyślać niż powiedzieć „nie wiem”. Boimy się rozczarować innych, że wcale nie jesteśmy tacy wspaniali, jak myślą?

Jest powiedzenie, które bardzo lubię – „mądry mówi tylko to, co wie; głupi mówi wszystko”. W obecnej dobie informacji, gdy człowiek jest zasypywany nieporównywalnie większą ilością informacji niż w całej historii ludzkości, niemożliwe jest jednak zweryfikowanie wszystkiego, zwłaszcza, iż duża część informacji, która nam jest serwowana, to umyślne kłamstwa, zwane reklamą. Najmądrzejszymi dzisiaj zatem są być może ci, którzy najmniej mówią?

Ponieważ trudno całe życie poddawać wnikliwej analizie wszystko, co słyszymy, i na pewno pewne mity będziemy powtarzać, warto zastanowić się, jak odróżnić te mało istotne od tych, które mogą odmienić czyjeś życie. A te należą najczęściej do dwóch kategorii: religii i nauki.

Wszyscy mamy potrzebę bezpieczeństwa, i niektóre z informacji, które posiadamy, mają na nią bezpośredni wpływ. Informacja o wykryciu nowotwora złośliwego w zaawansowanym stopniu rozwoju dla niemal każdego będzie wielkim szokiem i poczucie bezpieczeństwa nagle przestanie być zaspokajane. Większość ludzi będzie starać się odzyskać je bądź to przez religię, bądź naukę, bądź kombinację obydwu.

Załóżmy, że pacjent bądź to uwierzy, że Bóg go uzdrowi, bądź też, że ktoś ma lekarstwo na jego dolegliwość. Jeżeli później będziemy starali się zachwiać jego przekonaniem – odpowiednio przekonując, że Boga nie ma, lub że takowe lekarstwo nie istnieje, poczucie bezpieczeństwa tej osoby będzie zagrożone i jej reakcje będą zazwyczaj bardzo emocjonalne. W takich sytuacjach rzeczowa dyskusja jest prawie zawsze niemożliwa. Jeżeli czytelnik tego artykułu należy do osób, których poczucie bezpieczeństwa oparte jest na nauce, uprzedzam, że może ono zostać poważnie rozchwiane. Jeżeli ktoś ma w tej chwili wielką ochotę rzucić czytanie tego artykułu, sugeruję, aby to zrobić. Jakakolwiek szansa na dowiedzenie się czegoś nowego maleje w tempie astronomicznym, jeśli do tematu podchodzimy z emocjami.

GOLENIE WŁOSÓW

 

Dlaczego wspomniałem w tytule artykułu golenie włosów? Jest to jeden z mitów, do których co prawda nauka nie ma wątpliwości, że jest fałszywy, ale jest też dobrym przykładem, jak rozpowszechniona może być jakaś fałszywa informacja. Panuje bardzo powszechne przekonanie, iż golenie włosów ma wpływ na ich wzrost. Jedni uważają, iż odrastają one ciemniejsze, inni, że grubsze; wielu też uważa, iż po goleniu rosną gęściej lub szybciej. Z naukowego punktu widzenia natomiast byłoby niezwykle dziwne, gdyby którekolwiek z tych twierdzeń było prawdą. Powód jest trywialnie prosty – włos jest martwy. Możemy go golić, ciąć, palić, zanurzać w kwasie – nasz organizm nie ma możliwości nawet „dowiedzenia się”, co się z nim dzieje. Włos nie ma żadnych połączeń nerwowych. Mieszek włosowy jest, jak najbardziej, żywym organem, ale to, co z niego wyrasta, czyli to, co widać, już nie.

super-thick-beard

Jest to bardzo prosty fakt, jednak jego nieznajomość jest bardzo powszechna. Wykorzystywane to jest w reklamach, w ktorych witaminy bądź prowitaminy wnikają we włosy, lub mają je „odżywiać”. Nie da się przecież odżywić czegoś, co jest martwe. Pamiętam, jak w przeszłości wielokrotnie irytowałem się, gdy usiłowałem kogoś przekonać, iż wpływ golenia na porost włosów jest mitem. Niektórzy nawet cierpliwie słuchali moich wywodów o budowie włosa, jednak – kiedy oczekiwałem od nich zgodzenia się ze mną – stwierdzali, że oni jednak wiedzą lepiej, bo… widzieli „na własne oczy”, iż golenie wpływa na porost włosów.

Wyżej pisałem, iż poprawne działanie logiki wymaga znajomości faktów i – podkreślę „i” – doświadczenia. Nie „albo”. One muszą się ze sobą zgadzać. Jeśli się nie zgadzają, albo fakty w rzeczywistości są inne, albo doświadczenia złudne. W przypadku golenia włosów mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem. Często dorastający chłopcy zauważają, że dopóki się nie golili, ich włosy były prawie niewidoczne, zaś od czasu golenia są ciemniejsze. Byłyby jednak wciąż ciemniejsze, nawet gdyby ich nie golili, gdyż spowodowane to było zmianami hormonalnymi w ich organiźmie. Zbiegiem okoliczności było to, iż w tym czasie włosy te były golone. Owszem, odrastające po goleniu włosy wydają się twardsze i mniej elastyczne, na tej samej zasadzie, na jakiej o wiele trudniej nam zgiąć lub złamać drewnianą listwę długości centymetra niż długości metra. Nie golmy się jakiś czas i przekonamy się, że po osiągnięciu pewnej długości, włosy znów wydają się elastyczne i bardziej miękkie.

To jedno proste twierdzenie – że włos jest martwy – tak naprawdę jest jedynym potrzebnym argumentem. Jak to zatem jest, że wciąż przygniatająca większość ludzi wierzy, że golenie wpływa na porost włosów? Nawet naukowcy, choć dobrze wiedzieli, że na wpływ ten nie ma logicznych dowodów, woleli się przekonać, i wykonywali liczne doświadczenia na ochotnikach. Doświadczenie z 1970 roku dotyczyło dwóch grup ludzi [http://www.everydayhealth.com/skin-and-beauty/does-shaving-make-hair-grow-back-thicker.aspx], z których jedna nie goliła nóg przez kilka miesięcy, druga zaś goliła je regularnie. Przebadano włosy obu grup przed i po eksperymencie. Wynik – zgodny z nauką. A jednak… nauka sobie, doświadczenia sobie, a… ludzie wciąż wierzą, w co chcą wierzyć. Zwłaszcza, jeśli ich doświadczenie zdaje się przeczyć naukowym faktom. „Czucie i wiara silniej do mnie mówią, niż mędra szkiełko i oko” – któż by się odważył kłócić z Mickiewiczem?

Może łatwiej będzie kłócić z kimś, kto lubi nadużywać alkoholu, i upiera się, że go on rozgrzewa? Alkohol, owszem, rozszerza naczynia krwionośne blisko skóry, przez co skóra się ogrzewa i człowiek ma wrażenie, że jest cieplej, podczas gdy oczywiście przez rozszerzone naczynia o wiele prędzej traci się ciepło. Zamarzasz? Napij się wódki, zamarzniesz prędzej, ale przyjemniej. Prześmieszne jest to, że większość ludzi, gdy myśli o psach bernardynach, ma przed oczami obraz olbrzymiego, kudłatego psa z baryłką rumu lub whisky na szyi, podczas gdy sami mnisi z Wielkiej Przełęczy Świętego Bernarda (którzy zapoczątkowali używanie tych psów do pomocy w górskich akcjach ratowniczych) zaprzeczają, że kiedykolwiek wieszali cokolwiek psom na szyjach. Legendy…

W tytule wspominam również o nagim cesarzu. Jeśli ktoś nie zna tej baśni Andersena, służę skrótem:

new emperors's clothes

„Nowe Szaty Cesarza” jest krótką opowiastką, w której pewien uwielbiający dobre stroje cesarz daje mnóstwo pieniędzy dwóm oszustom podającym się za tkaczy o niesamowitych zdolnościach polecając, aby ci uszyli mu szaty, o niezrównanym pięknie. Oszuści deklarują, iż podołają temu zadaniu, a oprócz piękna, szaty te będą miały również bardzo ciekawą właściwość: wszelcy głupcy i ci, którzy nie nadają się do urzędu, w którym pracują, nie będą mogli w ogóle ich widzieć. Oszuści rozpoczynają pracę, zamawiają najlepsze materiały i złoto, przy czym oczywiście chowają je i kradną. Cesarz posyła swoich urzędników, aby oglądali i donosili mu o postępach pracy, a ci – choć widzą puste krosna – albo boją się zwolnienia z pracy, albo posądzenia o głupotę, więc wszyscy mówią, że szaty są przepiękne. Po niedługim czasie już mówią tak wszyscy w mieście.

W końcu i sam cesarz ogląda materiały… i też się boi własnej bądź to niekompetencji, bądź to głupoty, i… również przyznaje, że szaty są wspaniałe. Bajka kończy się sceną, gdy król paraduje nagi przed całym miastem, podczas gdy wszyscy zachwycają się nieistniejącymi szatami… do czasu, aż jedno dziecko woła „Patrzcie, przecież on jest nagi!”. Dziecko na pewno na swój urząd się nadaje, a wtedy nikt dzieciństwa z głupotą nie utożsamiał, także zamiast zbesztać dziecko za naiwność… wszyscy w końcu mu wierzą. Cesarz też zaczyna się domyślać prawdy, jednak… kończy procesję, jak gdyby nigdy nic.

Ta opowiastka jest genialna! Pokazuje i wyjaśnia mnóstwo procesów, które występują w społeczeństwach. Wyjaśnia także sporo pozornych paradoksów dziejących się w religii.

I… w nauce.

Kiedy przyjrzymy się historii nauki, zobaczymy, że niemal wszystkie przełomowe odkrycia spotykały się początkowo z największym oporem… wśród środowisk naukowych. Tylko drobny procent naukowców chciał słuchać Kopernika, że ziemia nie jest środkiem świata. A kiedy Galileusz chciał pokazywać przez teleskop kratery na księżycu lub księżyce Jowisza, większość pozostałych astronomów nawet nie chciała spojrzeć, jako że przecież oni – naukowcy – wiedzieli, jak to ma wyglądać. Wielka ilość szanowanych naukowców na początku XIX wieku była przekonana, iż cięższe od powietrza maszyny nie mają szansy na sterowane latanie, choć przecież w przyrodzie nie brak dowodów na to, iż jest to możliwe. 3

Czy jednak wielkie pomyłki nauki to kwestia przeszłości? Owszem, mamy możliwość przetwarzania milionów razy więcej danych, ale człowiek wciąż tak samo często się myli, jak tysiąc lat temu, i wciąż tak samo często ma również ochotę pokazać się w jak najlepszym świetle, nawet kosztem fałszowania danych.

W latach 80 i 90 niemal w każdej przychodni lekarskiej oraz w wielu salach szkolnych wisiały tak zwane piramidy pokarmowe, które miały pokazać, jak powinna wyglądać właściwie zbilansowana dieta. Jej podstawą były produkty zbożowe, wyżej – warzywa, później owoce, nabiał i – na samym czubku – mięso i oleje. Generalnie – im wyżej, tym tłuściej.

polska_piramida_zywnosciowa

Po jakimś czasie jednak coraz więcej naukowców zaczęło sobie uświadamiać, że tłuszcze jednak są potrzebne dla zdrowia. Więc piramidę zmieniono i na samą górę powędrowały cukier i słodycze.

nowsza_piramida_zywieniowa

To akurat wersja wegeteriańska, ale wersja „zwyczajna” umieściłaby po prostu mięso obok jajek lub nieco wyżej.

Minęło trochę lat… i zauważono, że chleb, płatki i kasza przyczyniają się do otyłości. Powędrowały więc one wyżej, tym razem ustępując miejsca warzywom.

Mięso jednak wciąż traktowane jest po macoszemu.

nieco_nowsza_piramida_zywieniowa

Ostatnie lata to następny przełom. Coraz więcej badań pokazuje, iż ani wysoka zawartość tłuszczu w diecie, ani też mięsa, nie mają bezpośredniego wpływu na otyłość ani żadną z chorób przewlekłych. Mają go natomiast węglowodany, zwłaszcza te wysoko przetworzone – jak rafinowany cukier i biała mąka. Produktom zbożowym coraz więcej ludzi po prostu dziękuje i czyniąc to ,pozbywają się wielu chorób i niechcianych kilogramów. Tak się składa, że jestem jednym z tych ludzi – i poniższa piramida przedstawia też z grubsza to, co sam jadam:

odwrotna_piramida_zywieniowa

Na diecie takiej bardzo trudno jest przytyć. Jest to dokładnie odwrotny model żywienia do tego, który podawano maluczkim do wierzenia przez ostatnie dziesięciolecia. Do dzisiaj zresztą wciąż większość popularnych serwisów internetowych poświęconych zdrowiu promuje dietę wysokowęglowodanową.

Ale przecież wpływ spożywania różnych grup produktów spożywczych na podstawowe aspekty zdrowotne jest przecież trywialnie prosty do przebadania. Do badań takich nie potrzebna jest znajomość wszystkich reakcji organizmu na poziomie molekularnym. Wystarczy odpowiednia ilość ochotników i obserwacja, jak ich organizmy reagują na to, co jedzą. Poza tym dostęp do informacji jest dzisiaj tak łatwy, jak jeszcze nigdy w historii ludzkości. Jak to zatem jest, że „naukowcy” i „specjaliści” potrafią podawać zupełnie sprzeczne informacje? I – zauważmy – że nie mówimy o kilku publikacjach w jakichś mało znanych magazynych – mówimy o planszach wiszących w dziesiątkach tysięcy szkół i ośrodków zdrowia na całym świecie z niesprawdzonymi i wprowadzającymi w błąd informacjami, które bardzo łatwo można było zweryfikować!

 Dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedź może być tylko jedna – niektórym naukowcom musi nie zależeć na dotarciu do prawdy.

Z jakich powodów? Myślę, że i tu sprawdza się genialne porzekadło – jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Dlaczego mielibyśmy założyć, że naukowcy są wolni od chciwości? Jeśli przyjdzie ktoś do marnie zarabiającego naukowca i zaproponuje milion złotych za sfałszowanie wyników badań w jakiejś mało istotnej sprawie, a w dodatku za ten czyn nie groziłaby odpowiedzialność karna… jak brzmiałaby bardzo często naukowca tego odpowiedź?

W latach 70 kilkoro amerykańskich badaczy rozpoczęło badania nad wpływem tkanki chrzęstnej (chrząstki) na rozwój raka. Zauważono, iż wstrzyknięcie jej w tkankę w okolicy rosnącego nowotworu blokowało powstawanie nowych naczyń krwionośnych, tym samym uniemożliwiając rozwój nowotworu. Wyglądało to obiecująco, i oczywiście wymagało mnóstwa badań i wielkiej ilości tkanki chrzęstnej. I tu pojawił się pomysł: rekiny – wielkie zwierzęta, których szkielet jest niej w 100% zbudowany . Świetne źródło materiału do eksperymentów! W mniej więcej tym samym czasie inny naukowiec usiłował wywołać raka u rekinów, podając im duże dawki aflatoksyn B1, które to mają silne właściwości rakotwórcze… i żadnego nowotworu nie stwierdził. Czy jednak badanie wpływu jednej substancji na zaledwie kilku osobników danego gatunku może uzasadnić wniosek „rekiny nie chorują na raka”? Nieco później, oczywiście, liczne badania potwierdziły, że u rekinów jak najbardziej nowotwory również występują.

Zanim jednak opublikowano badania ostatecznie udowadniające, iż rekinów w żaden znany sposób nie można użyć do walki człowieka z rakiem, pojawił się ktoś szczególny… lekarz mający genialną żyłkę do interesów – William Lane. Natychmiast rozpoczął produkcję różnych specyfików pozyskiwanych z chrząstki rekina, opublikował kilka książek i zaistniał w mediach.

shark tale

Wkrótce odebrano mu licencję lekarza, zabroniono głosić fałszywe informacje o sposobach leczenia nowotworów, nałożono karę w wysokości miliona dolarów… ale cóż to dla niego, skoro zarobił wielokrotnie więcej. Swoją pierwszą książkę opublikował w 1992 roku. Piszę to w 2015, i jego firma, LaneLabs 4, wciąż prężnie działa… i wciąż sprzedaje specyfiki z chrząstki rekina. Z powodu zakazu sądowego nie są one już reklamowane jako zapobiegające nowotworom, ale… opinia publiczna przecież dobrze wie od dawna, od czego one są.

Jaki jest tego wszystkiego rezultat? Poza bogactwem Williama Lane’a, drastycznie zmniejszona populacja rekinów. I zawiedzione nadzieje mnóstwa ludzi.

Pieniądze deprawują. I naukowcy nie są od tego wolni.

Jak to jest jednak możliwe, że wciąż powszechna jest wiara w coś, co ponad wszelką wątpliwość zostało udowodnione, że jest fałszywe? Akurat w kwestii walki z nowotworami myślę, że powód jest prosty – ludzie potrzebują nadziei. Jeśli nie znajdą nadziei mającej racjonalne podstawy, chwycą się czegokolwiek. Rak jest wciąż jedną z największych tragedii na świecie i miliony ludzi widzą odchodzących bliskich w sile wieku, którym w żaden sposób nie można pomóc.

Powyższe przykłady pokazują, iż fakt, że coś jest powszechnie akceptowane, wcale nie musi oznaczać, iż jest to prawdziwe. Odnosi się to zarówno do środowisk naukowych, jak i wszystkich innych. Jedni naukowcy przeczą innym; coś, czego uczymy dzieci dzisiaj, może okazać się nieprawdą jutro. Stare dzieje! Wszyscy od czasu do czasu się mylimy, ale gdy poznajemy nowe fakty, zmieniamy przekonania i idziemy dalej. A przynajmniej tak by było, gdyby ludzie działali tylko na płaszczyźnie racjonalnej. Tak jednak niestety nie jest. Nie jesteśmy komputerami.

Nadmierne emocje uniemożliwiają logiczne rozumowanie. Potrafimy rozmawiać logicznie, z rzeczową wymianą argumentów… lecz kiedy pojawia się wątek religii, zaczynają pojawiać się inwektywy, i cała miła atmosfera pryska. Nic nowego. Poczytajmy historie Giordano Bruno, Galileusza lub Kopernika (z których, wbrew kolejnemu mitowi, tylko pierwszy był spalony na stosie), tam żaden z sędziów nie zadał sobie trudu, by sprawdzić teorie naukowe, choć kwestia położenia Słońca i Ziemi nie miała z religią nic wspólnego. Próba podważenia bzdurnych dogmatów o budowie Układu Słonecznego powodowała takie kłótnie, że na żadne argumenty nie pozostawało miejsca.

Przez wiele lat obecności na najróżniejszych forach dyskusyjnych obserwowałem, jak wielkie emocje wzbudza cokolwiek mającego choć odległy związek z religią.Nie widziałem nigdzie w Internecie dysksusji o teorii ewolucji, gdzie nie byłoby słowa „idiota”. Możesz mieć inne opinie na temat ufoludków lub dostępności pozyskiwania energii z wody – każdy je szanuje i daje ci prawo do ich wyrażania – ale jeśli masz inne zdanie w temacie ewolucji, to… jesteś idiotą. Osobiście zupełnie nie widzę żadnego związku między religią a ewolucją, ale powszechny jest pogląd, że odrzucając ewolucję trzeba wierzyć, iż wszystko stworzył Bóg; podczas gdy odrzucając Boga trzeba dojść do teorii ewolucji. Ludzie dowiedli, iż potrafią wierzyć we wszystko, jeśli tylko im się to odpowiednio poda. Niedawno przeczytałem, iż 10% Amerykanów nie wierzy, iż ich rodacy wylądowali na Księżycu. Istnieją natomiast zrzeszające tysiące członków Towarzystwo Płaskiej Ziemi (Flat Earth Society). Tak, oni naprawdę nie wierzą, że Ziemia jest kulista. 5

O wojnie ewolucja kontra kreacjonizm jednak pisać nie będę, jako że istnieje mnóstwo książek, witryn i for dyskusyjnych, gdzie temat jest wałkowany dzień w dzień. Chciałbym natomiast skupić się na innym temacie, który pozornie nie ma nic wspólnego z religią.

 Teoria względności Alberta Einsteina.

Wyraz „Einstein” funkcjonuje dzisiaj jako synonim geniusza. Być może dlatego znakomita większość ludzkości spędza całe życie bez zamartwiania się tym, że nie rozumie tego, z czego Einstein jest najbardziej znany – teorii względności (TW). Nadmienię tutaj, że ilekroć będę odnosić się do TW, będę miał na myśli wyłącznie szczególną, nie ogólną teorię wzlędności.

einstein

Jakże przecież my, Misie O Małych Rozumkach, możemy aspirować do rozumienia tworu geniusza? Jest to często powtarzana obiegowa opinia, jednak tak naprawdę zrozumienie założeń TW nie jest wcale trudne. Ale o tym za chwilę.

Wyżej wspominam, iż nie widzę żadnego związku między religią a teorią ewolucji. To nieprawda, że Biblia przeczy ewolucji, gdyż Biblia nie precyzuje, czy akt stwórczy trwał sekundę czy milion lat i w jaki dokładnie sposób to stwarzanie się odbywało. Ci z naukowców, którzy teorię ewolucji odrzucają, odrzucają ją nie dlatego, że Biblia im każe, ale dlatego, że znajdują w niej luki niemożliwe do wytłumaczenia. Bardzo poważny związek widzę natomiast między religią a TW. I religia, i TW, ma dogmaty. Dogmaty – czyli rzeczy podawane do wierzenia, które nie wymagają uzasadnienia.

Dogmaty różnych religii są rozmaite i często wzajemnie sobie przeczą, ale jeden dogmat jest wspólny – dogmat o istnieniu Boga – lub bogów. TW również ma różne dogmaty, ale jeden z nich jest najważniejszy.

Dogmat o stałej prędkości światła.

TW głosi, iż światło, niezależnie od położenia i prędkości obserwatora, będzie miało zawsze taką samą prędkość. Nieważne czy poruszać się będę w tym samym kierunku, co promień światła, lub w przeciwnym, bądź w ogóle – zawsze zmierzę tę samą prędkość. Z obliczeń TW wynika również, iż niemożliwe jest jej przekroczenie – prędkość światła jest prędkością absolutnie maksymalną we wszechświecie.

Nie zajmując się jeszcze kwestią, czy dogmat ów jest prawdziwy czy nie, zauważmy, że dogmat ten przeczy zdrowemu rozsądkowi. Załóżmy, że jestem w poruszającym się autobusie, w którym oprócz mnie jest tylko jeszcze jeden pasażer. Ja siedzę na początku autobusu, on na jego końcu. W pewnym momencie pasażer ów wstaje i idzie w moim kierunku. Idzie tempem spacerowym, powiedzmy – 5 km/h. Autobus porusza się natomiast 60 km/h.

Z jaką prędkością będzie mnie się wydawało, iż pasażer idzie? A jaką prędkość pasażera zmierzy ktoś stojący na ulicy? I co zobaczy kierowca samochodu osobowego wyprzedzającego autobus, jeśli samochód ten będzie jechał z prędkością 65 km/h?

To bardzo proste. Prędkość pasażera zmierzona przeze mnie wynosić będzie 5 km/h, osoby z ulicy – 65 km/h, a kierowcy wymijającego autobus – 0 km/h.

Co się jednak dzieje, jeśli nadamy naszemu sympatycznemu pasażerowi nazwisko Światło?

Wtedy – zgodnie z dogmatem – prędkość zmierzona przeze mnie będzie wynosić miliard km/h, zmierzona przez osobę z ulicy – miliard km/h, a osoby z wymijącego nas samochodu – również miliard km/h (tak, prędkość światła – 300 000 km/s to nieco ponad miliard kilometrów na godzinę).

Weźmy przykład z rzeczywistym użyciem światła: jeżeli na rakiecie lecącej z prędkością światła ktoś zapaliłby latarkę, świecąc jej promieniem w kierunku lotu, obserwator zewnętrzny według TW zauważyłby, że promień tej latarki nie poleciałby zgodnie z logiką dwa razy szybciej od światła, ale również z prędkością światła. Czy zatem pilot tej rakiety widziałby ten promień światła z latarki stojący w miejscu obok latarki? Nie jest to możliwe, gdyż przecież każdy obserwator musi widzieć światło poruszające się z tą samą prędkością. Ten pilot również widziałby, że promień światła wystrzelił z… prędkością światła. Skoro latarkę skierował w kierunku ruchu rakiety, widział, jak promień wyprzedza rakietę, bo przecież światło pokonało długość rakiety w kilka nanosekund, i jaka siła kazała by mu zatrzymać się magicznie na jej końcu? No właśnie! Niemożliwe jest, aby osoba czekająca w punkcie docelowym mogła to zaobserwować, bo zakładałoby to, że osoba ta zobaczyłaby promień światła zanim zobaczy samą rakietę, a więc promień ten poruszałby się szybciej, niż rakieta, a przecież… dogmat TW mówi, iż to niemożliwe.

 (Zgadzam się, że powyższy akapit jest niezwykle zagmatwany i może wymagać wielokrotnego przeczytania, ale zachęcam do wysiłku, gdyż jego zrozumienie jest niezbędne, aby pojąć istotę tego problemu).

Jesteśmy troszkę w punkcie bez wyjścia. Promień światła z latarki nie może jednocześnie opuścić rakietę (według jej pilota) i jej nie opuścić (według obserwatora zewnętrznego). Jest to urągająca logice sprzeczność, niemniej fizycy się tym nie przejmują. Zapisując mnóstwo stron skomplikowanymi obliczeniami udowadniają, iż niemożliwe bywa możliwe, tylko tylko że… do jednego absurdu musimy dołożyć jeszcze kilka. A zwłaszcza dwa. Dylatacja czasu i transformacja Lorentza.

 

Teoria dylatacji czasu głosi, iż im szybciej się poruszamy, tym czas płynie wolniej. Jeżeli mój brat bliźniak wyruszyłby w trwającą wiele lat podróż z ogromną prędkością, to po powrocie będzie o kilka lat młodszy ode mnie. Tranformacja Lorentza natomiast (konkretniej chodzi o tzw. skrócenie Lorentza – Fitzgeralda), zwana również w skrócie kontrakcją, mówi nam, iż im szybciej ciało się porusza, tym robi się… krótsze w kierunku ruchu. Przykładowo – jeżeli mam 180 cm wzrostu, to leżąc głową w kierunku ruchu w rakiecie poruszającej się z prędkością wynoszącą 87% prędkości światła, mój wzrost wynosiłby 90 cm. Nie wiem, jak zareagowałyby moje organy na coś takiego. Fizycy jednak nie będą tracić czasu na taką błachostkę.

 Te trzy dogmaty – stała prędkość światła, dylatacja czasu i kontrakcja – są ze sobą nierozerwalnie złączone w TW, to znaczy obalenie dowolnej z nich obala pozostałe – i w rezultacie – całą TW. Wszystkie trzy również… przeczą logice i doświadczeniu. Czy jednak fakt, że coś nam się wydaje nielogiczne, przeświadcza o nieprawdziwości tego czegoś? Oczywiście, że nie. Logika może zawieść, gdyż opiera się na znajomości faktów, a ta może być niedoskonała. W przypadku TW jednak trochę trudno mówić o faktach, gdyż fakty są tylko wtedy bezsporne, gdy każdy może je z łatwością zaobserwować, a prawdziwości TW nie sposób zaobserwować, bowiem wszystkie te arcyciekawe zjawiska dopiero pojawiają się w dostrzegalny sposób przy prędkościach zbliżonych do prędkości światła, a nam do tego bardzo daleko. Najszybszy zbudowany przez człowieka pojazd poruszał się z prędkością nieco ponad 16 km/s (pojazdy z ludźmi) i 70 km/s (bezzałogowe). 70 km/s brzmi imponująco, ale wciąż blado przy 300 000 km/h. Osiągnęliśmy zaledwie 0.0002 prędkości światła. Dlatego cała ta teoria istnieje tylko na papierze. Przykładami, które rzekomo teorię tę udowadniają w praktyce, zajmę się za moment.

Fizykom jednak do szczęścia nie jest potrzebne ani obserwowanie TW w praktyce, ani nawet jakiekolwiek inne jej udowodnienie. Obecnie wiodącą metodą udowadniania teorii naukowych jest tak zwana weryfikowalność. Krótko mówiąć – teorię uznaje się za prawdziwą tak długo, jak nikt nie udowodni, iż jest fałszywa. Jeśli zatem poprosimy fizyków o wytłumaczenie TW, mogą nam pokazać kilkadziesiąt stron pokrytych wzorami, których tylko garstka ludzi na świecie potrafi zrozumieć. Jeżeli jednak poprosimy o dowód doświadczalne, wzruszą ramionami. Nie muszą nic udowadniać.

Teraz zaczyna się najciekawsze.

W literaturze popularnonaukowej podaje się kilka przykładów „praktycznego zastosowania teorii względności”, i doprawdy zabawnym faktem jest to, że wszystkie wynikają z zupełnego niezrozumienia tematu i opierają się nie na nauce, a na wymyślonych historyjkach.

Zajmijmy się kilkoma najczęściej wymienianymi.

GPS

Jest to zdecydowanie najpopularniejszy przykład. Utrzymuje się, że gdyby w systemie nawigacji GPS nie zastosowano poprawek, obliczanych dzięki TW, błąd GPS codziennie rósł by o kilkanaście kilometrów, ponieważ prędkość satelitów GPS – choć wciąż niewielka w porównaniu do prędkości światła – jest jednak na tyle duża, iż trzeba ją brać pod uwagę jako że zachodzi na nich dylatacja czasu w stosunku do odbiornika GPS na ziemi. Po zastosowaniu obliczeń TW i założeniu, że satelity GPS poruszają się względem odbiorników GPS na ziemi, otrzymalibyśmy różnicę 38 mikrosekund na dobę, a że w ciągu 38 mikrosekund światło przebywa 11 km.

gps-logic

Krótko mówiąc – jest to wierutne kłamstwo i tylko osoby znające technologię GPS bardzo powierzchownie mogą się na nie nabrać.

Jakikolwiek sens takie rozumowanie miałoby tylko wtedy, gdyby na satelitach – oraz na odbiorniku GPS na ziemi – zainstalowano zegary atomowe – i przy obliczeniach pozycji brałoby się pod uwagę różnicę ich wskazań. Ponad wszelką wątpliwość jednak w malutkich odbiornikach GPS zainstalowanych w samochodzie lub telefonie komórkowym nie ma zegarów atomowych! Niedawno co prawda słyszałem o wyprodukowaniu zegara atomowego niewielkich rozmiarów, jednak w czasach, kiedy te historie powstawały, zegary atomowe miały rozmiar sporych szafek i konsumowały tysiące razy więcej energii niż pozwalają na to możliwości współczesnych urządzeń przenośnych.

Zegary atomowe są wyłącznie instalowane na satelitach, a i tak nie polega się do końca na ich dokładności i są one sychronizowane ze sobą wiele razy każdego dnia. Odbiorniki GPS otrzymują jedynie informację o czasie wysłania sygnału, więc nie ma absolutnie żadnego znaczenia, czy satelity się względem odbiornika poruszają, czy nie. Reasumując – technologia GPS ani nie potwierdza, ani nie zaprzecza TW! Słyszałem też historie, jakoby GPS po zbudowaniu nie działało jak trzeba do czasu, gdy naukowcy wpadli na pomysł, „No tak, zapomnieliśmy o TW” – i wszystko nagle zaczęło działać. Nigdy jednak nie udało mi się znaleźć źródeł tych informacji. Papier wszystko przyjmie.

Proponuję też poszukać w Internecie argumentów, których użył nie kto inny a Ronald R. Hatch, prezes i współzałożyciel firmy Systemy Nawigacyjne i dyrektor Instytutu Nawigacji, gdyż uważa on, że TW nie tyle umożliwa działanie GPS, ale wręcz – gdyby była prawdziwa – by je uniemożliwiała. Tak naprawdę nawet fizycy znający TW wiedzą doskonale, że nie ma ona nic wspólnego z GPS, to bajka wymyślona przez jakiegoś pseudonaukowca powtarzana przez miliony.

Miony

Wyobraźmy sobie, że naukowcy odkryli na księżycu nowy rodzaj istot żywych. Nazwijmy ich mionkami. Są zbudowane zupełnie inaczej niż wszystkie znane ziemskie zwierzęta i ich zachowanie jest również odmienne. Natychmiast po urodzeniu zaczynają lecieć z prędkością 100 km/h, nigdy nie zmieniając kierunku. A ich życie wynosi dokładnie 10 dni.

beta-minus-decay

Po jakimś czasie naukowcy znajdują mionki również na ziemi! Ale jak to możliwe? Dotychczas naukowcy byli pewni, że mionki są w stanie rodzić się i żyć wyłącznie na księżycu. A skoro są w ciągu życia w stanie przebyć tylko 10 razy 100 = 1000 km, nie mogły dotrzeć tu z księżyca, okrążającego ziemię z odległości prawie 400 razy większej.

Możliwe rozwiązania tej zagadki:

  1. Mionki żyją jednak również także na ziemi. Naukowcy się mylili.
  2. Na księżycu rodzą się również inne mionki, które mogą podróżować znacznie szybciej.
  3. Na księżyciu rodzą się również inne mionki, które mogą żyć o wiele dłużej niż 10 dni, więc mogły dotrzeć na ziemię.
  4. W czasie pierwotnych obserwacji mionków zepsuły się przyrządy i dane na temat ich prędkości lub czasu życia są niepoprawne.
  5. W czasie podróży z księżyca na ziemię czas stanął w miejscu, odległość się skurczyła, i dlatego mionki mogły dotrzeć na ziemię.

Proszę teraz o uważne przeczytanie powyższych punktów i wybranie najbardziej sensownej odpowiedzi.

Na tysiąc zapytanych ludzi, 999 wybierze jeden z pierwszych trzech punktów. Ta jedna z tysiąca będzie fizykiem.

A teraz naukowo – miony (nie mionki, ale mionki brzmią sympatyczniej, czyż nie?) to nie żyjątka, miony to cząstki elementarne z kategorii leptonów (bardziej znane leptony to m.in. elektrony i neutrino). Miony tworzą się głównie podczas bombardowania górnych części atmosfery promieniowaniem kosmicznym. Ich okres połowicznego zaniku wynosi około 2 mikrosekund, to znaczy ich ilość co 2 mikrosekundy powinna maleć o połowę.

Przeprowadzono liczne doświadczenia w których badano ilość mionów na szczycie góry i u jej podnóża. Różnica wysokości wynosiła 1,9 km. Badano miony o prędkości bardzo zbliżonej do prędkości światła (0.995 c). Przy tej prędkości mionom zajmuje około 6 mikrosekund, aby przebyć tę odległość. Jeżeli naliczymy przykładowo 100 mionów na szczycie tej góry, na dole ich ilość według teorii zmniejszy się trzykrotnie o połowę, czyli ze 100 do 50, dalej do 25 i 12 1/2. . Czyli na dole powinno dolecieć 12-13 mionów.

Doświadczenia jednak wykazują, iż dolatuje 80 procent mionów. Po obliczeniach wychodzi, iż w takim razie okres połowicznego zaniku mionów wynosi około 20 mikrosekund – 10 raz więcej niż wcześniej było obliczone – a tak się składa, że obliczenia TW wykazują, iż przy prędkości 0.995 c czas powinien wydłużyć się dziesięciokrotnie. Czyż nie udowadnia to niemal idealnie precyzyjnie, iż TW jest prawdziwa?

Analogicznie do przykładu z mionkami – oczywiście, możemy przyznać, iż udowadnia, jeśli z mnóstwa możliwych wytłumaczeń wybierzemy te najmniej logiczne.

Skąd w ogóle wiadomo, że to miony się poruszają? W myśl teorii względności wszystko przecież zalezy od układu odniesienia, od obserwatora. Może to miony stoją w miejscu a ziemia się porusza? Wiemy przecież, że zarówno ziemia, jak i cały układ słoneczny i galaktyka się poruszają z zawrotnymi prędkościami? Jeżeli to miony stoją w miejscu, to ich czas powinien płynąć szybciej, a nie wolniej?

A może czas połowicznego rozpadu jest poprawnie obliczony, ale miony są po prostu… (miłośnicy TW – proszę zatkać uszy) – szybsze niż światło? No tak, to niestety niemożliwe, bo tak głosi TW.Niemożliwością też jest, aby zmierzona prędkość rozchodzenia się fal radiowych pulsarów była większa od prędkości światła… 6, choć… ją właśnie tak zmierzono.

Skąd w ogóle wiemy, jaka może być prędkość lub czas połowicznego zaniku mionów? Otóż obliczenia pochodzą z akceleratorów, gdzie powstające miony mogą przecież mieć inne właściwości niż te, które powstają na wysokości 16 km. Wiadomo na pewno, że te powstające w atmosferze mają o wiele większą energię. Może to jakoś wpływa na ich czas połowicznego zaniku? Może dzięki temu są nawet szybsze niż światło… oczywiście o ile by to mogło być możliwe 🙂  Nikt tego nie roztrzygnął. Badania cząstek elementarnych nie moga się odbywać w sposób bezpośredni – wytworzona przez nas aparatura nie jest w stanie cząstek tych zobaczyć, możemy tylko badać efekty, które one wywołują. Nigdy żadnego wyniku nie można stwierdzić ze 100% pewnością.

Podsumowując temat mionów – zbyt duża ilość ich przy powierzchni ziemi może być wyjaśniona na wiele sposobów, z których TW jest sposobem najmniej intuicyjnym i najmniej logicznym.

Zegary na pokładzie samolotu

W 1971 Amerykanie fizyk Joseph Hafele i astronom Richard Keating umieścili 4 bardzo dokładne zegary cezowe na pokładach samolotów, które następnie okrążyły kulę ziemską w różnych kierunkach. Jak możemy dzisiaj wyczytać w większości książek o fizyce, założyli oni, iż zegary lecące na wschód powinny stracić 40 nanosekund a te lecące na zachód – 275 nanosekund. Oficjalnie podane wyniki okazały się niemal idealnie dokładne – te pierwsze straciły 59 zamiast 40 nanosekund, te drugie – zyskały nie 275 nanosekund zamiast spodziewanych 273.

No i debata zamknięta, czyż nie? Tak wspaniała dokładność danych wykazuje niezbicie, iż wyliczenia TW są poprawne i dylatacja czasu odbywa się zgodnie z przewidywaniami.

Niestety. Wyniki tych badań zostały sfałszowane i fakt, iż bardzo trudno znaleźć o tym informacje, jest dowodem na swojego rodzaju inkwizycję panującą w nauce. Przecież sfałszowanie wyników przez twórców tego ekseperymentu wcale nie dowodziło fałszywości teorii! Należałoby po prostu powtórzyć eksperyment, co przy postępie technologii dzisiaj powinno być o wiele łatwiejsze. 7

Udało mi się znaleźć szczegółowe dane z tych eksperymentów. Przykładowo pierwszy z zegarów, mających kod 408, miał zgodnie z TW utracić 59 nanosekund, podczas gdy w rzeczywistości zyskał 165 nanosekund. Wszystkie dane można znaleźć m.in. tutaj: http://www.debate.org/debates/The-Hafele-Keating-Experiment-Supports-Special-Relativity/1/

Hafele i Keating niestety zmanipulowali danymi. Nikt na 100% dzisiaj nie powie, na ile było to celowe oszustwo, na ile nie; jeżeli naukowiec jest bardzo mocno przekonany, że zegar powinien coś pokazać, a pokazuje coś zupełnie innego, może zawsze dojść do szczerego przekonania, iż zegar ten jest zepsuty, i go wyrzucić, biorąc dane z innego zegara. Nawet jeśli okaże się, że 80% zegarów jest zepsutych. Co w 1971 roku nie byłoby tak naprawdę dziwne.

Ciekawe natomiast też to, że nawet, jeśli dane z zegarów okazałyby się zgodne z TW, nie byłoby to też w pełni dowodem na dylatację czasu, gdyż założenie, iż zegary cezowe są tak samo dokładne niezależnie od różnych czynników związanych z podrózą samolotem, są jedynie pobożnym życzeniem. Dokładność tych zegarów udowodniono jedynie na ziemi, w warunkach stacjonarnych. Ich ilość w eksperymencie również pozostawia sporo do życzenia – czy zgodziłby się ktoś na leczenie specyfikiem, który przebadano by zaledwie na czwórce ochotników?

* * *

Oto trzy najpopularniejsze „dowody” na poprawność TW. Jak widać, nie są to żadne dowody. W chwili obecnej nie dysponujemy sprzętem, który w łatwy sposób potrafiłby obalić lub udowodnić TW, jako że przy prędkościach, które uzyskujemy, dokładność naszej aparatury pomiarowej nie jest na tyle duża, aby tego dokonać.

Prawda jest taka, że zdecydowana większość fizyków uważa, iż TW jest prawdziwa, ale wielu też wie, że to nie jest ostatnie słowo, jakie fizyka ma do powiedzenia na temat świata i zależności między prędkością, grawitacją, polem elektromagnetycznym i innymi zjawiskami lub wielkościami fizycznymi. Nikt nie wie do końca, ilu fizyków w TW nie wierzy zupełnie, jednak tacy istnieją. Tak, jak mechanika Newtona okazała się niedoskonała i Einstein potrafił więcej rzeczy wytłumaczyć swoją teorią, przeczącą w niektórych miejscach newtonowej, tak samo jutro może ktoś się pojawić, kto wyłoży nową teorię, która zaprzeczy w wielu miejscom TW. Fizycy kłócą się nieustannie i czasami cienie tych dyskusji są publikowane w literaturze popularnonaukowej… jednak dzieje się to rzadko. Fizykom zależy na tym, aby traktowano ich śmiertelnie poważnie, gdyż im ważniejsza jest ich praca, tym większą mają szansę na dotacje. Smutne jest tylko to, iż w sztuce tego oszustwa są tak dobrzy, że ich teorii uczy się w szkołach jako pewników. Czy w którejkolwiek szkole uczy się przykładowo, że mechanika kwantowa jest również nieudowodnioną teorią? Teorią, dodam, której niedociągnięcia widział nie kto inny, a sam Einstein, i która zdaniem przynajmniej niektórych fizyków nie może współistnieć z TW?

Z niezwykłym zainteresowaniem śledziłem wypowiedzi prasowe w 2011 roku. Otóż Europejska Organizacja Badań Jądrowych (CERN) podała, iż zmierzona prędkość cząstek neutrino w eksperymencie „Opera” okazała się szybsza niż światło. Neutrino miało pokonać odległość 760 km i jeśliby osiągnęłoby prędkość światła, trwałoby to dwie tysięczne sekundy (2 milisekundy). Okazało się, że przybyło ciut wcześniej – zaledwie o 60 miliardowych sekundy (o 60 nanosekund), więc nie jest to wiele – jednak o wiele więcej, niż zakładany błąd pomiarowy.

Wiele miesięcy później CERN podała, iż obliczenia były błędne i ich powodem było złe zamocowanie jednego z kabli podłączonych do komputerów. Czy to prawda, czy nie, i dlaczeto tak długo zajęło wykrycie błędu – tego nie wiem i nie chcę spekulować – najciekawsza jest jednak reakcja środowisk naukowych.

Reakcja opinii publicznej była prosta do przewidzenia – no tak, więc jednak prędkość światła nie jest maksymalną prędkością we wszechświecie. Naukowcy się mylili. Nie pierwszy raz, nie ostatni.

Po środowiskach naukowych jednak spodziewałbym się czegoś zupełnie innego, skoro TW jest powszechnie akceptowana. Tak naprawdę nie zdziwiłoby mnie, gdyby CERN w ogóle nie podała wyników tych badań do wiadomości, tylko intensywnie zaczęła poszukiwać źródła pomyłki. Zrozumiałbym też, gdyby po podaniu wyników pomiarów całe środowisko naukowe orzekłoby – to oczywista pomyłka, nie ma czego komentować, poczekamy, aż pomyłkę się wykryje i usunie.

 Tak się jednak nie stało.

Owszem, większa część naukowców odniosła się do tych wyników sceptycznie. Ale nie wszyscy. Wielu proponowało inne rozwiązania, w tym i takie, które zmieniają lub rozszerzają TW – krótko mówiąc – które jej obecne postulaty uznają za nieprawdziwe. 8

Reakcja ta pokazuje niezbicie, iż to wcale nie jest prawda, jakoby TW była jednogłośnie przyjęta w świecie naukowym. Dogmat o niemożliwości przekroczenia prędkości światła nie jest co prawda najważniejszy w teoretycznych rozważaniach TW, jest jednak niezbędny przy jej obliczeniach. Według nich bowiem masa obiektu rośnie do nieskończoności zbliżając się do prędkości światła, a nie może istnieć masa większa od nieskończoności.

Po co w ogóle napisałem ten artykuł? Nie jestem fizykiem. I jeżeli miałoby do tego zależeć moje życie, nie upierałbym się przy tym, że TW jest błędna. Głównym polem moich badań jest religia i metody masowej manipulacji ludźmi. Moim celem było wykazanie istotnej analogii manipulacji społeczeństwem religii i nauki. Zarówno biskup jak i naukowiec w niektórych momentach każą sobie wierzyć na słowo, obaj oburzą się i zareagują emocjonalnie, kiedy podważy się ich dogmaty, i obaj z ogromną trudnością przyznają się do błędów.

Zachęcam do przeczytania książki Herberta Dingle’a „Science at the Crossroads”. Herbert Dingle był cenionym fizykiem. Był m.in. prezesem brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego. W pewnym okresie życia zaczął dostrzegać rażące wewnętrzne sprzeczności w TW, i nikt nie mógł mu ich wyjaśnić. Pisał liczne listy do różnych czasopism naukowych, prosząc specjalistów od TW o komentarz… i prawie nigdy nie doczekiwał się nawet odpowiedzi. Swoją historię zawarł w powyższej książce.

TW w wielu aspektach zupełnie urąga logice i jest absolutnie nieweryfikowalna, jednak jest na tyle zagmatwana, iż niewielu ludzi ma wystarczającą wiedzę, by w sposób absolutnie naukowy ją podważyć. Tacy ludzie jednak istnieją. Oprócz TW istnieje mnóstwo innych teorii, które podaje się maluczkim do wierzenia, choć są jedynie spekulacjami. Pochodzenie życia. Pochodzenie materii. Z czego naprawdę składa się jądro ziemi. Budowa planet. Wspomniana wyżej mechanika kwantowa. W tych wszystkich dziedzinach tak naprawdę nauka nie posiada żadnej wiedzy, a jedynie mnóstwo spekulacji, jednak z pewnych powodów spekulacji tych naucza się w szkołach i nadaje im miano FAKTÓW.

To, że wszyscy naukowcy coś mówią, nie jest jeszcze dowodem, że to jest prawda. Tak samo jeśli jest to nauczanie jakiegoś Kościoła, niezależnie od tego, iloma latami historii i tradycji Kościół ten się podpiera. Mamy prawo do własnego myślenia i poiwnniśmy uciekać ilekroć ktoś próbuje nam to prawo zabrać lub gdy obraża nas tylko za to, że mamy inne zdanie na jakiś temat, jakikolwiek oczywisty ten temat mógłby się dla kogoś nie zdawać.

Zanim zakończę ten artykuł, pozwolę sobie jeszcze na dokończenie tematu fałszywych twierdzeń, które wymieniłem we wstępie, bo wiem, że dla niektórych mogła to być najciekawsza część.

Napoleon Bonaparte nie był bardzo niskim człowiekiem. Nie był też bardzo wysokim. Mierzył 168 cm. Obiegowa opinia bierze się stąd, iż ktoś mylnie nie przełożył francuskich miar długości na amerykańskie (stosowane też w większości innych krajów). Po śmierci zmierzono ciało Napoleona, że miało 5 stóp i 2 cale. Według miar amerykańskich to 157 cm, ale według francuskich – 168 cm. To wciąż wydaje się niewiele w porównaniu do średniego wzrostu Europejczyków, ale średnią wysokością mężczyzn we Francji wtedy było 165 cm, czyli Napoleon mógł być nazwany osobą dość wysoką.

eartf_from_space_night

Wielki Mur w Chinach nie jest widoczny z kosmosu. Jest widoczny z najniższych orbit satelitów, ale to jeszcze nie kosmos. Z orbit tych widać też autostrady, mosty czy lotniska. Istnieją natomiast inne ludzkie dzieła widoczne z kosmosu. Najważniejszy tu jest kontrast z otoczeniem – im mniejszy, tym trudniej coś dostrzec z dużych wysokości. Wielki Mur jest w dużej części podniszczony, brudny, i nie stanowi wielkiego kontrastu z otoczeniem.

Najlepiej widocznymi z kosmosu budowlami są: zespół 200 km2 szklarni w hiszpańskiej Almerii, budynek parlamentu w Rumunii i kopalnia miedzi Kennecott w USA.

Ptaki nie porzucą dotkniętych przez człowieka piskląt ponieważ nie mają wystarczająco dobrego węchu. Mit ten wziął się prawdopodobnie stąd, że niektórzy próbowali włożyć z powrotem do gniazd pisklęta, które z nich wypadły, podczas gdy mogłyby one być celowo wyrzucone przez ptaka, choć to rzadkie – zdarza się jednak, gdy pisklęta są bardzo chore,lub gdy brak wystarczającej ilości pokarmu dla wszystkich. Czasami matki wyrzucają pisklęta gdy nadchodzi czas, by uczyły się latać. Gdy widzimy pisklę na trawie, zwłaszcza jeśli nie ma ono jeszcze piór, być może wypadło przypadkiem i możemy je spróbować włożyć z powrotem do gniazda bez obaw, iż matka je przez to odrzuci.

Czy mamy pięć zmysłów? Jeśli byśmy mieli pięć, bylibyśmy bardzo upośledzeni. Wymieńmy nasze najważniejsze zmysły. Pięć najczęściej znanych spisał już Arystoteles – wzrok, słuch, smak, węch i dotyk. Ale nauka posunęła się „nieco” od jego czasów. Mniej znane dodatkowe cztery to zmysł temperatury, równowagi, nocycepcja (odczywanie bólu) i propriocepcja (odczuwanie, gdzie znajdują się w danej chwili poszczególne części naszego ciała, nawet jeśli ich w danej chwili nie widzimy). Dzisiaj też wiadomo, iż odczuwanie nacisku, poczucie łaskotania, napięcia mięśniowego lub głodu odbywa się w dedykowanych receptorach i również zasługuje to wszystko na miano zmysłu.

Pasy cnoty nie służyły oryginalnie zapobieganiu zdradom, a jedynie… masturbacji.

Drobna moneta rzucona z wysokiego budynku nie przebije nikomu głowy. Może osiągnąć około 200 km/h; osiągnięcie większych prędkości jest niemożliwe z uwagi na tarcie powietrza. Twórcy Myth Busters próbowali przebić głowę zrobioną z żelu monetą wystrzeloną z trzykrotnie wyższą szybkością – i też się to nie powiodło. Zarówno prędkość jak i specyficzny kształt monety nie pozwolą jej na uszkodzenie ludzkie głowy.

Włosy i paznokcie przestają rosnąć w momencie śmierci człowieka, tak samo jak i wszystkie jego tkanki i organy. Często jednak widać odrastające, niepomalowane części paznokcia, jednak widać je, ponieważ skóra na palcach, tracąc wodę, obkurcza się, odsłaniając normalnie niewidoczne części paznokcia.

Takich mitów fukcjonuje mnóstwo – w życiu codziennym, w religiach i w nauce. Każdy z nas powtarza niektóre z nich i nie ma w tym nic złego, o ile tylko mity te nie będą pogarszały jakości czyjegoś życia. Nie czyniły nas nieszczęśliwymi. A człowiek powinien dążyć do bycia szczęśliwym z jak najbardziej altruistycznego powodu – nie będąc szczęśliwym jesteśmy najczęściej przykrymi dla innych i niezdolni do niesienia im pomocy.

A man offers a rose to a woman to mark International Women's Day in Belgrade

Otwórzmy oczy! Pomyślmy zanim się odezwiemy! Analizujmy zwłaszcza te z naszych przekonań, które uprzykrzają życie – nam lub innym. Może okazać się, że problem leży nie w nas lub w kimś innym, a jedynie w błędnym myśleniu, a jego naprawienie zaowocuje nowym, szczęśliwym życiem.

Biblia a nauka

Przez wiele lat… a tak naprawdę przez większą część mojego życia, moje poczucie bezpieczeństwa było w pewnym sensie oparte na wiarygodności Biblii.

Ponieważ uważałem, iż są w niej pewnego rodzaju instrukcje, jak po śmierci trafić do nieba, zamiast do piekła, zrozumiałe jest, iż zarówno wiarygodność jak i sposób interpretacji Biblii był dla mnie bardzo ważny – i można użyć stwierdzenia, że była to dla mnie kwestia życia i śmierci.

Kiedy wreszcie nadszedł czas, gdy nauczyłem się odczytywać Biblię bez narzuconej mi przez religię interpretacji, odetchnąłem z ulgą jak nigdy dotąd, i wkrótce wiedziałem już na 100%, że z rąk Boga nic mi nie grozi. Zrozumiałem, na czym Kościoły oparły swoje kłamliwe groźby o srogim Bogu i wtedy też okazało się dla mnie jasne, iż przesłanie o nieskończenie dobrym Bogu jest przesłaniem nie tylko chrześcijaństwa, ale i całego świata. Spowodowało to, iż nawet gdyby ktoś mi dzisiaj udowodnił, iż każde słowo Biblii jest nieprawdziwe – nie zaburzy to mojego spokoju. Tak się jednak składa, iż Biblię wciąż kocham i szanuję, pomimo tego, iż jej wiarygodność jest podważana jak żadnej innej księgi świata.

Zdaniem przeciwników Biblii, jest ona księgą pełną błędów, sprzeczności, zmienianą i fałszowaną tysiące razy; krótko mówiąc – zupełnie niewiarygodną. Wielu chrześcijan, gdy słyszy takie zarzuty, jak to się mówi – kładzie uszy po sobie. Nie wiedzą, co odpowiedzieć.  Nie chcą przyznać racji, bo wydaje im się, że to oznaczałoby wyrzeczenie się swojej wiary; ale nie znają sposobów, by podważyć te „niepodważalne argumenty”.

Piszę o chrześcijanach ale mam na myśli nie tylko ich – istnieje sporo ludzi kochających Biblię i kierujących się jej naukami, którzy zupełnie nie utożsamiają się z głównym nurtem chrześcijaństwa.

To prawda, Biblia nie jest książką łatwą w odbiorze. Przepaść kulturowa i językowa stanowią nie lada wyzwanie, a mnogość Kościołów i wypaczeń interpretacyjnych dodatkowo przyprawia o ból głowy.

Czy w ogóle kwestia wiarygodności Biblii jest aż tak ważna?

Mnóstwo chrześcijan odetchnęłoby z ulgą, gdyby dowiedziało się, że ich wiara może dalej istnieć spokojnie nawet, jeśli podważy się wiarygodność Biblii. Niestety, nie jest to prawdą. Chrześcijaństwo jest jednak „religią księgi”. Nie wszyscy jednak są chrześcijanami. Skoro jednak ty jesteś, i opierasz swoje przekonania na Biblii, zastanów się, co to oznacza.

Podważając jakąkolwiek część Biblii, podważamy jej całość.

Mnóstwo chrześcijan nie zgodzi się z powyższym stwierdzeniem. Wielu uważa część Biblii za mało wiarygodną, przykładowo opowieść o stworzenia świata i pierwszych ludziach lub o zatrzymaniu Słońca przez Jozuego; i nie przeszkadza im to zupełnie wierzyć w każde słowo Ewangelii lub Listów Pawła. Zastanówmy się jednak na chwilę, czy takie podejście jest logiczne

Albo chrześcijaństwo opiera się na Biblii, albo nie.

Jeżeli teologia pewnej denominacji odrzuca część Biblii uznając ją za mało wiarygodną, denominacja ta już tak naprawdę się nie opiera na Biblii, ale na… swojej własnej teologii. „Mam rację, bo postanowiłem, że mam rację”. Dowódcom armii nie zależy na żołnierzach, którzy będą posłuszni 95% rozkazów – te 5% nieposłuszeństwa oznaczałoby klęskę. Jeżeli Biblia myli się na przykład co do liczby żołnierzy w jakiejś bitwie, jakże można założyć, że nie myli się co do zmartwychwstania Chrystusa? Jeżeli teologię opieram na części Biblii, mogę najwyżej powiedzieć, że moja teologia jest inspirowana Biblią, nie zaś oparta na niej.

Uważanie się zatem za biblijnie wierzącego chrześcijanina i odrzucanie choćby kilku kartek Biblii jest pewnego rodzaju hipokryzją, a co najmniej – niekonsekwencją. Podobną niekonsekwencję widzimy analizując sondaże dotyczące wierzeń polskich katolików – liczba ludzi wierząca we wszystkie podstawowe dogmaty katolickie jest kilkukrotnie mniejsza od ludzi określających się mianem katolików [http://www.fronda.pl/a/47-procent-polakow-wierzy-w-zmartwychwstanie-a-w-smierc-na-krzyzu-o-procent-wiecej,32795.html] , choć Kościół rzymskokatolicki nie dopuszcza żadnej wybiórczości głównych dogmatów i kto przykładowo nie wierzy w istnienie szatana, automatycznie jest z Kościoła wyłączany. O tym się jednak głośno z ambon nie mówi aby nie zniechęcić ludzi, gdyż każda owieczka przekłada się na konkretną sumę pieniędzy, niezależnie od przekonań religijnych owej owieczki.

Niektórzy próbują pogodzić swoją wybiórczość w stosunku do tekstu Biblijnego opierając się na swojej logice. Problem w tym, iż choć teoretycznie logika to nauka absolutna, w praktyce… każdy ma swoją. Jeżeli uda nam się przekonać samych siebie, że pewne fakty Biblii są mniej ważne od innych, w najlepszym przypadku zostajemy pewnego rodzaju agnostykami – będziemy musieli, przy okazji każdego tekstu biblijnego, zastanawiać się, czy ta część jest wiarygodna, czy nie.

Zastanówmy się zatem – czy przy obecnym stanie nauki jesteśmy w stanie stwierdzić, czy Biblia jest wiarygodna w całości?

Spróbuję odpowiedzieć na te pytania odnosząc się do sześciu najczęściej używanych argumentów przeciwników wiarygodności Biblii.

1.         „Tekst Biblii był zmieniany tyle razy, że nawet nie wiadomo, co w niej tak naprawdę na początku było”.

Argument ten obaliły liczne odkrycia archeologiczne. Kiedy przykładowo w latach 50 i 60 znaleziono Rękopisy z Qumran, niektóre z nich były setki lat starsze od najstarszych ówcześnie posiadanych. I teksty były praktycznie identyczne. Był to olbrzymi cios dla tej części naukowców, która uważała, że tekst biblijny znacznie zmieniał się w czasie. Okazało się, że przez wiele setek lat kopiści potrafili zachować niezmieniony tekst biblijny.

Co jest również naprawdę niesamowitego i jedynego w swoim rodzaju to ilość posiadanych biblijnych rękopisów. Dysponujemy przykładowo jedynie siedmioma starożytnymi rękopisamy dzieł Platona. Mamy 20 sztuk rękopisów Tacyta (dane podaję za http://carm.org/manuscript-evidence). I tak jest ze znaczną większością dzieł starożytnych. O wiele lepiej jest z dziełami Sofoklesa (49 manuskryptów), a miejsce drugie (pod względem ilości posiadanych manuskryptów) zajmuje Iliada z oszałamiającą ilością 643 rękopisów.

A miejsce pierwsze? Nowy Testament, 5600 manuskryptów. I to w języku oryginalnym. W innych językach – kilka razy tyle. Razem około 20 000  tysięcy starożytnych manuskryptów.

Przy czym, o ile Iliada została napisana ok. 900 roku pne, a najstarszy posiadany manuskrypt pochodzi z 400 pne, więc jest napisany 500 lat później, niż oryginał. Najstarsze posiadane manuskrypty Nowego Testamentu są starsze o tylko 100 lat od ich oryginałów.

Ciekawe, dlaczego nikt nie kwestionuje autentyczności Iliady…

2.         „Było mnóstwo tekstów, z nich wybrano te, które pasowały do ówczesnej doktryny, a reszty się pozbyto.”

Kiedyś słyszałem, że podobno istniało 400 ewangelii, a Kościół wybrał sobie z nich te, które mu pasowały. Kłamstwo. 4 Ewangelie z Biblii są jedynymi z I wieku naszej ery i – jeżeli istniały jakieś inne, to wzmianki o nich nawet nie przetrwały 50 lat. Znamy kilka (KILKA – bodajże 3 czy 4) które napisane były w II, III i IV wieku, i większość badaczy uważa je za mało udane próby modyfikacji Ewangelii oryginalnych. Również sam fakt, że powołują się na autorstwo apostołów lub ludzi bliskich Jezusowi świadczy jednoznacznie o ich zerowej wiarygodności. Podczas ich pisania apostołowie nie żyli od wieluset lat.

To prawda, że sporów co do wyboru ksiąg Nowego Testamentu w pierwszych wiekach było sporo, ale księgi, które dzisiaj uważamy za apokryfy (czyli księgi włączane przez grupy mniejszościowe do Biblii, a odrzucane przez główny nurt), były poza dyskusją (z niewielkimi wyjątkami). Owszem, wielu chrześcijańskich myślicieli odrzucało księgi, których nie rozumiało. Luter uznał przykładowo, że List Jakuba nie jest natchniony, bo nie rozumiał kilku jego fragmentów – i bardzo nie pasowały one do jego nauczania. Mowa na przykład o słowach „widzicie, że człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary” (Jakuba 2:24), a Luter bardzo chciał akcentować usprawiedliwienie z samej wiary.

Stary Testament zawiera kilka ksiąg powstałych w sekciarskich kręgach żydowskich (m.in. Księga Barucha, Księgi Machabejskie), ale ortodoksyjni żydzi nigdy nie traktowali ich jako części Pism świętych, robiły to jedynie różne sekty żydowskie żyjące w rozproszeniu. Do kanonu Starego Testamentu włączył je oficjalnie Kościół rzymskokatolicki dopiero XVI wieku, ale nawet jeśli byłyby autentyczne, wciąż mowa tylko o kilku księgach.

Kiedy ktoś, kto Biblię dobrze zna, zacznie czytać księgi z niej odrzucone, różnicę widzi natychmiast. Występują w nich infantylne zwroty, promowana jest wiara w zabobony a sporo fragmentów stoi w jasnej sprzeczności z całością przesłania Biblii. Być może napiszę osobny artykuł na ten temat, z podaniem przykładów, bo znam ich sporo.

Nawet z czysto świeckiego punktu widzenia różnice między księgami kanonicznymi i niekanonicznymi są dobrze widoczne – w apokryfach występują liczne udowodnione błędy historyczne i logiczne, ilość istniejących rękopisów jest znikoma, a ich autorstwo w widoczny sposób zafałszowane.

Jest jeszcze jeden argument, który szczególnie do mnie przemawia. Jeśli ktoś dobrze zna różne wyznania chrześcijańskie i różnice doktrynalne między nimi wie, że każde wyznanie ma swoje „trudne” lub wręcz „niewygodne” fragmenty Biblii. Większość teologów byłoby szczęśliwych, gdyby mogło wybrac 5 wersetów, które w Biblii znalazły się „przez pomyłkę” i je wyrzucić. Nikt im jednak nigdy tej opcji nie oferował. I to jest najlepszym dowodem na to, że nikt przy Biblii nie manipulował. Manipulacje jakiejkolwiek opcji spowodowałyby zniknięcie choć części problematycznych framgentów. Mnóstwo chrześcijan byłaby też bardzo szczęśliwa, gdyby w Biblii było kilka jasnych – to znaczy jasnych według dzisiejszych norm – stwierdzeń typu „Jezus jest Bogiem równym Ojcu” lub „chrzest wodny jest niezbędny do zbawienia” albo też „każdy chrześcijanin w momencie nawrócenia jest chrzczony Duchem Świętym”.

Uważam, że to z powodu Bożego poczucia humoru stwierdzeń takich w Biblii jednak nie znajdziemy 🙂

3.         Odkrycia naukowe przeczą Biblii.

Ten temat jest doskonale omówiony na wielu witrynach internetowych, przykładowo https://archeologiabiblijna.wordpress.com. Czy odkrycia obalają wiarygodności Biblii? Prawda jest odwrotna. Kolejne odkrycia z różnych dziedzin nauki potwierdzają zapisy biblijne. Przykładem jest wspominany kilkukrotnie w Biblii ród Chetytów (Rodzaju 15:20, Wyjścia 3:8.17 i inne). Historycy długo uważali, że jest to naród wymyślony, ewentualnie że było to nic nie znaczące małe plemię. W Biblii jednak Chetyci byli przedstawiani jako znaczący naród (choć bez szczegółów). Odkrycia historyczne z przełomu XIX i XX wieku potwierdziły niezbicie istnienie imperium chetyckiego.

I… tak na marginesie, to nieprawda, że w Biblii jest napisane, że Ziemia jest płaska!

4.         Teoria Ewolucji przeczy Biblii.

Teorię Ewolucji celowo oddzielam od punktu 3. o odkryciach naukowych – ale nie tu miejsce, na tłumaczenie dlaczego.

Biblia nie zajmuje się biologią ani genetyką. Nie próbowała w naukowy sposób tłumaczyć , jak powstawały gatunki, dlatego dyskutowanie o tym, czy jest przeciwko czy za ewolucją jest pozbawione sensu… Biblia się do ewolucji w ogóle nie odnosi.

Kiedy w Biblii czytamy, że stworzył je Bóg, tak naprawdę nie wiemy, co to znaczy, bo pojęcie „stwarzania” jest nam zupełnie obce. Nikt z nas nigdy niczego nie stworzył – my potrafimy jedynie przetwarzać, nie stwarzać. Stworzyć oznacza powołać do istnienia, ale w jaki sposób dokładnie Bóg to zrobił – nie wiemy.

5. W Biblii są sprzeczności.

Po wielu latach studiów i szukania tych sprzeczności, osobiście odpowiem – ja ich tam nie znalazłem. Są fragmenty trudne do zrozumienia, ale nie ma ani jednej stuprocentowej sprzeczności.

Najczęściej się wspomina o sprzecznościach między poszczególnymi Ewangeliami. Większość tych „argumentów” jest wręcz infantylna i nie potrzeba naukowego stopnia by je wyjaśnić.

Ewangelie pisane były przez różnych autorów i skierowane były do różnych odbiorców. Jeżeli jedna osoba powie, że dzisiaj w Polsce było zimno a druga, że było ciepło, czy jest to sprzeczność? Niekoniecznie, jeśli jedna z nich tyle co przyjechała z Afryki a druga z Arktyki.

Znaczna większość pozornych sprzeczności daje się wyjaśnić właśnie poprzez uświadomienie sobie różnic w odbiorze tych samych faktów. Różnice w liczbach często powodowane są przez różne zaokrąglenia. 850 i 1000 to niekoniecznie różne liczby, ale mogą być przybliżeniem tej samej.

Wezmę jeden przykład „sprzeczności”, uważanej nawet przez wielu ortodoksyjnych chrześcijan za niewytłumaczalną. Ostatnie słowa Jezusa na krzyżu. Jak one brzmiały? Mateusz zgadza się z Markiem, ale zarówno wersje Łukasza jak i Jana są już zupełnie odmienne.

Wtrącając ciekawe pytanie… jeżeli, jak wielu przeciwników Biblii utrzymuje, Ewangelie były wielokrotnie zmieniane i poprawiane, dlaczego nie „poprawiono” tych fragmentów? Dlaczego nie uzgodniono jednej wersji? Myślę, że te pozornie sprzeczne wersje stały się tak wielkim problemem dopiero w naszych czasach. Ale do rzeczy.

Spójrzmy na to zagadnienie z typowo logicznego punktu widzenia.

Mateusz i Marek piszą, że Jezus pytał, dlaczego Bóg go opuścił, po czym „zawołał ponownie i oddał ducha”.

Łukasz pisze, że Jezus powiedział „Ojcze, w Twoje ręce oddaję ducha mego”, i powiedziawszy to, skonał.

Jan pisze, że Jezus powiedział ‚Dokonało się”, po czym skłonił głowę i oddał ducha.

Zauważmy następujący prosty fakt – żaden ewangelista nie pisze dosłownie „oto ostatnie słowa Jezusa”. Użycie imiesłowu czynnego „powiedziawszy” może wskazywać na niemal jednoczesność zdarzeń (Updadłwszy, złamał kark), a może jedynie wskazywać następstwo, nawet baaaaaardzo oddalone w czasie (Wynalazłwszy koło, ludzkość wynalazła i samochód).

Moja osobista opinia jest taka, że Marek i Mateusz usłyszeli to, co Jezus krzyczał głośno – być może byli najdalej od krzyża  – po czym Jezus powiedział – być może dużo ciszej – to, co spisał Łukasz. Najbliżej krzyża stał Jan i tylko on słyszał rzeczywiście ostatnie słowa Jezusa – wykonało się.

Nie mam zamiaru bynajmniej się upierać przy tym tłumaczeniu. Jak to się mówi, „głowy bym nie dał”. Dałbym natomiast głowę za to, że w Biblii stuprocentowej sprzeczności nie ma. Wszystkie, które widziałem, mogłem wyjaśnić. Niezależnie od tego, co mówi się o chrześcijanach, część z nich to ludzie o analitycznych umysłach. Gdyby w Biblii była absolutnie pewna sprzeczność, każdy by o niej wiedział. A tak… wszystkie zestawienia biblijnych „błędów i wypaczeń” wymieniają nie jeden, a dziesiątki, albo i setki „błędów”, podczas gdy wystarczyłby jeden niezbity błąd, aby zdyskredytować całe chrześcijaństwo.

 6. Tekst Biblii jest…niepewny.

Na koniec zostawiłem najtrudniejszą kwestię.

To prawda, że mamy wiele tysięcy starożytnych manuskryptów, i że nie ma wśród nich dwóch identycznych.

Po takim tekście można już zakończyć czytanie i odłożyć Biblię na półkę z bajkami, czyż nie?

Nie tak szybko! Fakt braku istnienia dwóch identycznych manuskryptów przedstawiany jest jako coś dyskredytującego Biblię ale pomija się to, że niemal wszystkie różnice dotyczą rzeczy nic nie znaczących – interpunkcji, odmiennych pisowni wyrazów lub błędów ortograficznych.

Ponieważ zaś mamy manuskryptów tych tysiące, opierając się na dacie ich powstania, jakości i ogólnej wiarygodności możemy bez wątpienia stwierdzić, która wersja jest bardziej wierna oryginałowi. Krótko mówiąc, dzisiejszy tekst Biblii jest w daleko więcej niż 99.9% pewny. Owszem, są niepewne miejsca, ale żadne z nich nie dotyczy kwestii kluczowych dla doktryn wiary.

Ze Starym Testamentem jest nieco gorzej, nie tyle z jakością posiadanego tekstu, co z tłumaczeniami. Słowa hebrajskie mogą mieć mnóstwo znaczeń, zupełnie odmiennych od siebie, a składnia i gramatyka tego języka są bardzo skomplikowane. Znowu jednak, nie ma to żadnego znaczenia doktrynalnego i nie ma też wątpliwości co do przebiegu żadnych wydarzeń historycznych.

Tłumaczenie Biblii to osobne, bardzo ważne i rozległe, zagadnienie. Wszystkie tłumaczenia mają jakieś wady, i każdy zestaw tłumaczy troszkę próbował zbaczać w stronę swoich założeń doktrynalnych. Taka już nasza natura. Ale znowu napiszę to samo – te niuanse nie mają dużego znaczenia dla całego przesłania Biblii. Z wyjątkiem tłumaczeń typowo sekciarskich, przesłanie to przedstawione jest tak samo jasno we wszystkich dostępnych tłumaczeniach.

Jednym problemów z tłumaczeniami jest to, że większość współczesnych języków ma mniejszy zestaw słownictwa niż języki Biblijne. Matematycznie oczywiście współczesne słownictwo jest najbogatsze gdyż nauka i technologia wymogły tworzenie setek tysięcy terminów, ale ustępuje bogactwu języków biblijnych pod względem niuansów stylistycznych nadających wyrażeniom bardzo subtelne różnice znaczeniowe. Weźmy przykład z dialogu z 21. rozdziału Ewangelii Jana.

Lecz zapytał go znów, po raz drugi: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?
Odpowiedział: Tak, Panie! Ty wiesz, że Cię kocham.
Pan na to: Paś moje owce.
W końcu zapytał go po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? Piotr zasmucił się, że go Pan zapytał już po raz trzeci: Czy kochasz Mnie? I odpowiedział: Panie! Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham.
Jezus na to: Dbaj o moje owce. (Jana 21:16-17)

To tłumaczenie zupełnie spłyca tekst i czyni niezrozumiałym trzykrotne powtórzenie tego samego pytania. W rzeczywistości Jezus i Piotr używają innych czasowników. W pierwszym i drugim pytaniu Jezus pyta, czy Piotr go kocha (agapao), Piotr odpowiada innym czasownikiem – owszem, kocha, ale czasownikiem philoeo. W języku polskim bowiem jest jeden czasownik „miłować” (ma tylko pewne formy archaiczne), a w greckim – cztery. Polskie „kochać” ma znaczenie wszystkich czterech w zależności od kontekstu, niemniej czasami dochodzi do nieporozumień. Biblijna odmiana greckiego tego problemu nie miała!

(Widziałem, co prawda, któreś polskie tłumaczenie które tłumaczyło „philoeo” jako „kochać”, a „agapao” jako „miłować”, nie rozwiązało to jednak problemu – w języku polskim to są przecież synonimy.)

W trzecim pytaniu Jezus zmienia pytanie i tym razem używa czasownika philoeo.

Nie będę zajmował się teraz tym, co do dla tekstu oznacza, ale zachęcam do studium tego fragmentu znając te fakty. Czyli nawet jeśli dojdę do wniosku, że Biblia błędów nie ma, nie mogę tego samego powiedzieć o żadnym ze współczesnych tłumaczeń. Grecki język ma 4 czasowniki tłumaczone jako „kochać” i jak do tej pory, nikt nie wymyślił zadowalających tłumaczeń oddających różnice między nimi.

Czy to oznacza, ze nie znamy Biblii, zanim nie nauczymy się biblijnych odmian hebrajskiego i greckiego?

Na szczęście nie. W sytuacjach wątpliwych po prostu musimy posługiwać się kilkoma tłumaczeniami, znając wcześniej ich mocne i słabe strony, i również przynajmniej mieć dostęp do tłumaczeń interlinearnych i słowników – co dzisiaj jest wszystko dostępne w mgnieniu oka dzięki Internetow.

 *   *   *

Zdaję sobie sprawę, że ledwo dotknąłem tematu. Biblia jest w końcu bardzo pojemną księgą 🙂 Są tysiące argumentów za i przeciw i… kłótnia nie ma sensu. Jeśli ktoś bardzo w coś chce wierzyć, będzie w to wierzyć.

Ja sam bardzo lubię naukę i uważam, że zgłębianie jej jest także realizacją polecenia „czyńcie ziemię poddaną”. Gdyby w Biblii było twierdzenie bezsprzecznie błędne, sprzeczne z naszą wiedzą (a nie spekulacjami), napisałbym o tym na tym blogu. Ale w chwili obecnej takiej rzeczy nie znam.

 Biblia jest najbardziej wiarygodną książką na świecie.

Ostatnia edycja – 12 stycznia 2018

Dlaczego wierzę Biblii

Wiele różnych religii, tysiące denominacji… którą wybrać? Czy chrześcijaństwo jest najlepsze? Czy Biblia jest świętą, nieomylną księgą?

Ile ludzi, tyle opinii. Czy nie lepiej przekonać się samemu? Czy nie lepiej spróbować czytać Biblię, zamiast słuchać, co ludzie mają na jej temat do powiedzenia?

No tak, ale czy to nie będzie strata czasu? Czy księga pisana przez trzy i pół tysiąca lat przez kilkudziesięciu autorów, czasem nawet to końca nie wiadomo których, jest w ogóle wiarygodna:?

Nie znajdziesz na tym blogu odpowiedzi na takie pytanie. Znajdziesz za to wskazówki, jak czytać Biblię i jak wyciągać z niej samodzielnie wnioski, a nie wczytywać w nią to, co już wiesz.

Jednym z najczęściej powtarzanych zarzutów w kierunku chrześcijaństwa jest to, że chociaż jest to jedna z tzw. ‚Religii Księgi’, to ta Księga chrześcijaństwa, czyli Biblia, jest jakaś nie do końca jasna, skoro istnieje tyle różnych wyznać, i nawet w podstawowych sprawach różne Kościoły walczą ze sobą.

Będę starał się udowodnić, że wcale tak nie jest. Że wszystkie ważne dla nas rzeczy, są w Biblii dokładnie wyjaśnione. Problem nie leży w Biblii, ale w naszych obciążonych religią umysłach.

Czy Biblia jest w ogóle wiarygodna?

Osobiście bardzo długo zmagałem się z tym pytaniem. Sam też nie jestem historykiem ani specjalistą od języków starożytnych, więc moje możliwości badania są ograniczone. Jednym z najmocniej przemawiających do mnie argumentów są książki Josha McDowella. Polecam między innymi „Sprawę zmartwychwstania„. Josh był niewierzący, i postanowił znaleźć argumenty obalające chrześcijaństwo, głównie poprzez podważenie autentyczności zmartwychwstania Jezusa.

Przy okazji musiał zweryfikować rzetelność Biblii.

A kwestia tej rzetelności jest przecież podstawą! Czy można mówić w ogóle o tym, czym jest coś takiego jak ‚prawdziwe chrześcijaństwo’, jeśli księga, na której się ono opiera, jest przekłamana?

Idąc dalej – czy, jeśli podważymy choćby drobną część Biblii, czy możemy zaufać czemukolwiek z niej?

Co do Josha McDowella, po bodajże dwóch latach studiów, stwierdził, że zmartychwstanie Jezusa to najlepiej udowodniony fakt historyczny na świecie, i Josh został chrześcijaninem. Jest autorem wielu książek i znanym na całym świecie mówcą i apologetą. Zamiast jednak wierzyć mu – czy komukolwiek innemu – lepiej samemu wziąć księgę tę pod lupę.

Przyjrzyjmy się najlepiej znanej chyba historii biblijnej – historii pierwszych ludzi, Adama i Ewy. Poza tym, że jest to historia najbardziej znana, jest chyba najczęściej też atakowana. Nawet wielu ludzi uważających się za chrześcijan twierdzi, że nigdy nie miała ona miejsca, i że jest to coś w rodzaju legendy lub przenośni; albo że historię tę ktoś (być może Mojżesz) sobie wymyślił, bądź zapożyczył z innej religii.

Owszem, w Biblii jest mnóstwo poezji, przenośni i symboli – w ogóle, są tam niemal wszystkie znane gatunki literackie – ale gatunki nie są nigdy wymieszane. Znajomość, w którym miejscu dany gatunek jest użyty jest kluczowa i jej brak jest w dużym stopniu odpowiedzialny za tak odmienne odczytywanie Biblii przez różne Kościoły. Kiedy przykładowo widzisz, że ktoś tworzy jakąś doktrynę w oparciu o Psalmy, możesz sobie jego wykłady darować…

Nic dotyczącego historii Historia Adama i Ewy nie wskazuje na to, że nie jest to historia rzeczywista. Istnieje do niej też mnóstwo odwołań w całej Biblii i nigdzie jej wiarygodność nie była kwestionowana (aż do czasów nowożytnych). Czy jeśli nie mogę ufać tej historii, mogę ufać jakiejkolwiek innej historii z Biblii?

Czy tylko dlatego, że wydaje mi się nieprawdopodobna, mogę ją odrzucić?

Czy chodzenie Jezusa po wodzie jest prawdpodobodobne?

A czy Jego zmartwychwstanie jest? Albo to, że jest równy Bogu?

Odrzucając którąkolwiek część Biblii, odrzucamy ją w całości. Jeżeli zostawiamy tylko to, co pasuje do naszego światoplądu, wtedy tak naprawdę to my jesteśmy twórcami naszej wiary. Pomyśl – jeśli zastosujesz się do czyichś rad tylko wtedy, kiedy uważasz, że ten ktoś ma rację, czy słuchasz się wtedy tej osoby, czy wciąż tak naprawde samego siebie?

Nie może być mowy o ‚prawdziwym chrześcijaństwie’ jeśli Biblii nie można ufać w 100%.

Oczywiście, są różne tłumaczenia, praktycznie każde tłumaczenie stara się w jakichś miejscach leciutko nagiąć prawdę do swoich założeń (niektóre bardziej niż ‚leciutko’), jednak wszystkie najpopularniejsze tłumaczenia, takie jak Biblia 1000-lecia, Warszawska czy Gdańska są wystarczająco dobre, by się dowiedzieć, jaki jest Bóg, co dla nas zrobił i jaka czeka nas przyszłość ‚na tamtym świecie’.

Jeszcze mniejszym problemem są różnice między poszczególnymi starożytnymi rękopisami. Dzięki ogromej ilości starożytnych manuskryptów, które posiadamy, możemy w blisko 100% określić, jak wyglądał oryginał.

O jakiej ogromej ilości piszę? Weźmy tylko Nowy Testament. Wikipedia podaje:obecnie posiadamy 5800 manuskryptów po grecku, 10000 po łacinie i 9300 w innych językach. Popatrzmy teraz na Iliadę Homera, której mamy jedynie około 200 manuskryptów. I nikt nie płacze nad tym, że nie mamy oryginałów. I nikt nie zastanawia się, czy możemy ufać, że tekst Iliady jest wiarygodny.

Po II Wojnie Światowe, kiedy gwałtownie zaczęła się rozwijać nauka, większość badaczy tekstu biblijnego doszło do wniosku, że niewiele wiemy, co tak naprawdę w Biblii było; że ząb czasu zrobił swoje i wieki zmian zniekształciły tekst totalnie. Przełom nastąpił w 1947 roku, kiedy znaleziono słynne Rękopisy z Qumran. Oto znaleziono wtedy rękopis Księgi Izajasza starszy o 1000 lat od najstarszych dotychczas znanych! I okazało się jednak, że ząb czasu Biblię ominął, i że teksty, które mamy dzisiaj, są wiarygodne.

Czy jednak tak naprawdę istnieje dowód na to, że Biblia jest nieomylna?

Nawet, jakby istniał – co z tego? Z historii sądownictwa wiemy, że niejeden niepodważalny dowód po odpowiednich manipulacjach może zostać poddany w wątpliwość. Jeżeli ktoś z góry założy, że Biblia nie jest wiarygodna, nikt i nic go nie przekona. Proszę czasem dyskutantów, aby wybrali fragment, który – ich zdaniem – najlepiej podważa wiarygodność Biblii – i obiecuję, że go wyjaśnię. Zgadzają się ochoczo. Pytam przy tym – czy, jeżeli podam im wyjaśnienie, przyznają, że Biblia jest wiarygodna? Obiecują, że tak. No i jaki jest tego finał? Choć wyjaśniałem wybrany przez nich fragment tak, że nie mogli mi odmówić logiki rozumowania, wycofali się z obietnic i dalej utrzymywali, że Biblia nie jest wiarygodna.

W sumie to moje życie byłoby o wiele prostsze, gdybym uznał, że Biblia zawiera błędy – przestałbym widzieć sens w spędzaniu większości wolnego czasu nad studiami nad nią 🙂 Jednak, wbrew światu; wbrew większości znajomych, wciąż od wielu lat twierdzę, że Biblia jest Słowem Bożym. Osobiście uważam, że jest ona nieomylna, i oto najważniejsze trzy powody, dla których tak uważam:

1. Bóg chce, byśmy Go poznali, a bez Biblii skazani jesteśmy na własny rozum i przypuszczenia, których liczba jest wyższa niż całkowita liczba ludzi, którzy kiedykolwiek żyli na Ziemi 🙂

2. Biblia przemienia ludzkie życie. Oczywiście nie dosłownie. Bo to Bóg przemienia ludzkie życie. Biblia natomiast zawiera cenne informacje o Nim 🙂

3. Nie znalazłem w niej błędu. I z tego, co wiem i czytałem, a czytałem naprawdę sporo, nikt nie znalazł. Wielokrotnie nauka wyśmiewała Biblię, a po latach, przy okazji różnych odkryć archeologicznych, nauka musiała przyznać Biblii rację.

Wcale nie robię z Biblii bożka, ani nie przypisuję jej słowom magicznej mocy. Uważam ją jednak z najważniejszą książkę na świecie – jedyne 100% pewne źródło wiedzy o Bogu! I nikt do tej pory nie udowodnił, że jest inaczej.