Kochaj bliźniego swego jak..?

„Lwy potrafią polować, gdy skończą 3 miesiące. Moja 3-letnia córka nie mogła znaleźć cukierków, które trzymała w ręku. Jak to możliwe, że jesteśmy na szczycie łańcucha pokarmowego?”

Taki „niezwykle dowcipny” tekst oto wpadł mi dzisiaj w oko na jednej z witryn internetowych. Jako, że w tym miejscu staram się raczej obnażać kłamstwa ,a nie promować, zastrzegę, że choć ekspertem od kotowatych nie jestem – a jedynie miłośnikiem – z tego, co wiem, lwy potrafią polować dopiero po skończeniu 2 lat, nie 3 miesięcy. Jednak i tak wygrywałyby na spryt , zdaniem autora tekstu, z jego córką!

Co mnie bardzo zastanowiło to jednak nie same lwy, ale trzymane cukierki. Możemy się śmiać z dzieci, którym podobne rozkojarzenia zdarzają się często, jednak nie tylko są ich udziałem. Bez wątpienia każdy z nas doświadczył historii podobnych do przygody Pana Hilarego, który to szukał swoich okularów mając je na nosie.

Jak jednak widać, nie przeszkadza nam to być na szczycie łańcucha pokarmowego!

Jakbyśmy nazwali sytuację, w której dziecko szuka rzeczy trzymanej w dłoni? Rozkojarzenie, roztargnienie? Myślę, że chodzi tu o coś innego.

Kiedy dziecko  trzyma coś w ręku, na ogół jest świadome, że właśnie to trzyma. Problem pojawi się w chwili, gdy trzymając rodzic mu powie, aby czegoś szukało albo zapyta „gdzie to coś jest?”. Dziecko jest nauczone, że szuka się czegoś, czego się nie ma, i przy tym ufa na ogół rodzicowi bezgranicznie. Nie przyjdzie mu do głowy, że rodzic wprowadza go w błąd. Jak każe szukać, to dziecko szuka. Analogiczne sytuacje miały miejsce w dyktaturach, gdzie wielu ludzi autentycznie wierzyło, iż decyzje dyktatora, choćby sprzeczne z wrodzonym poczuciem logiki lub humanizmu, są dobre, tylko dlatego, że są jego autorstwa. No i wspomnieć mogę „Napoleon ma zawsze rację” z „Folwarku Zwierzęcego”.

Intelekt zatem, nieważne jak wielki, możemy zatem pominąć, gdy komuś  mocno ufamy. Do tego stopnia ufamy, że choćby fakty były widoczne i namacalne – jak trzymane w ręku pudełko ze śniadaniem – nie zwracamy na nie w ogóle uwagi.

Jednym z takich faktów, który jest znany wszystkim chrześcijanom i bardzo widoczny, ale niestety niemal nikt na niego nie zwraca uwagi, jest część najważniejszego przykazania, które to zalecił sam Jezus Chrystus. Znajdziemy je w Biblii trzykrotnie, Mt:22:37-39, Mk 12:29-31 i Łk 10:27. Zajrzyjmy więc do Ewangelii Łukasza:

(…) Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego. (Łk 10:27)

Czyż można znaleźć częściej cytowany fragment Biblii? Nie wszyscy cytują go słowo w słowo, najczęściej tylko końcówkę, używając słów „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”, i zostawimy taką formę dla potrzeb tego rozważania.

Przykazanie to jako dziecko słyszałem bardzo często, zwłaszcza po incydentach, gdy kogoś uderzyłem (naprawdę według mojej pamięci to były raczej rzadkie incydenty :-)).  Dla mnie jedynym znaczeniego tego przykazania było zatem „bądź dla innych dobry, miły i… w ogóle”.

Już od dziecka wgłębiałem się w różne tematy pokrewne religii ale ten temat (jak zresztą i mnóstwo innych) uważałem za tak prosty, że nie było nad czym rozmyślać.

Mijały lata. Zanegowałem większą część religijnej nauki, którą wyniosłem z domu. Zmieniłem wyznanie. Moje poglądy ewoluowały nieustannie, jednak części mojej doktryny „nie ruszałem”, gdyż byłem przekonany, iż wszystko rozumiem.

I dopiero naruszenie tej właśnie części doprowadziło do prawdziwej zmiany w moim życiu.

I między innymi chodziło również o „Przykazanie Miłości”.

Przez kilkadziesiąt lat zupełnie nie zwracałem uwagi, iż Przykazanie Miłości tyle nawet nakazuje, ale wręcz zakłada, że… kocham samego siebie.

Czy to nie jest dziwne, że ani ja, ani nikt  w mojej obecności, w tysiącu różnych sytuacji, gdy przykazanie to było omawiane, nie zwrócił na to uwagi?

Dzisiaj, myślę,że rozumiem dlaczego.

Według mnie religia nakazuje siebie raczej nie nienawidzić, a przynajmniej sobą gardzić.

(Kiedy piszę o religii w sposób pejoratywny proszę pamiętać, że odróżniam ją od duchowości, i za religię uważam zorganizowany system psychologicznego zniewolenia ludzi stosowany w celu zdobycia pieniędzy i władzy.)

Religia też nie poprzestaje na nazwaniu człowieka grzesznikiem – lubuje się w nieustannym tego podkreślaniu na najbardziej wymyślne sposoby. Brudny, nieczysty, splamiony, niegodny… a od nazwania się niegodnym już tylko krok do określania się złym, podłym, wstrętnym, i następnym logicznym krokiem byłoby umartwianie się, może nawet biczowanie.

Byłem częścią tego systemu przez wiele lat. Jednym z moim ulubionych powiedzeń było takie, że najważniejsza prawda biblijna to… nie wiem jak do końca oddać to po polsku, jako że prawie wszystkie rozmowy na te tematy wtedy prowadziłem po angielsku. Może pozwolę sobie po prostu zacytować: „everyone is full of sh*t”,co znaczy mniej więcej tyle, że „wszyscy jesteśmy wstrętnymi grzesznikami”.

Jakkolwiek wciąż wierzę, że idea zwarta w tym powiedzeniu może znaleźć zastosowanie w niektórych sytuacjach, przykładowo jako kontra dla ludzi osądzających wszystkich prócz siebie lub do walki z idealizmem, to częste jej powtarzanie może doprowadzić do tego, że naprawdę głęboko w nią uwierzymy.

O to też zapewne chodzi religii . Winnymi, wstrętnymi grzesznikami łatwiej jest manipulować.

Grzesznicy tacy jednak na pewno nie są w stanie kochać samego siebie.

Do tego stopnia, że mogą o kochaniu siebie mówić codziennie przez całe życie, i nie zatrzymać się przy nim ani sekundy.

Tak samo miałem i ja.

Czyż nie jest to rzadki fenomenon, że można jakieś słowa powtarzać przez kilkadziesiąt lat życia i zupełnie nie widzieć ich znaczenia? Można to nazwać surrealistycznym kuriozum – gdy uświadomimy sobie dodatkowo, iż jest to nie tylko coś, co powtarzaliśmy, nie tylko część Biblii, której ufaliśmy, nie tylko słowa Jezusa, którego słuchaliśmy, ale jest to w dodatku NAJWAŻNIEJSZE PRZYKAZANIE.

Pisząc te słowa uświadomiłem sobie, że podczas gdy Jezus utrzymywał, iż najważniejsze przykazanie mówi też o miłości siebie, ja przez lata utrzymywałem, iż najważniejszą prawdą biblijną jest „we are all full of sh*t”…

Jeśli zajrzymy do pierwotnego języka Ewangelii, greki koine, zobaczymy, iż przykazania nie są pisane w trybie rozkazującym, lecz oznajmującym czasu przyszłego. Dosłownie zatem nie jest to „kochaj bliźniego swego jak siebie samego” lecz „będziesz kochał bliźniego swego jak siebie samego”.

Nie znam się na starożytnej grece na tyle, by wnioskować cokolwiek na 100%, pokuszę się jednak na odczytanie tego przykazania w taki oto sposób: nie uda ci się kochać bliźniego bardziej, niż tyle na ile kochasz siebie.

Religia jednak odczytuje je w ten sposób, że kładzie wyłącznie nacisk na miłość bliźniego, wcale nie informując, że jest to zadanie z góry skazane na porażkę, jeśli nie kochamy samych siebie. Religii jednak zależy na tym, byśmy zbyt dobrze o sobie nie myśleli, bo wtedy uda jej się wcisnąć nam więcej bzdur i wyciągnąć od nas więcej pieniędzy. Już od małego dziecka uczy się dzieci, że są grzesznikami, że potrzebują czegoś lub kogoś na zewnątrz, by Bóg je akceptował: wiary, modlitwy, sakramentów, dobrych uczynków – cokolwiek.

A być może mieliśmy szczęście nie dorastać w religijnym domu? Dobre i to, jednak tak naprawdę jeszcze gorzej byłoby dla nas, gdybyśmy mieli rodziców, którzy częściej nas ganili, niż chwalili. Wydać się może, że to nic ważnego; są rodzice, którzy o wiele gorsze rzeczy robią, stosując przemoc różnego rodzaju, jednak w wielu przypadkach dziecko będzie w stanie rozpoznać  przemoc szybciej jako coś złego, i zrozumie, że rodzice  robili źle . Przy nadmiarze nagan natomiast wielu ludziom całego życia nie starczy, by zrozumieć, że jest to  źródło większości ich problemów.

Do kościoła na ogół się chodzi raz w tygodniu, z rodzicami się jest na codzień.

Niezależnie od tego, jak piękne wiersze możemy układać o miłości bezwarunkowej,nasza miłość jest zawsze warunkowa, nie zawsze tylko rozumiemy, kto dyktuje warunki. Bardzo często jest to nasza podświadomość lub hormony. Kochać siebie też możemy tylko pod warunkiem, że na tę miłość zasługujemy. Jeśli całe dzieciństwo dostawaliśmy komunikaty, że niemal wszystko, co robimy, jest złe, czujemy się nieudacznikami wartymi pogardy, a nie miłości (uważam, iż przeciwieństwem miłości jest właśnie pogarda, nie nienawiść lub jak niektórzy uważają obojętność – obojętność jest miłości brakiem).

Brak miłości do siebie może mieć rozmaite objawy, może to być zwykła nieśmiałość, ale nierzadko kończy się nałogami, chorobami psychicznymi lub przynajmniej niespełnionym i nieszczęśliwym życiem.

Podam jeden przykład, jak brak miłości do siebie może poważnie rzutować na życie. Istnieją osoby, i to nie są rzadkie przypadki, które związują się i rozstają z wielką ilością ludzi, nierzadko związując się z ludźmi, którzy je wykorzystują, oszukują i poniżają.

Nierzadko takich  związków jest w życiu jednej osoby naprawdę sporo. Na ogół ludzie ci widzą się jako ofiary, ale czy jest możliwe, aby wszyscy ich partnerzy zmówili się między sobą by uprzykrzyć im życie? Oczywiście nie, to brak miłości może właśnie podświadomie prowadzić do wyboru nieodpowiednich ludzi, gdyż podświadomie myślą o sobie „jestem beznadziejny i nikt mnie nie pokocha” i jeśli ktoś się nimi zainteresuje, mogą albo wręcz szybko i bezkrytycznie się z tą osobą się związać, bądź pomyślą „chyba z nim/nią jest coś nie tak, skoro chcę się związać ze mną, no ale korzystajmy na razie, póki nie przejrzy na oczy” i później każdy konflikt odczytywany będzie jako znak końca związku.

Kiedy zaś podświadomie oczekujemy konfliktów, z regułu wywołujemy je sami, co może szybko doprowadzić do szybkiego rozpadu związku.

To tylko jeden z wielu przykładów, jak brak miłości do siebie zmienia jakościowo na gorsze nasze życie. Jeżeli masz pracę, której nie znosisz, mówisz ludziom rzeczy, których nie chcesz lub tkwisz w nałogach, bardzo prawdopodobnym powodem tego jest właśnie on.

Proszę, zastanów się, czy kochasz samego siebie? Czy uważasz, że jesteś godny miłości?

Bardzo możliwe, że brak ci pewności. Oto niektóre symptomy wskazujące, iż brak komuś miłości do samego siebie:

  • częste krytykowanie siebie
  • częste krytykowanie innych (na ogół robimy to po to, by poczuć się lepiej od nich, gdyż sami mamy o sobie złe zdanie)
  • obrzucanie siebie – na ogół mimowolne – epitetami lub ogólnie mówienie o sobie źle, np. „ale jestem głupi”, „jestem do niczego”
  • nie dbanie o siebie – o swój wygląd, zdrowie, ubiór
  • trudności w nawiązywaniu lub utrzymywaniu relacji, nieśmiałość

Jeżeli występują u Ciebie choćby niektóre z powyższych zachowań, najprawdopodobniej nie kochasz siebie.

A jak to zmienić?

Zmiana musi nastąpić na dwóch płaszczyznach: świadomej i podświadomej.

W świadomej, musisz najpierw rozwiązać ten problem intelektualnie. Myślący ludzie potrzebują argumentów, dowodów, nim w coś uwierzą.

Uważam, iż nasze najważniejsze źródło wiedzy na ten temat może opierać się jedynie na fakcie, iż Bóg postanowił nas stworzyć i umieścić na tym świecie. Wszystko inne – co potrafimy, co mówią o nas inni, co myślimy lub czujemy na własny temat – jest zmienne. Świadomość, iż Bóg uważa nas za swoje wspaniałe i doskonałe dzieci jest kluczowa, jeśli w to nie wierzymy, nic innego nam się nie uda.

A dlaczego mamy w to wierzyć? Świadczy o tym Biblia. Jezus przecież nie poszedł na krzyż jedynie za wybranych, lecz za wszystkich, gdy przyjrzymy się sposobowi, w jaki traktował On ludzi, zobaczymy, iż był przyjacielem wszystkich, łącznie z największymi „grzesznikami” i odrzutkami społeczeństwa. To tylko religia wymyśliła, za jakie rzeczy Jezus ludzi odrzuca. I tak przekręca Biblię, by wydawało się, że to w niej tak jest napisane. Poświęcę temu zagadnieniu wkrótce osobny artykuł.

Co osobiście również mnie przekonało do miłości Bożej, są doświadczenia ludzi, którzy doznali śmierci klinicznej. Nie namawiam nikogo do wierzenia w nie, mnie one jednak bardzo pomogły. Zwłaszcza tak zwane doświadczenia grupowe, kiedy wiele osób czuwa przy kimś umierającym, i wszystkie doświadczają czegoś nadnaturalnego: widzą kogoś, słyszą lub czują wyraźnie obecność kogoś, kogo nie widzą.

Typowe doświadczenia śmierci klinicznej mają wiele wspólnych cech, ale tą, na którą ja zwróciłem największą uwagę jest ta, iż wszyscy, którzy po „tamtej stronie” spotkali „kogoś” – czy uważali, że to Bóg, Jezus, anioł lub bliżej niezidentyfikowana osoba – tak samo, jak odczuwamy ciepło gdy zbliżamy się do ogniska, oni odczuwali prawdziwie bezwarunkową miłość i akceptację.

(Zainteresowanych odsyłam do lektur, zaczynając choćby od klasycznej pozycji „Życie po życiu” Raymonda Moody’ego. Badań i książek na temat jest naprawdę dużo, trzeba tylko uważać, by nie trafić na pozycje, gdzie ludzie wymyślają swoje historie dla pieniędzy i sławy albo gdy każde ich przeżycie popierają kilkoma fragmentami Biblii. Zdrowy rozsądek na pewno pomoże ci odróżnić ziarno od plew!)

Ta chwila, gdy ludzie podczas śmierci klinicznej czuli miłość i akceptację, w wielu wypadkach zmieniła ich życie na lepsze. Wyzwolili się z nałogów, toksycznych związków, pozostawili ludzi i miejsca, które nie wnosiły do ich życia nic pozytywnego. Tak krótka chwila tak wielkiej miłości sprawiła, iż w nią samą uwierzyli!

Kiedy uwierzymy w miłość intelektualnie, ale wciąż uczucia pokazują nam, iż w nią nie wierzymy, znak to, że nasza podświadomość pozostaje nieprzekonana. Mamy jednak wiele możliwości  jej zmiany, i możemy wybrać tę, która na nas będzie działać najlepiej. Mnóstwo ludzi bardzo szybkie rezultaty uzyska stosując metodę afirmacji połączoną z w miarę regularną medytacją.

Jeśli zastanawiasz się, dlaczego w tobie  jest tyle wrogości  do innych ludzi, i tak mało miłości do nich, zastanów się, czy dokładnie takiej samej postawy nie masz w stosunku do siebie. Jeżeli tak, czy nie wydaje się sensowniejsze zrobić wszystko, aby to zmienić? Wyobrażasz sobie mieszkanie w jednym pomieszczeniu z osobą, której nie lubisz  przez cały rok ?! Ze sobą samym jesteś 24 godziny na dobę, i skoro potrafisz ten tekst odczytać, wnioskuję, iż sytuacja ta trwa o wiele dłużej niż tylko rok!

Sprawiedliwy czy miłosierny?

Napoleon_Bonaparte

Pewnego dnia do cesarza Napoleona Bonapartego przyszła kobieta prosić o łaskę dla jej syna, który przebywał w więzieniu.

– Twój syn popełnił przestępstwo – powiedział Napoleon – i sprawiedliwość wymaga, aby został ukarany.
– Ale ja nie przyszłam po sprawiedliwość, Wasza Wysokość – powiedziała kobieta – ja przyszłam po łaskę.

Napoleon zastanowił się przez chwilę. Ta odpowiedź go zaskoczyła. Uśmiechnął się.

– I otrzymasz łaskę – odpowiedział – Twój syn zostanie dzisiaj zwolniony.

Czy Napoleon w tym wypadku postąpił niesprawiedliwie?

Oczywiście, że tak. Miał rację – sprawiedliwość wymagała kary. Kobieta o tym też wiedziała. Napoleon nie postąpił sprawiedliwie, postąpił miłosiernie. Inaczej mówiąc, okazał łaskę.

Czy podoba ci się to, co uczynił Napoleon? Zanim sam odpowiedziałbym na to pytanie przydałoby się wiedzieć, za co syn owej kobiety siedział w więzieniu, jeśli jednak przyjmę, że nie było to nic poważnego, i w dodatku człowiek ten był jedynym żywicielem rodziny, nie będę się burzyć, iż sprawiedliwości nie stało się zadość.

Wczoraj w sądzie odbyła się krótka rozprawa w sprawie córek mojej koleżanki. Starsza, 19-letnia, dała na chwilę poprowadzić samochód młodszej, 17-letniej, która jeszcze nie miała prawa jazdy.

kids_driving

Jechała jakby była czymś odurzona, od krawężnika do krawężnika, ale na szczęście uliczki osiedla były puste. Z jednym wyjątkiem. Krążył tam radiowóz.

Kiedy policjant ruszył za samochodem i włączył swoje kolorowe światełka, dziewczyna tak spanikowała, że włączyła lewy kierunkowskaz i skręciła w prawo…

A miało to miejsce w USA, gdzie wykroczenia drogowe są na ogół traktowane bardzo poważnie. Obu dziewczynom groziły spore konsekwencje, niemałe mandaty i odebranie prawa jazdy na co najmniej kilka miesięcy (w przypadku młodszej odebrane by jej było w dniu, w którym by je otrzymała).

Sędzia jednak wziął pod uwagę, że dziewczyny były grzeczne, przyznały się do winy i dobrowolnie chciały poddać karze. Powiedział: „gdyby istniały upomnienia za głupotę, a nie mandaty za wykroczenia, dałbym im takie upomnienie, ale jako że to ich pierwsze wykroczenie, a mandat i tak zapewne prędzej obciąży rodziców niż ich samych, zarządzam nadzwyczajne odstąpienie od kary”.

Sędzia postąpił identycznie, jak Napoleon. Gdy o tym usłyszałem, niesamowicie się ucieszyłem, bo znam te dziewczyny i wiem, że już samo złapanie przez policję i długie oczekiwanie w strachu na rozprawę było dla nich wystarczająco mocną nauczką.

Znowu sprawiedliwości nie stało się zadość. Kto by się jednak z tego nie cieszył?

Dlaczego zatem większość chrześcijan tak bardzo się burzy gdy słyszy o nieograniczonym Bożym miłosierdziu?

„Bóg jest miłosierny ale sprawiedliwy”.

Słyszysz czasami takie stwierdzenie?

Ja słyszałem bardzo często. I zawsze powodowało ono u mnie wewnętrzny konflikt. I niepokój.

Z jednej strony religia każe mi nieskończenie wybaczać, bo „Bóg nam wybacza grzechy”, zawsze jednak w kontekście rozmowy o Bożym wybaczaniu stawało słowo „ALE”.

ALE… sprawiedliwy.

Zauważmy – nie „I sprawiedliwy”, lecz „ALE sprawiedliwy”. Jak gdyby sprawiedliwość w jakimś zakresie ograniczała sprawiedliwość lub jej zaprzeczała.

Religia mówi nam, że Bóg jest nieskończenie miłosierny i nieskończenie sprawiedliwy, i jeżeli nie jesteśmy tego w stanie zrozumieć, to… jest to nasz problem. My musimy zawsze wybaczać, Bóg nie. Czy jesteśmy lepsi od Boga? Nie. Nie rozumiemy tego? Nie szkodzi.

W jakim celu jednak Bóg nam dał rozum, jeśli niewiele się przydaje przy zrozumieniu podstawowych pojęć dotyczących Jego osoby i Jego relacji z nami?

brain

Pozwolę sobie zatem nie zgodzić się z religią i wnioskuję o użycie rozumu! A rozum podpowiada mi, że religijne tłumaczenie kwestii zbawienia przedstawia bardzo wiele poważnych logicznych sprzeczności.

Religia tłumaczy mniej więcej tak:

Nieskończenie miłosierny Bóg wybaczyłby wszystko wszystkim, ale to czyniłoby Go niesprawiedliwym.

Nieskończenie sprawiedliwy Bóg nie wybaczyłby nikomu, bo wszyscy są grzesznikami.

Nieskończenie miłosierny i sprawiedliwy Bóg obarcza winą Jezusa i wybacza wszystkim, którzy przyjmą Jego ofiarę, a potępia wszystkich, którzy tego nie czynią.

Czy jednak potrafimy wyobrazić sobie ziemskiego ojca, który, aby uratować kogoś innego, poświęca życie swojego dziecka? Czy nazwalibyśmy takiego ojca dobrym?

Jak to też jest, że śmierć Jezusa jest zapłatą za czyjąś wieczność w piekle? Jeżeli karą za grzech jest wieczność w piekle, analogicznie, Jezus też powinien spędzić wieczność w piekle!

W tym całym religijnym tłumaczeniu sensowne wydaje mi sie tylko to zdanie:

Nieskończenie miłosierny Bóg wybaczyłby wszystko wszystkim.

A co jeśli to prawda?

I tutaj miliony gardeł w doskonałej jedności wykrzykną jedno słowo:

HEREZJA !!!

Zajrzyjmy zatem do Biblii.

arabic bible

Ciekawy fakt: jak Biblia gruba i długa – prawie milion słów – tak nie znajdziemy tam ani słowa na temat herezji polegającej na głoszeniu zbyt miłosiernego Boga.

W Starym Testamencie nie ma prawie nic na temat życia pozagrobowego, jest natomiast bardzo dużo o przykazaniach. Mnóstwo zakazów i nakazów, mnóstwo przykładów kar i nagród za jakość stosowania się do przykazań. Co jednak czytamy o stosunku Boga do ludzi?

Jednym z najpopularniejszych w Biblii zwrotem jest „nie lękaj się”. Mawia sie, że występuje on w Biblii 365 razy – abyśmy mogli żyć bez strachu okrągły rok. Jest to co prawda mit, i prawdziwa liczba jest około 3 razy mniejsza, niemniej jest to i tak na tyle sporo, abyśmy sie zastanowili, czy Bóg naprawdę chce, abyśmy żyli w strachu.

Naród Wybrany, Izrael, doświadczył od Boga niesamowitych dobrodziejstw, tymczasem sam wykazywał się niesamowitą pomysłowością w coraz to bardziej wyrafinowanych sposobach okazywania leckeważenia przykazań. Bóg ostrzega – będą konsekwencje. Ale do swojego odstępczego narodu kieruje też przykładowo takie słowa:

Albowiem Ja, Pan, twój Bóg, ująłem cię za prawicę mówiąc ci: Nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą. Nie bój się, robaczku Jakubie, nieboraku Izraelu! Ja cię wspomagam – wyrocznia Pana – odkupicielem twoim – Święty Izraela. (Iz 41:13-14)

 

Mówił Syjon: Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał. Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie. (Iz 49:14-15)

Kary za nieposłuszeństwo nie tylko nie mają nic wspólnego z życiem wiecznym, ale nie mają też nic wspólnego z miłością i uczuciami, jakie Bóg żywi do człowieka! Bóg tak naprawdę nie stosuje kar w naszym rozumieniu tego słowa, nie daje nikomu syfilisu ani nie powoduje, że człowiek się potyka na równej drodze. Kiedy jest mowa o karze, ktoś po prostu zbiera żniwo swojego postępowania.

Izrael mógł zostać doszczętnie rozbity przez sąsiednie narody, przestałby istnieć i wkrótce nikt by o nim nie pamiętał. Bóg jednak obiecał swoją ponadnaturalną pomoc, przy czym zastrzegł, że istnieją warunki jej otrzymania. Tak długo jak Izrael się do tych warunków stosował, inne narody, choćby stokroć potężniejsze, nie mogły mu zaszkodzić. Boża kara polegała na tym, że Izrael musiał wziąć sprawy we własne ręce. Koniec cudów.

Nie znajdziemy ani jednego przykładu w Biblii, gdzie Bóg jest autorem czyjejś śmierci, choroby lub innego nieszczęścia.

angry-god

Faktem jest, że większość ludzi interpretuje niektóre wydarzenia ze Starego Testamentu jako bezpośrednie kary Boże. Tak też interpretowali je początkowo apostołowie, i mniemali, że Bóg ma właśnie taki sposób postępowania: bądź grzeczny albo… pogadamy. Popatrzmy tutaj:

A gdy to widzieli uczniowie Jakub i Jan, rzekli: Panie, czy chcesz, abyśmy słowem ściągnęli ogień z nieba, który by ich pochłonął, jak to i Eliasz uczynił? A On, obróciwszy się, zgromił ich i rzekł: Nie wiecie, jakiego ducha jesteście. Albowiem Syn Człowieczy nie przyszedł zatracać dusze ludzkie, ale je zachować. I poszli do innej wioski. (Łk 9:54-56, BW)

(Wiem, wiem, powyższy fragment wygląda nieco inaczej w Biblii Tysiąclecia… jak również w najstarszych rękopisach… jednak i tak postanowiłem go tu umieścić jako że właśnie w tej formie stanowi wspaniałe podsumowanie stosunku, jaki Jezus miał do ludzi).

Pamiętajmy, Jezus przyszedł by objawić Ojca – Jego zamierzenia, Jego charakter i Jego stosunek do ludzi (J 1:18. 10:30. 14:10). Wiem doskonale, że początkowo może to się wydawać szokująco sprzeczne z tym, co słychać w kościołach, ale gdyby Bóg miał interes w karaniu ludzi za grzechy, to samo byśmy zobaczyli u Jezusa!

Tymczasem co czynił Jezus? Uzdrawiał? Tak. Wybaczał grzechy? Tak. Miał „najgorszych” grzeszników za przyjaciół? Tak.

Jedynymi ludźmi, dla których Jezus nie był, powiedzmy, zbyt miły, to ludzie którzy usiłowali Mu przeszkodzić, zarzucali kłamstwo i odciągali innych od Niego. Na ogół myślimy o faryzeuszach, ale zwróćmy uwagę, w kwestiach moralności apostołowie byli daleko w tyle za faryzeuszami. Faryzeusze to nie byli źli ludzie w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Starali się ze wszystkich sił przestrzegać Prawa, jednak większość z nich tak skupiła się na przepisach, że zapomniała o miłości. I ich jednak Jezus nie „obdarzał” trądem ani nie straszył smażeniem w piekle. Przestrzegał ich często przed nadchodzącą zagładą Jerozolimy, ale to nie Bóg był jej autorem, a rzymska armia.

* * *

Kiedy zacząłem czytać Biblię jak gdyby „od nowa”, bez komentarza współczesnych teologów, okazało się nagle, że… nie istnieje nic, co ogranicza Boże przebaczenie! To tylko ludziom niesamowicie trudno w nie uwierzyć! I owszem, według ludzkich standardów Bóg nie jest sprawiedliwy – i jeśli Biblia powiada, że jest, to tylko dlatego, że Boże standardy sprawiedliwości są odmienne od naszych. Pojęcie prawiedliwości przeciętnego człowieka polega na tym, że to jego postępowanie powinno się usprawiedliwić, a postępowanie wszystkich „gorszych od niego” – nie. Nie mielibyśmy nic przeciwko temu, aby Bóg nam wszystko wybaczył – ale tylko nam, a nie im! Nie gwałcicielom, krwawym dyktatorom, mordercom, ateistom!

Poza tym, gdyby nagle ludzkość uwierzyła, że Boże przebaczenie jest bezgraniczne, niemal wszystki Kościoły by zbankrutowały. Większość ludzi chodzących w niedzielę na nabożeństwo czyni tak tylko dlatego,że boi się kary Bożej, dlatego księża i pastorowie, których dochody na ogół zależą od frekwencji, zrobią wszystko, by ukryć przed maluczkimi miłosierdzie Boże.

Jezus skierował do takich ludzi proste przesłanie – mamy za mało danych, by osądzać. Bóg zna serca ludzi, On wie, co jest naszym wyborem, co jest narzucone przez środowisko, geny, przymus zewnętrzny. Ci, których my widzielibyśmy na dnie piekła, okazać mogliby się przed Bogiem bardziej sprawiedliwi niż my, którzy chodzimy do kościoła co niedziela, modlimy się rano i wieczorem i 20% dochodu przeznaczamy na biednych.
W porównaniu jednak do doskonałej świętości, wszyscy jesteśmy od Boga nieskończenie daleko, i dlatego jedynym sensownym wytłumaczeniem jest że także, bez różnicy, wszyscy dostępujemy Jego przebaczenia!

* * *

Sporo lat temu pojechałem na kolonie jako wychowawca; planowałem przed ten czas przeczytać wszystkie Listy Nowego Testamentu. Do tej pory nieźle już nieźle Biblię poznałem, ale czytałem na ogół fragmenty na jakiś temat, nie czytałem ksiąg od początku do końca.

Atmosfera była wspaniała, zabawy z dziećmi dawały dużo radości, a w czasie wolnym prowadziliśmy w gronie kadry fascynujące, długie  dyskusje, także… starczyło mi czasu tylko na przeczytaniu kilku kartek. Pierwszego Listu w Biblii, Listu do Rzymian.

Wystarczyło. Moje życie się zmieniło z powodu jednego wyrazu.

Bo nie ma tu różnicy: wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie które jest w Chrystusie Jezusie.  (Rz 3:22b-24)

Darmo? Jak to – darmo? Niemożliwe. A uczynki? Sakramenty? Modlitwy? Wiara?

Pamiętam, jak opowiadałem innym wychowawcom o tym, co przeczytałem. Nie zważałem na to, czy ktoś mnie rozumie, czy nie. Byłem szczęśliwy.

Około 20 lat zajęło mi jeszcze zrozumienie tego, że to „darmo” naprawdę oznacza „darmo”. Przez te lata usiłowałem pojęcie to pogodzić z teologią różnej maści, katolickiej, protestanckiej, liberalnej, ewangelicznej… bez powodzenia.

Słuchaj. Bóg chce, byś wybaczał wszystkim bez ograniczeń. Bo to daje wolność, daje pokój.

Bo Bóg sam tak robi.

gift
ostatnia edycja: 11 listopada 2016

Czy Bóg mnie kocha?

Co to znaczy dla ciebie być szczęśliwym?

Być może myślisz o zdrowiu i dostatku, ale jestem niemal pewien, że powiesz też coś w stylu – „aby być szczęśliwym, trzeba kochać i być kochanym”.

Wydaje się to proste i sensowne, jednak nie takie łatwe do zrealizowania w życiu. Jest to chyba nawet trudniejsze od zdrowia i pieniędzy.

Pomyśl chwilkę – czy jest w twoim życiu w tej chwili ktoś, kogo kochasz?

A czy jest ktoś, kto ciebie kocha?

Czy – jeżeli odpowiesz na jedno lub oba te pytania twierdząco – jest to dla ciebie nieustającym źródłem radości?

Może za daleko idę? Spytam prościej – ile razy codziennie dziękujesz Bogu – lub dzielisz się z innymi – lub choćby głośno westchniesz – jaką to radość sprawia ci fakt kochania lub bycia kochanym?

Jeżeli więcej niż raz, jesteś człowiekiem szczęśliwym. Jesteś też w zdecydowanej mniejszości.

Większość z nas przyzwyczaja się do obecności w naszym życiu ludzi, których kochamy i którzy nas kochają. A prawie każdy w naszym społeczeństwie ma dzieci, rodziców, rodzeństwo, małżonków lub przyjaciół, z którymi relację może nazwać miłością.

Niestety, jakże często miłości tej… zupełnie nie widać.

Przyjrzyjmy się relacjom rodziców z dziećmi. Najczęściej początkowa sielanka (niemowlęta są takie słodkie, niewinne i kochane) zaczyna się burzyć już okresie wczesnoszkolnym – większość rodziców nie potrafi łatwo zaakceptować faktu, iż nagle przestają być dla dziecka wszechwiedzącymi i doskonałymi, i że opinie rówieśników ich pociech czasami mogą przeważyć nad ich opiniami. Z czasem robi się najczęściej jeszcze gorzej. Znam ludzi,  którzy ze swoimi nastoletnimi dziećmi nie zamieniają ani słowa przez tydzień, choć mieszkają w jednym domu.

Sfrustrowani rodzice reagują na różne sposoby, i niestety, niektóre z nich są karygodne i powodują nieodwracalne zmiany w psychice dzieci. Nierzadko słyszymy o dzieciach odbieranych tymczasowo lub na stałe swoim rodzicom, gdyż dopuszczali się oni względem nich strasznych nadużyć. Niektórzy z takich rodziców starają później się naprawić błędy i odzyskać dzieci. Później słyszymy, gdy tłumaczą swoje zachowania najróżniejszymi przyczynami, i od czasu do czasu używają wyrażenia, przy którym burzy mi się krew:

„Zawsze jednak kochałem swoje dziecko”.

Istnieje jeszcze głupsza wersja:

„Każda matka kocha swoje dziecko”.

Jeżeli KAŻDA matka kocha dziecko, czy również taka, które je katuje, lub która codziennie powtarza mu w twarz, jak go nienawidzi, a może również taka, która za pieniądze wypożycza je zboczeńcowi na noc?

Tutaj większość się zgodzi – no tak, takie matki nie kochają dzieci.

A co powiemy na matkę, która się dobrze opiekuje dzieckiem tylko, gdy jest malutkie, a później traci nim zainteresowanie? Albo na taką, która mówi mu dobre słowo raz w miesiącu, w pozostałe dni krzycząc na nie lub je ignorując? Czy to jest miłość?

No właśnie – jaka jest definicja miłości? Powtarzając bezmyślnie hasła typu „każda matka kocha swoje dziecko” wyjaławia się z pojęcia miłości jakiekolwiek znaczenie. Problemem jest również to, że nasz język w kwestii miłości jest najzwyczajniej w świecie ubogi. To samo słowo określa uczucia/relacje między dziećmi a rodzicami, małżonkami, ludźmi a ich przyjaciółmi, zwierzętami, ojczyzną czy potrawami. Otrzymujemy pojęcie, które znaczy wszystko… i nic.

Starożytna odmiana języka greckiego, koine, w którym spisany był oryginalnie Nowy Testament, ma już więcej słów tłumaczonych jako „miłość” lub „kochać”. Najpopularniejsze cztery to filia (miłość – przyjaźń, lubienie kogoś), eros (miłość erotyczna), storge (miłość między członkami rodziny) i agape.

No właśnie,

agape.

Agape oznacza miłość bezinteresowną. Nie musi – jak filia lub eros – mieć nic wspólnego z emocjami. Nie jest też, jak storge, uwarunkowana więzami rodzinnymi.

I właśnie agape w Biblii pojawia się najczęściej. Jest to typ miłości, którą ludzie powinni żywić w stosunku siebie, oraz – co najważniejsze – to miłość, którą Bóg żywi w stosunku do nas. To czynienie dobra stronie, którą się kocha.

Do emocji zmusić się nie potrafimy. Więzów krwi decyzją swojej woli nie zmienimy. Wpływ mamy tylko i wyłącznie na miłość agape. Miłość agape to nic innego jak decyzja, a raczej – skutki tej decyzji. Człowiek postanawia, że będzie czynił drugiej stronie dobro. I to robi.

Przykład takiej miłości pokazał ludziom Jezus Chrystus. Postanowił przyjść na świat jako człowiek, wieść ciężkie życie z mnóstem elementów tragicznych, których apogeum była Jego śmierć na krzyżu. Jezus sam mówi o swojej miłości w taki sposób:

Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.  (J 15:13)

A apostoł Paweł nie pozostawia wątpliwości, czego śmierć ta była obrazem:

 Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami.  (Rz 5:7)

I jeśli mielibyśmy wątpliwości, jaką wagę ma miłość, zacytuję Jana:

Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. (1J 4:8)

Jak chwilę pomyślimy, wydaje nam się to proste i logiczne. Bóg w osobie Chrystusa pokazał nam, jak praktycznie może stworzony na Boży obraz przecież (Rdz 1:27) idealny człowiek wyglądać. Jeśli mamy kiedykolwiek wątpliwości, czym jest prawdziwa miłość, powinniśmy uczyć się od jej Twórcy, od Boga.

A jeżeli przykładowo mąż nie do końca jest pewien, jak powinien w doskonały sposób kochać żonę, powinien zaoferować jej bezgraniczną pomoc we wszystkim, czego potrzebuje, przedkładając jej potrzeby ponad swoje. Taka postawa oczywiście powinna zaowocować odpowiedzią żony w postaci identycznej postawy względem jej męża. Gdyby zaś żona nie zechciała odpowiedzieć w poprawny sposób, wtedy tak naprawdę męża nie dotyczą już żadne zobowiązania. Powinien ją ukarać, na przykład przywiązując do łóżka i przypalając jej ciało rozpalonym żelazem do końca życia.

Czekajcie, co?

Nie, to byłaby zbyt delikatna kara. Bóg nie przypala rozpalonym żelazem, Bóg wrzuca do ognia; i nie do końca życia, a na wieczność.

hell02

No ale my nie jesteśmy wieczni, więc zrobimy, co umiemy; przecież mamy być naśladowcami Boga. Może kilka lat tortur?

 Po tym właśnie poznajemy, że jesteśmy w Nim. Kto twierdzi, że w Nim trwa, powinien również sam postępować tak, jak On postępował (1J 2:6)

 Tak właśnie wygląda miłość Boża w ujęciu współczesnej religii (gdy używam pojęcia „religia” na ogół mam na myśli większość współczesnych systemów teologicznych, nie odnoszę się tutaj do konkretnych ludzi ani Kościołów, nie mam też na myśli pobożności).

Religia mówi nam, że Bóg jest miłością, i że powinniśmy postępować tak, jak Bóg postępuje, nie widząc problemu w tym, że miłość Boża w ujęciu religii jest dla nas dobra tylko wtedy, gdy zrobimy coś/wyznamy coś/uwierzymy w coś (tysiące różnych denominacji spierają się, co dokładnie to jest), natomiast jeśli nie uda nam się tego czegoś wypełnić, wtedy czeka nas wieczność w mękach piekielnych. A czy męki te są wyrazem miłości? No przecież muszą być, bo miłość Boża nigdy nie ustaje…

Nie wnikając jeszcze, gdzie leży prawda, logicznie rzecz biorąc, tylko dwie możliwości są prawdziwe:

  1. Miłość dopuszcza wieczne znęcanie się nad kimś; karanie bez końca.
  2. Miłość niczego takiego nie dopuszcza.

Jeżeli pierwszy punkt jest prawdziwy, wtedy i my mamy prawo do tortur – wszak Bóg nas swojej miłości uczy. Co prawda Jezus nigdy nikogo nie torturował na ziemi, ale o sobie i Bogu mówił „ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10:30), więc jednocześnie można powiedzieć „Bóg wrzuca do piekła” jak i „Jezus wrzuca do piekła”.

Mógłbym jeszcze tak długo rozważać obie opcje ale… nie ma sensu. Naprawdę nie widzisz problemu w tym, że Boża miłość może oznaczać dla niektórych (według wielu wyznań chrześcijańskich – dla większości) ludzi wieczne męki? Ja widzę. Jest to problem moim zdaniem bardzo oczywisty, o ile tylko zaczniemy myśleć samodzielnie. Bóg po do dał nam mózgi, by je używać, między innymi poprzez logiczne myślenie i wnioskowanie.

Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo i relacje między członkami rodziny obrazują w pewnym stopniu relacje między Bogiem i człowiekiem. W żadnym zdrowym społeczeństwie nigdy nie było przyzwolenia na przemoc i tortury w rodzinie; nawet jeśli sporo społeczeństw w przeszłości akceptowało kary cielesne, miały one być krótkotrwałe i ich jedynym celem było poprawienie zachowania.

Jeżeli ludzie, których umiejętność kochania jest jakże ograniczona w porównianiu do Bożej, wiedzą, że tortury są złe, jakże Bóg mógłby inaczej uważać?

Chciałem pisać tylko o miłości Bożej do człowieka, ale uświadomiłem sobie, że bez rozprawienia się z tematem ognia piekielnego, jakiekolwiek pisanie o niej nie trafi do niemal nikogo, zwłaszcza w Polsce. Polska bowiem, jak mało który inny kraj, ma niemal w tradycji narodowej wpisany lęk przed piekłem. Jak ludzie mogą uwierzyć w Boga, który kocha ludzi, i jednocześnie za byle co może ich torturować w nieskończoność? To nie ma sensu! Tak samo, jak nie ma sensu mówienie, że rodzic krzywdzący celowo dziecko lub drastycznie je zaniedbujący kocha je!

Nie! Taki rodzic nie kocha dziecka, kropka! A Bóg traktujący ludzi tak, jak uczy nas religijna tradycja, również nie kochałby ludzi!

Na całe szczęście jednak, choć niestety ludzi nie kochających swoich dzieci jest mnóstwo, Bóg ludzi kocha naprawdę. Najlepiej wyjaśnił i opowiedział o tym Jezus. Zalecał swoim uczniom nieskończone wzajemne wybaczanie win, płacenie dobrem za zło – nie tylko wybranym ludziom, ale wszystkim.

Niektórzy uważają, że Bóg „tak naprawdę” kocha tylko swoich wybranych/wierzących/grzecznych.

 

goog behaving

Co na to Jezus?

A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.  (Mt 5:44-47)

Jeżeli Jezus wzywa nas do miłości wszystkich – w tym i nieprzyjaciół – abyśmy byli doskonali, jak doskonały jest nasz Ojciec, to znaczy, że i On kocha wszystkich! Nie tylko chrześcijan! Nie tylko wierzących!

I, co może wydac się tobie zbyt trudne do uwierzenia – także ciebie!

Jeżeli Boża miłość do nas miałaby być uwarunkowana naszym zachowaniem – oznaczałoby to, że człowiek potrafi posiadać doskonalszą miłość, niż Bóg.

I nikt mnie nie przekona, że piekło nie przeczy Bożej miłości. Apostoł Paweł napisał krótko:

Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. (Rz 13:10a)

Gdzie widzisz w piekle dobro? Stwierdzenia z rodzaju „Grzech przeciwko nieskończonemu Stwórcy wymaga nieskończonej kary” albo „istnienie nieba nie miałoby sensu bez istnienia piekła”, brzmią może dla niektórych mądrze, ale powstały wyłącznie w umysłach religijnych ludzi, gdyż Biblia nic takiego nie mówi.

I Biblia również nie mówi ani słowa o piekle. Gdyby mówiła, ten blog by w ogóle nie istniał. Więcej o „biblijnym piekle” znajdziesz tu i tu.

Hulaj duszo, piekła nie ma? Chcesz, to hulaj. Większość ludzi i tak hula, czy otwarcie, czy skrycie. Bardzo często namocniej hulają ci, którzy najgłośniej z ambon krzyczą o potwornościach mąk piekielnych. Pomyśl, dlaczego.

Najważniejszym wnioskiem tych wszystkich rozważań są następujące trzy słowa:

Bóg mnie kocha!!!!!!!!!!

Wszystko teraz nabiera sensu! Pomyśl, jak bardzo mocno można kochać swoje dziecko, swoją żonę czy męża, pomnóż to razy nieskończoność i tak oto kocha nas Bóg! Tak samo jak ty nigdy nie skrzywdzisz swojego dziecka, cokolwiek by ci zrobiło, tak samo i ciebie nigdy nie skrzywdzi Bóg, niezależnie od tego, czy jesteś osobą wierzącą, czy nie, czy grzeszysz strasznie, czy tylko troszeczkę!

Jeżeli kiedykolwiek będziesz mieć na ten temat wątpliwości, pomyśl o Chrystusie! On nie umarł za grzecznych chrześcijan, bo kiedy umierał, w ogóle chrześcijan jeszcze nie było! A gdy poczytasz o najbardziej hołubionych postaciach biblijnych zobaczysz, że nikt z nich za grzecznego uchodzić według żadnych norm by nie mógł!

suffering-jesus

Bóg mnie kocha, i aby w to wierzyć, nie muszę przeczyć własnej logice i udawać, że wszystko ma sens, choć go w ogóle nie ma. A takiego udawania wymaga wiara w Boga pełnego miłości smażącego ludzi w piekle. Oczywiście, pełnego zrozumienia świata i prawideł nim rządzących mieć nie będziemy nigdy, ale jeżeli Bóg zachęca nas do miłości dając za przykład swoją własną, to znaczy, że tyle akurat zrozumieć możemy. Zamiast przeczenia logice musimy jedynie zaprzeczyć tradycji religijnej. Jakkolwiek trudne się to wydaje, i jakkolwiek przytłaczająca jest większość myśląca tradycyjnie, warto się wysilić i myśleć samodzielnie, bo w perspektywie otrzymamy pokój duszy, o którym reszta może tylko marzyć.

A przecież tylko zdechłe ryby płyną z prądem.

* * *

Na początku artykułu zadałem pytanie, co dla ciebie znaczy być szczęśliwym.

Jeżeli usiłujesz zbudować swoje szczęście na kochaniu innych ludzi, to będziesz szczęśliwy tylko od czasu do czasu, gdyż nie potrafisz kochać nieustannie, doskonale.

Jeżeli usiłujesz zbudować swoje szczęście na byciu kochanym, to masz jeszcze trudniej, gdyż w tym wypadku już w ogóle nie masz na to wpływu.

Nieustanne szczęście natomiast może być spowodowane świadomością faktu, iż kocha cię Bóg – miłością doskonałą i nieustającą – która nie tylko nie ustaje wtedy, kiedy robisz coś (albo i wszystko) źle, ale nie ustanie również wtedy, kiedy umrzesz. Poznanie tej miłości ma moc przemieniania życia – a jej ogrom będzie przelewał się przez ciebie na innych ludzi!

A kiedy umrzesz? Wtedy poznasz tę miłość o wiele lepiej, bo zobaczysz Boga twarzą w twarz. I miłość ta w jednej chwili napełni cię taką radością, że wystarczy jej na wieczność.

Dosłownie.

light-tunnel

Ostanio edytowany: 19 lipca 2016.

Bóg cię kocha, ale…

pigeons

Młoda kobieta przyszła do psychologa. Powiedziała, że coś chyba z nią nie tak, bo chociaż niewiele minęło od jej ślubu, nie czuje już do swego męża żadnej miłości. Gdy o nim pomyśli, czuje natomiast… strach.

Poproszona przez psychologa opowiedziała, co dzieje się w ich domu. Mąż nieustannie zapewnia ją o swojej miłości i wierności, i że dotrzyma przysięgi małżeńskiej, że nie opuści jej aż do śmierci. Bezwarunkowo. Mówi to wszystko codziennie, następnie dodaje –

 ALE

„Ale jeżeli ty nie będziesz mi wierna, lub nie będziesz mnie kochała tak, jak ja tego chcę, lub nie będziesz robić tego, co chcę, wrzucę cię do piwnicy, zwiążę, i będę chłostał pasem dzień dzień, tak długo, jak tylko będę dał rady!”

Czy psycholog powinien rozpocząć terapię tej kobiety… czy zawiadomić policję i zalecić jej nie wracanie do domu?

Jeszcze jedna historia – pewien chłopiec wykrzyczał swojemu ojcu, że go nienawidzi. W odpowiedzi na to, ojciec przywiązał go do łóżka i torturował bez jedzenia i picia przez kilka dni. Czy powinniśmy ukarać ojca, czy może syna, a ojciec dobrze zrobił, karząc syna za jego nienawiść?

Czy masz jakiekolwiek wątpliwości, że w powyższych historiach to właśnie z mężem (z pierwszej) i ojcem (z drugiej) jest coś poważnie nie tak? Jeśli nie masz, gratuluję. Jeżeli jednak jesteś przeciętnym chrześcijaninem, obawiam się, że za osobę podobną do tych ludzi uważasz… Boga.

Bóg cię kocha, ale… jeśli ty nie będziesz Go kochać, wrzuci cię do piekła na wieczne tortury.”
Bóg wybacza wszystkie grzechy… ale jeśli przekroczysz jedno z niezliczonych przykazań w jakiś określony sposób, żegnaj niebo, witaj piekło.”
Bóg przyjął cię do swojej rodziny… ale jeśli trochę za bardzo narozrabiasz, wyrzuci cię z niej bez możliwości powrotu.”
Bóg kocha dzieci… zanim nie osiągną wieku odpowiedzialności, a wtedy – albo nawrócenie – albo piekło.”

Bóg – doktor Jekyll czy pan Hyde?

Trudno mi pojąć, jak prawie wszyscy chrześcijanie są w stanie godzić „uosobienie miłości” z sadystycznym tyranem, karzącym za byle co w sposób nieproporcjonalnie okrutny. Pojąć mi to trudno, chociaż… sam wiele lat tak o Bogu tak myślałem.

Aby ratować ten wewnętrznie sprzeczny obraz Boga w naszych umysłach, na ogół rozdzielamy miłość Bożą od naszej miłości i rozumiemy przez nie zupełnie inne rzeczy.

Weźmy dla przykładu miłość rodziców do naszych – w jej idealnym przykładzie rodzice są czuli, delikatni, nastawieni na najwyższe dobro dziecka. Codziennie o miłości swej dziecko zapewniają wielokrotnie. Zawsze są gotowi wszystko przebaczyć, zamiast stosowania jakichkolwiek kar preferują doprowadzanie do sytuacji, gdzie dziecko będzie samo doświadczało konsekwencji swoich czynów (oczywiście w sposób kontrolowany i bezpieczny) i uczyło się z nich.

mother-love-her-baby

Boża miłość natomiast – według najczęściej spotykanego chrześcijańskiego schematu – jest zupełnie inna. Przebacza tylko po spełnieniu określonych warunków. Nigdy do końca tak naprawdę nie możemy być pewni, czy Bóg nam wszystko wybaczył. A jeśli nie wybaczył, to kara czeka nas niesamowita – nie w celu poprawy, ale w celu – nie wiem – zemsty? Nieskończone tortury, lub – w niektórych łagodniejszych odmianach doktrynalnych – wieczne oddalenie od Boga w jakimś ponurym miejscu?

Czyja miłość wydaje nam się doskonalsza?

Tak! Nasza własna! Potrafię być lepszym rodzicem, niż taki „bóg”. Bluźnię? Jeśli tak, to nie bluźnię przeciwko Bogu, ale temu bożkowi stworzonemu przez religię.

Dobra nowina – dla kogo?

Wyraz „ewangelia” w oryginale greckim oznacza „dobra nowina”. Czy kiedy myślisz o ewangelii, serce wypełnia ci radość? Nie? Przecież to dobra nowina!!! Ale… dobra dla kogo? Może dla bezgrzesznych ludzi, ale takowych nie ma. Poza tym nawet gdybym był bezgrzeszny, mógłbym trafić do takiego Kościoła, który bardzo szczegółowo opisuje, jaki to rodzaj wiary jest „zbawczą wiarą” i mógłbym się do ich definicji nie załapać. Zauważmy, że z około tysiąca denominacji chrześcijańskich niełatwo znaleźć dwie, które by się w 100% zgadzały co do odpowiedzi na pytanie „jak można się znaleźć w gronie szczęśliwców, którym przypadnie w udziale życie wieczne”.

Która denominacja mówi prawdę?

A może… żadna?

Wśród zarzutów, które chrześcijanom wysuwają ateiści, agnostycy i ludzie innych wyznań, przodują dwa:

Jak miłosierny Bóg może dopuszczać do takiego ogromu cierpienia na świecie?

Jak miłosierny Bóg może skazywać ludzi na wieczne męki w ogniu piekielnym?

Nie będę udawać, że znam doskonale poprawną odpowiedź na pierwsze pytanie. Wiem, że ma to coś wspólnego z naszą wolną wolą, ale daleki jestem do zrozumienia tego wszystkiego. Myślę jednak, że znam jednak odpowiedź na pytanie drugie.

Jeżeli całe życie coś ci „nie grało”, coś nie pasowało w obrazie wiecznych tortur z rąk Boga, który jest miłością…

MASZ RACJĘ. To nie pasuje.

Nie przejmuj się opinią większości. Posłuchaj swojej logiki.

Nie słuchaj idiotycznych tłumaczeń w stylu „Bóg nikogo nie wrzuca do piekła, ludzie sami Go odrzucają i wybierają piekło”. Nie ma takiego człowieka, który po kilku minutach (a raczej i sekundach) siedzenia w ogniu dalej chciał tam siedzieć, a tutaj mówimy o wieczności!

Jednak nie nasza intuicja i nie logika są ostatecznym dowodem na to, że te wieczne tortury to wymyślona bzdura.

Faktem mało znanym jest to, że na temat piekła… ani słowa nie znajdziesz w Biblii. Tutaj znajdziesz więcej na ten temat.

hell02

Mnóstwo ludzi, zwłaszcza „głęboko religijnych”, reaguje bardzo emocjonalnie gdy kwestionuje się przy nich istnienie piekła. Może to wydawać się dziwne… przecież powinniśmy chyba się cieszyć, jeśli jest szansa, że coś tak okropnego, czym straszą nas w niemal wszystkich kościołach, jest tylko wymysłem i nie istnieje, czyż nie? Jeśli sam odczuwasz negatywne emocje gdy ktoś przy tobie podważa piekło, zastanów się, dlaczego. Powody takiego niepokoju prawie zawsze spowodowane są przez dwie możliwe przyczyny: albo sami podświadomie myślimy, że nasze poglądy „nie trzymają się kupy”, albo… nie może nam się pomieścić w głowie, że Bóg może wybaczyć wszystkim ludziom, bez powodu, bez warunków, gdyż… sami tego nie potrafimy.

Zamiast patrzeć na to, co mówi nam religia, popatrzmy na chwilę na świat! Zostaliśmy stworzeni na obraz Boży! Popatrz na matkę tulącą niemowlę. Popatrz na szał radości dwojga zakochanych, którzy widzą się pierwszy raz po długiej przerwie. Zaobserwuj zachwycony, zakochany wzrok rodzica, kiedy dziecko robi pierwsze kroki. Albo idącą pod rękę parę 80-ciolatków, patrzących sobie w oczy z czułością, jak gdyby byli parą zaświergolonych nastolatków…

aging

To tylko cień miłości, jaką ma do nas Bóg.

 W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy.
My miłujemy [Boga], ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował. (1 J 4:10.19)

Nas” nie oznacza katolików, chrześcijan, baptystów. Oznacza również ateistów, „innowierców”, a także morderców… i wszystkich najgorszych ludzi, których sobie potrafimy wyobrazić. Jego miłość oznacza dla nas między innymi to, że nie musimy się obawiać kary za grzechy! Jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości, że dla Boga jakimkolwiek problemem jest wybaczenie nam grzechów, zobacz, jak robił to Jezus, obraz Boga na ziemi. Pewnego dnia przynieśli do Niego sparaliżowanego człowieka.

 Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy. (Mk 2:5)

Jezus nie wymagał pójścia do spowiedzi, obietnicy poprawy, zadoścuczynienia, ofiary na biednych.

Wybaczył, chociaż nie był o to nawet proszony.

I taka właśnie jest miłość Boża.

A man offers a rose to a woman to mark International Women's Day in Belgrade

Ostatnia edycja: 26 stycznia 2018