Piekło (2/2) – czy to jest biblijne?

hell04

W ostatnich latach nie pisze się tyle o piekle, co kiedyś, niemniej wcale nie dlatego, że temat ten zniknął ze świadomości ludzkiej. Dowód? Podam za „Wprost” (http://www.wprost.pl/ar/182304/W-co-wierza-Polacy/), iż 65% Polaków wierzy w istnienie piekła. „Wprost” nie pisze jednak, ilu z tych ludzi ma absolutnie niezmąconą pewność, że się tam nie znajdzie, ale opierając się na dyskusjach z ludźmi jestem pewien, że liczba ta byłaby dziesięcio-, a może i stukrotnie mniejsza.

W poprzednim artykule wykazałem, ile logicznych niespójności zawiera doktryna piekła, jednak logika nie może przesądzać o istnieniu piekła, gdyż po pierwsze nikt z nas nie potrafi używać wyłącznie absolutnie bezstronnych argumentów w logicznym rozumowaniu; po drugie – teoretycznie rzecz bioriąc, jeśli Bóg objawiłby coś, co sprzeczne jest z naszą logiką, wciąż powinniśmy to akceptować. To, że czegoś nie rozumiemy, nie musi wcale oznaczać, że jest to nieprawdą. Przyjrzyjmy się zatem troszkę temu, co Biblia mówi na temat „piekła”.

Piszę „troszkę”, bo chociaż uważam, że Biblia o piekle nie pisze absolutnie nic, to ludzka pomysłowość jest na tyle duża, że trudno znaleźć kartę Biblii, na której ktoś nie odnalazł odniesienia do piekła, i jeślibym chciał zająć się wszystkimi przypadkami, zajęłoby mi to kilka lat. Jeśli pojawi się taka potrzeba, rozwinę jeden z omawianych punktów w osobnym artykule.

Czytając powyższe być może od razu zakładasz, że nie będę pisał prawdy, gdyż widzisz w Biblii słowo „piekło”, a ja utrzymuję, że Biblia nic o piekle nie pisze. Zacznę zatem od… terminologii.

Odniosę się troszkę do języków oryginalnych, w których nie jestem bynajmniej ekspertem, jednak zaraz zobaczysz, że ekspertem tutaj być wcale nie trzeba.

Pisząc „piekło” będę miał – naśladując to, co głosi większość Kościołów – na myśli miejsce/stan, w którym nie zbawieni umarli znajdują się po śmierci lub po Sądzie Ostatecznym, i w którym pozostaną tam na wieczność. Nie interesuje nas w tej chwili kiedy/jak się tam znajdą, ważne jest, że jest to stan wieczny. Mniejsza też o to, czy dosłownie smażą się tam w ogniu lub przechodzą przez inne tortury czy też piekło jest to stan oddalenia od Boga. Zajmiemy się tylko tą częścią definicji piekła, która wspólna jest dla wszystkich Kościołów – czyli piekło to coś, co:

1.  jest karą, dotyczącą ludzi niezbawionych

2. nie ma końca.

Wyraz „piekło” występuje w polskiej Biblii – w zależności od tłumaczenia od 25 do 40 razy, jednak powstają tłumaczenia, które tego słowa już nie mają. Wiele też wydań w innych językach nie używa żadnych odpowiedników „piekła” (np. New American Bible z 1970 r.)  i wierzę, że kiedyś wyraz ten zniknie z Biblii zupełnie… bo tak naprawdęgo tam nie ma i powstał w wyobraźni tłumaczy.

Spójrzmy na wszystkie wyrazy tłumaczone na język polski jako piekło, i nie zajmie nam to dużo czasu.

1. Szeol / hades

Wyrazem często tłumaczonym jako „piekło” jest „szeol” (w Starym Testamencie ) i „hades” (w Nowym). Są one równoważne; bowiem kiedy autorzy NT cytują ST z wyrazem szeol, używają terminu „hades” – np. Ps 16:10 – Dz 2:31).

Nie jest to bardzo popularny termin, 64 przypadki wystąpienia „szeol” i 11 „hades” to, patrząc na objętość Biblii, niewiele. Termin „Pan” występuje przykładowo około 8000 razy, „ziemia” i „miasto” – po 1000 razy.

Co ciekawe, Biblia nigdzie nie definiuje terminu „szeol”. Kiedy znajdziemy i poczytamy w konkordancji wszystkie wersety, w których on występuje, widzimy, że jest to miejsce, do którego „idą” umarli. Napisałem „idą” w cudzysłowiu, bo w jaki sposób się tam znajdują, też nie jest nigdzie wyjaśnione. Idą tam wszyscy, niezależnie od tego, czy należeli do Narodu Wybranego, czy nie, także jeżeli w którymś miejscu w Biblii jest napisane, że ktoś chce tam nie iść, oznacza to tylko tyle, że „jeszcze” chce tam nie iść, czyli nie chce jeszcze umrzeć.

Czyli – iść do szeolu = umrzeć.

Zacytuję wspomniany wyżej Dz 2:31:

widział przyszłość i przepowiedział zmartwychwstanie Mesjasza, że ani nie pozostanie w Otchłani (oryg. hadesi), ani ciało Jego nie ulegnie rozkładowi.

 

Odnosi się to do Chrystusa – czyli, że i On był w „hadesie”. A przecież w Jego przypadku nie mogła być to kara za grzechy! Hades zatem nie może być karą za grzechy, i nie pasuje do naszej definicji piekła!

Zresztą niemal wszystkie nowsze wydania Biblii, również te katolickie, tłumaczą już hades jako otchłań – nie, jak wcześniej – piekło. Czyżby i największy z istniejących Kościołów zaczął się wycofywać?

Krótko mówiąc – szeol/hades nie może być piekłem, gdyż nie spełnia już wyżej wymienionego punktu pierwszego jego definicji.

A co z punktem drugim? Czy pobyt w piekle – hadesie – szeolu – nie ma końca?

Cytowany wyżej Dz 2:31 pokazuje jasno, że pobyt w otchłani nie jest nieskończony. Nie tyczy się to tylko Jezusa, bo pierwotny autor tych słów – Dawid – mówił przede wszystkim o sobie. Jeśli Bóg nie zostawi czyjejś duszy w hadesie, nie jest to miejse wieczne. Warunek z punktu drugiego definicji również nie jest spełniony.

Jakkolwiek zwolennicy piekła by tego nie chcieli, szeol nie może oznaczać piekła w dzisiejszym, „chrześcijańskim”, tego słowa znaczeniu.

Pójdźmy krok dalej – jako, że nie ma żadnej definicji „szeolu”, pojawia się pytanie, czy to jest w ogóle miejsce, czy może po prostu stan śmierci? To już jednak tylko możemy gdybać, jeśli mamy opierac się wyłącznie na Biblii, gdyż, jak już wspominałem, niczego ona w tej kwestii nie definiuje.

Jedynym fragmentem, który wyłamuje się z tego opisu szeolu, jest przypowieść o bogaczu i żebraku, ale – jak wykażę w artykule „Bogacz i Łazarz – wędrówka do piekła?” – jest to alegoria. „Łono Abrahama”, do którego odnosił się Jezus, nie oznacza przecież siedzenia u Abrahama na kolanach 🙂

devil_hell

2. Gehenna

Ten dziwny wyraz głównie „odpowiedzialny” jest za powstanie doktryny o wiecznych mękach w piekle. W najpopularniejszych polskich przekładach – Tysiąclatce i Biblii Warszawskiej – gehenna tłumaczona jest jako piekło.

Wyraz „gehenna” pochodzi od nazwy miejsca Gehinnom – co oznacza Dolinę Syna Chinnoma. Jest to jedna z dwóch dolin obok Jerozolimy. W Starym Testamencie można znaleźć odniesienia do tego miejsca w 2 Krn 28:3 i 33:6 oraz w Jer 7:31 i 19:2-6. Dowiadujemy się z nich, że w miejscu tym dokonywano bałwochwalczych ofiar na ludziach – konkretnie, spalano tam dzieci w ofierze bożkom: Molochowi, Baalowi i innym. Z tego powodu miejsce uważane to było za przeklęte.

Powszechnie uważa się, że w późniejszym okresie palono tam śmieci, i ogień był tam obecny non stop, ale kiedy szukałem rzetelnych źródeł tej informacji… nie znalazłem żadnych.

„Gehenna” (w greckim oryginale „geenna”) pochodzi od tego miejsca… ale nie jest do końca jasne, co współczesny Chrystusowi człowiek myślał, kiedy go słyszał. Kiedy większość Polaków słyszy nazwę miasta „Sopot”, na myśl przychodzą morze i słynne sopockie molo, kiedy zaś ktoś powie „byłem z Zakopanem” wiem od razu, że nie po to, by opalać się na plaży. Gdy współcześni Chrystusowi słyszeli o gehennie również ich umysły musiały kojarzyć od razu pewne rzeczy. Niestety, nie wiemy na 100%, co im się kojarzyło. „Gehenna” była używana kilkukrotnie w Biblii, jednak nigdzie nie znajdziemy jej definicji i wszystkich możliwych przykładów odnoszenia się do niej. Wyraz ten wszedł do obiegowego języka, ale nie sposób się dowiedzieć, jak był na codzień używany, bo 12 przykładów użycia w Nowym Testamencie, w dodatku wszystkie – z wyjątkiem jednego – w identycznym kontekście, to tak naprawdę bardzo niewiele.

Zajrzyjmy do Biblii.

Gehenna występuje zatem w Biblii 12 razy, 11 razy w Ewangeliach synoptycznych i jeden raz w Liście Jakuba, przy czym w tym ostatnim przypadku użycie jest wyraźnie metaforyczne:

Język jest wśród wszystkich naszych członków tym, co bezcześci całe ciało i sam trawiony ogniem piekielnym [Gehenny] rozpala krąg życia. (Jakuba 3:6b)

Kontekst mówi o bluźnierczej mowie – nie ma ani słowa i życiu pozagrobowym. Zostaje nam zatem 11 fragmentów, w których wyraz gehenna jest użyty. We wszystkich występuje on w tym samym kontekście. Zajrzyjmy do jednego fragmentu, w którym gehenna występuje aż 2 razy:

Ewangelia Marka 9:43-48
Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony.
I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła.
Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie.

Kiedyś czytałem ten tekst mnóstwo razy… i powodował u mnie lęk… dzisiaj natomiast widzę, że tak naprawdę nie widziałem, co tu jest napisane; widziałem jedynie kościelną interpretację. Bo gdybym widział sam tekst, powinienem poczynić kilka interesujących obserwacji. Takich jak:

Sprawy opisane w tym fragmencie dotyczą ludzi żywych, nie umarłych.

Jakkolwiek nieprawdopodobne może się to wydać, odpowiedz na pytanie – kiedy powinniśmy sobie odciąć ręce, by uniknąć piekła? Teraz czy po śmierci? Przecież, jeżeli odetnę sobie rękę tutaj, to, gdy umrę, w momencie „sądu” albo będę bezkształtnym duchem (jak wierza niektórzy), albo zmartwychwstanę z nowym ciałem i obiema rękami. Czy jeżeli ktoś w wypadku straci ręce i nogi, w „życiu wiecznym” też będzie pozbawiony kończyn? Nie chciałbym, szczerze mówiąc, takiego życia wiecznego.

No tak, ale przecież „życie wieczne” lub „Królestwo Boże” nie dotyczą spraw na ziemi, czyż nie?

Przypominam – rozważamy tekst napisany tysiące lat temu, w zupełnie obcych nam reliach, w nieużywanej od wielu wieków odmianie języka greckiego. Wydaje nam się, że rozumiemy doskonale, co oznacza termin „życie wieczne” ale nie dlatego, że sami doszliśmy do tego studiowaniem tekstów biblijnych, tylko… nauczono nas tego w kościele. Tylko dlatego, że religia podaje te rzeczy „do wierzenia”, nie musi to oznaczać, iż jest to prawda. Zajmę się tymi tematami jak tylko czas pozwoli w osobnych artykułach, na razie tylko nadmienię, że oba te terminy – Królestwo Boże i życie wieczne – jednak dotyczą życia tu, na ziemi. Na razie zwróćmy uwagę na jedną ciekawą konstrukcję –  omawiany fragment Ewangelii Marka to jeden pomysł, rozwinięty trzykrotnie, z użyciem częściowo różnych słów.

Ten sam termin mamy podany na trzy różne sposoby, co powinno pomóc w jego lepszym rozumieniu:

 Życie wieczne (1) oznacza Królestwo Boże (2) i oznacza życie (3)

ogień nieugaszony (1) oznacza piekło(Gehenna) (2) i oznacza miejsce, gdzie robak nie umiera (3)

Życie wieczne w naszym języku oznacza życie bez końca, ale wśród biblistów wyraz aionios, tłumaczony tu jako „wieczny”, jest powodem ogromnych sporów. W Nowym Testamencie i w Wulgacie (greckim, starożytnym tłumaczeniu Starego Testamentu) tłumaczony jest przeróżnie, przykładowo jako „dawny”, „stary” (Psalm 77:6; Przysłów 22:28). Coś nie tak, by ten sam wyraz raz tłumaczyć jako „stary”, a kiedy indziej „wieczny”, czyż nie? Tłumaczenie aionios jako wieczny wydaje się przykładowo dziwne w Hbr 6:12 – co to znaczy wieczny sąd? Bóg będzie kogoś sądził bez końca? Albo Mk 3:29 – wieczny grzech? Ktoś zamierza popełniać jakiś grzech w nieskończoność?

Widać bezspornie, że przynajmniej w niektórych przypadkach, aionios bez wątpienia nie oznacza „wieczny”, a więc wybranie go do omawianego fragmentu było interpretacją tłumaczy! Czy poprawną?

Dosłownie aionios pochodzi od aion – wiek, pewien okres czasu. Aionios dosłownie oznacza „odnoszący się do wieków” lub „trwający wiek/wieki”. W anglojęzycznej literaturze często spotykałem się z następującym stwierdzeniem – niemożliwe jest, aby wyraz „aionios” mógł oznaczać coś nieskończonego, skoro aion oznacza coś skończonego – wiek, okres czasu.

W języku angielskim ciężko to sobie wyobrazić, mało wspólnego mają wyrazy „eternal” i „age” – ale po polsku? Wieczny i wiek! Jasne, tylko… takie analogie nie mają sensu. p Istnieje zbyt wiele różnic między językiem greckim I wieku i polskim XXI wieku aby szukanie podobieństw w konstrukcjach językowych miało jakikolwiek sens. Zastanawiam się tak w ogóle, czy podobieństwo między „wiek” i „wieczny” w języku polskim nie ma swojej genezy w nadinterpretacji Biblii, którą ktoś rozpowszechnił setki lat temu 🙂

Nigdzie w Biblii nie znalazłem słowa, które można przetłumaczyć bez żadnych wątpliwości na słowo „wieczny”.

Nie jest natomiast dyskusyjny zwrot „gdzie robak nie umiera„. W umysłach wyszkolonych przez religię powstaje obraz wiecznie płonącego robaka, który cierpiąc, nie umiera; albo robaka zjadającego przez nieskończoność nasze ciało… I znajdziesz takie wyjaśnienie nawet w popularnych komentarzach biblijnych! Tymczasem sprawa jest banalna; aby ją zrozumieć, wszystko, co musisz zrobić, to zajrzeć w inne miejsce Biblii:

A gdy wyjdą, ujrzą trupy ludzi, którzy się zbuntowali przeciwko Mnie: bo robak ich nie zginie, i nie zagaśnie ich ogień, i będą oni odrazą dla wszelkiej istoty żyjącej. (Iz 66:24)

O kim tu mowa? O trupach! W Księdze Izajasza znajduje się bardzo wyraźna analogia do omawianego fragmentu z Mk  9! Mamy i ogień nie gasnący, i robaka, który nie ginie. Ciała ludzi zostaną zniszczone! Nie ma mowy o torturach!

Niełatwo zrozumieć dosłownie zwrot „ich robak nie umiera”, ale chodzi o to, że ludzie umrą, a ich ciała zgniją do końca, robaki dokończą dzieła i nie ustaną, aż wszystko nie zginie.

Nie wydaje się to wszystko banalnie proste, zgodzę się! Tekst ten pisany był 2000 lat temu, pojęcia w tamtej kulturze językowej mogą być dzisiaj niezrozumiałe nawet przez językoznawców, ale kontekst pokazuje ponad wszelką wątpliwość, że nie chodzi tutaj o żywych ludzi – ani na tym, ani na „tamtym” świecie – i ich cierpienia! Mowa o ludzkich zwłokach!

O czym jednak Jezus mówił w tym fragmencie? I co to w ogóle jest gehenna?

Uwaga, bardzo ważny akapit, proszę o maksymalne skupienie:

W 70 roku naszej ery dokonała się niewyobrażalna rzeź ludzi. Rzymianie oblegli i zaatakowali Jerozolimę. Według współczesnego tamtym czasom historyka Józefa Flawiusza, zginęło wówczas milion sto tysięcy Żydów. Zmasakrowaniu mieszkańców towarzyszyło spalenie miasta. Nowy Testament zawiera wiele ostrzeżeń przed tym wydarzeniem, jednak religia wypacza ich sens i interpretuje je jako zapowiedzi wiecznych tortur w piekle.

(Tacyt podawał, że zginęło 600 tysięcy Żydów, wiele nowszych źródeł podawało jeszcze o wiele mniejsze liczby, niemniej bez wątpienia była to hekatomba nie mająca współcześnie podobnych).

Proszę, przeczytaj powyższy akapit… tyle razy ile trzeba. A później popatrz na to zdanie, wypowiedziane przez Jezusa:

Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. (Mt 24:34)

Wiele sekt musiało się zmierzyć z tym tekstem, gdy obliczali swoje daty końca świata; cóż to oznacza ów wyraz – pokolenie? W zależności od tego, co przyjmiemy, możemy dojść do różnych wniosków. Może „pokolenie” oznacza Izrael? Może chrześcijan, Kościół?

Na ogół w Biblii najprostsze wyjaśnienie jest prawdziwe. Grecki wyraz oznaczający pokolenie – genea – występuje w Nowym Testamencie 43 razy i zawsze odnosi się do zwykłego pokolenia ludzi – jak np. tu:

Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń (Mt 1:17)

Ciekawostka – z prostych obliczeń Biblijnych dat (zainteresowanych odeślę do źródeł), wynika że Biblijne pokolenie ma 44-45 lat.

A zatem co najmniej niektóre z rzeczy, o których Jezus mówił, miały spełnić się w ciągu następnych 45 lat. I spełniły się – w 70 roku. Wtedy do Rzymianie wtargnęli do Jerozolimy, spaliwszy ją wraz z mieszkańcami w… ogniu nieugaszonym

Wydaje się to naciągane? Piekło naciągane jest o wiele bardziej.

Poza tym… jeśli Mk 9:43-48 mówi realnie o piekle, istnieją tylko 2 realne alternatywy zbawienia- albo bezgrzeszność albo stopniowe pozbawianie się różnych organów. Dlaczego bezgrzeszność? A dlatego, że we fragmentach, gdzie mowa o gehennie, normy moralne zdają się być absurdalnie podniesione a kary niewspółmierne do przewienień – do tego stopnia, że trzeba być chyba wolnym od najmniejszych przewinień, bo za byle co czeka… piekło… Spójrz na fragment z Kazania na Górze:

A Ja wam powiadam: Każdy, kto gniewa się na swego brata, będzie winien sądu. A kto powie swemu bratu: głupcze, będzie winien Najwyższej Rady. A kto powie: bezbożniku, będzie winien piekła ognistego. (Mt 5:22, BP)

Nie wiem, jak ty, ale mnie nie raz zdarzło się nazwać kogoś bezbożnikiem! Czyli idę do piekła – i choćbym żył świętym zyciem przez 80 lat, nic tego nie zmieni! Widzimy, do jakich idiotyzmów doprowadza wyrywanie wersetów z kontekstu?

Jeśli ręka jest dla ciebie powodem do grzechu, lepiej ją odetnij… czy KTOKOLWIEK, KIEDYKOLWIEK, słyszał, aby nawet najwięksi religjijni fanatycy (i nie używam tego wyrazu pejoratywnie) coś takiego robili?

Ilu z ponad 2 miliardów ludzi, którzy się obecnie podają za chrześcijan, odcięło sobie kończyny lub wyłupało oczy?

Obawiam się, że ani jeden. O tym raczej pisałyby gazety.

Czy więc nikt nie zważa na słowa Jezusa?

Ja wierzę w autentyczność słów Jezusa w Biblii. Czemu zatem sobie nie odciałem ręki? Nie wierzę, że Jezus tego od kogokolwiek chciał. Dzięki temu nie osiągnie się bezgrzeszności. A czy wyłupanie oka zagwarantuje mi czystość myśli? Będę miał drugie oko. Wyłupię oba? Zostanie mi wyobraźnia. A mózgu sobie nie wyłupię.

Z tego wszystkiego wysnuwa się jeden wniosek – niezależnie od tego, jak tłumaczy ten fragment przeważająca większość Kościołów, nie możemy go odczytywać dosłownie, bo dochodzimy do wielu absurdów!

Wiem doskonale po sobie, że bardzo trudno zmienić sposób odczytywania jakiegoś fragmentu Biblii, jeżeli widziało się go w jakiś konkretny sposób przez wiele lat. Apeluję jednak – poszukaj w tym wszystkim logiki. Religia każe ci wierzyć i indoktrynuje cię od dziecka. Skoro wszyscy w coś wierzą, jak można to kwestionować?

A skoro miliardy much lubią lizać odchody, też powinniśmy to robić?

Gehenna odnosi się do mającej niedługo nastąpić zagładzie Żydów i główną misją Jezusa było przestrzeganie Izraela przed nią. Izrael jednak nie uwierzył, i niemal w całości zginął podczas oblężęnia Jerozolimy.

A zatem…

 Co Biblia mówi na temat piekła?

Nic. Mówi o hadesie/szeolu, który jest po prostu grobem wszystkich zmarłych; i mówi o gehennie, która jest wydarzeniem historycznym.

Gdyby piekło było prawdziwe, byłaby to niewątpliwie najbardziej przerażająca rzeczywistość, jaką sobie możemy wyobrazić. Dziwię się chrześcijanom wierzącym w istnienie piekła, że nie biegają nieustannie po szpitalach, hospicjach, i nie błagają ludzi, by uwierzyli, bo jak nie, to czeka ich wieczność w ogniu.

Dziwiłbym się też apostołowi Pawłowi. On był „Apostołem Pogan”, czyli – naszym (a na pewno moim). Jest autorem połowy ksiąg Nowego Testamentu… i nigdzie nie widzę, by gdziekolwiek wspominał o piekle. Nie widzę nawet, by namawiał odbiorców swoich Listów do ewangelizacji wszystkich ludzi. Nie pisał, byśmy pomyśleli o naszych niezbawionych dzieciach/współmałżonkach/rodzicach i modlili się o nich i agitowali ich, by „oddali swe życie Jezusowi”.

Strach przed tym, co stanie się z nami po śmierci, jest w Nowym Testamencie zupełnie nieobecny!

Biblię uważam za genialną księgę, nie mającą sobie równej, ale im więcej ją studiuję, tym bardziej się zdumiewam – jednak nie tylko nad jej geniuszem, ale także nad przewrotnością rodzaju ludzkiego, który wymyślił tak pokrętną jej interpretację, że Dobra Nowina jest pełna strachu i niepewności… i wciąż, ogromna większość chrześcijan przyjmuję ją bezkrytycznie!

Uwolnienie umysłu z tego systemu nie jest bynajmniej proste – i często trwa lata, aż naprawdę przestaniesz się bać religjijnych bzdur. Ale warto – odmieni to sposób, w jaki widzisz Boga. Nie trzeba będzie się więcej zastanawiać, jak miłosierny Bóg stworzył tak potworną karę – bo nikt jej nie stworzył, poza chorą wyobraźnią przywódców religijnych!!!

devil

Ostatnia edycja – 15 stycznia 2018

Piekło (1/2) – czy to jest logiczne?

hell01

To mój pierwszy, ale niewątpliwie nie ostatni artykuł o niezwykle wdzięcznym temacie piekła.

Urodziłem się i przez pierwszych dwadzieścia kilka mieszkałem w Polsce i pamiętam, jakie na temat piekła krążą obiegowe opinie w tym ciekawym kraju. Ciekawym, gdyż choć większość ludzi (wtedy było to bodajże 95%) określało się katolikami, ponad połowa z nich również odrzuca kluczowe dla katolicyzmu dogmaty.

Ludzie niewierzący lub „słabo” wierzący katolicy na ogół mówią, że piekło to jest na ziemi, albo że nie potrafią sobie wyobrazić by Bóg, będący miłością, mógł skazywać ludzi na wieczne męczarnie.

Polscy katolicy bardziej religijni traktują z reguły piekło jako pewnik, a każdego, kto odrzucałby jego istnietnie, traktują na równi z najgorszymi sekciarzami. Przypomnę tu tylko najsłynniejszy cytat z bajki o Panu Twardowskim – „hulaj dusza, piekła nie ma!”. Już jako dziecko słyszałem go mnóstwo razy i zakodowały mi się w umyśle, iż negacja istnienia piekła to bardzo zła rzecz i nie powinienem niczego kwestionować.

Dzisiaj piekło niejako „jednoczy” różne Kościoły chrześcijańskie. Poszczególne odłamy katolików i protestantów róźnią się w mnóstwie szczegółów doktrynalnych, jednak – prawie jednogłośnie – zgadzają się co do idei piekła.

Kiedy przyjrzymy się natomiast szczegółom tych doktryn, choćby kwestiom takim jak „jak wygląda piekło” albo „jak tam nie trafić” – tu już każdy ma swój pomysł. Czytałem kiedyś książkę „Cztery sprawy ostateczne. Śmierć, sąd, piekło, niebo” Martina von Cochema. Tam jest ze wszelkimi szczegółami opisane jest dokładnie, jak wygłąda piekło… Diabły smażą delikwentów w siarce, wyzywając ich przy tym i bijąc czym popadnie, ale to dopiero początek – są bowiem bardzo pomysłowe w wymyślaniu różnych ciekawych tortur – pamiętam, że byłem w szoku, iż książka miała zgodę biskupa na druk (imprimatur), podczas gdy cała była taką kosmiczną bzdurą, że bajka o Czerwonym Kapturku wydaje się przy niej bardzo realistyczną opowieścią.

Pomimo sporej ilości różnic, istnieją też punkty piekielnej doktryny przy której panuje zgoda – zawsze lub prawie zawsze. Niemal wszystkie wyznania chrześcijańskie zgadzają się, że piekło to miejsce wiecznego oddalenia od Boga. Większość głosi też, że jest to miejsce dosłownego cierpienia w ogniu.

Każdy doświadczył przenikliwego bólu oparzenia. Myśl, że miałoby to objąć całe ciało, może przerazić, nawet jeśli miałoby to trwać pięć minut. Ale wieczność w takim stanie? Nogi się uginają. Ale o to Kościołom chodzi. Nic tak nie „zachęca” wiernych do chodzenia do kościoła i dawania na tacę, jak strach.

Te same Kościoły jednak, które czynią Boga twórca wiecznych mąk, jednocześnie głoszą Boga będącego usosobieniem najdoskonalszej miłości. Jak zatem miłosierny Bóg może torturować ludzi w nieskończoność w taki sposób?

Religia jest świetna w wymyślaniu niesamowicie „logicznych” odpowiedzi na pytania, na które… nie ma odpowiedzi. Oto kilka z najpopularniejszych:

1. Bóg jest wieczny, więc i kara musi być wieczna.

Ktoś kiedyś wymyślił te genialne zdanie, jednak nie znajdziemy nic takiego w Biblii. Spekulacje.

2. Grzech przeciwko nieskończonemu Bogu wymaga nieskończonej kary.

Argumentacja obalana w ten sam sposób, co w punkcie 1. To niczym nie poparta spekulacja. Tylko dlatego, że coś ładnie brzmi i że można to wyczytać w tysiącu książek, nie oznacza to, że staje się to automatycznie prawdą.

3. Bóg nikogo nie skazuje na piekło, ludzie sami tam chcą iść.

Nie spotkałem nikogo, kto by się celowo chciał oparzyć i cierpieć przez to godzinę. Mam uwierzyć, że ktoś chciałby cierpieć wieczność? Bzdura.

4. Bóg jest nieskończenie miłosierny, ale i nieskończenie sprawiedliwy.

Miłosierny… ale??? Przywodzi mi to na myśl sytuację, gdy mąż mówi żonie – kocham cię, ale muszę odejść, zakochałem się w kimś innym. Co żonę w tym momencie obchodzi to ‚kocham cię’? Czy przez to się lepiej poczuję? Ja także dziękuje za takie miłosierdzie! Kiedy ktoś mówi ci coś miłego, a później mówi „ale”, możesz zapomnieć i nie traktować poważnie wszystkiego, co było powiedziane do tego momentu.

 Skoro Bóg jest miłosierny, oczekuję od Niego miłosierdzia!

Miłosierdzia oczekuje od nas przecież Bóg! Każe nam miłować nieprzyjaciół, wybaczać wszystkim bez końca…

 Czy Bóg wymaga od nas, byśmy byli lepsi od Niego samego?

Nie! W Ewagelii Mateusza, poczynając od 5:43, Jezus mówi, że czyniąc dobrze naszym wrogom upodabniamy się do Boga!

Gdyby mój syn ukradł mi pieniądze, a ja bym go zamknął w piwnicy i przywiązanego bił kilka dni, co myślicie, by się ze mną stało?

Poszedłbym za to do więzienia. I był napiętnowany przez społeczeństwo. Nasze wrodzone poczucie sprawiedliwości podpowiada nam, że sposób, w jaki ukarałem dziecko, byłby niewspółmierny do czynu, jakie popełniło.

W przypadku piekła mamy coś nieskończenie (dosłownie!) więcej nieproporcjonalnego. Ludzie, którzy wbrew swej woli urodzili się grzesznikami, mają iść na nieskończone męki choćby całe życie poświęcili pracy dla innych, tylko dlatego, że odrzucili Ewangelię? Ewangelię, na ogół zresztą fatalnie i w sposób nie zachęcający do niczego przedstawianą przez ludzi, którzy swym zachowaniem stanowią zaprzeczenie głoszonych wartości?

Sporo chrześcijan uważa również, że do piekła pójdą nie tylko ci, którzy świadomie Ewangelię odrzucili, ale również wszyscy ci, którzy jej nie przyjeli, włączając ludzi, którzy nigdy jej nie słyszeli, w  tym i… dzieci/niemowlęta? Co za kosmiczne bzdury!

Dalej idąc, większość chrześcijan wyznań tradycyjnych – jak katolicy lub ewangelicy – głoszą, że nawet niemowlę nie będzie zbawione bez chrztu.

Zawsze nasuwało mi się pytanie – Dlaczego nie chrzci się zaraz po urodzeniu, ale większość polskich rodziców czeka z chrztem wiele tygodni, jeśli nie miesięcy? Gdzie tu logika? I Kościół sam nie zachęca do natychmiastowych chrztów. Czyżby… sam nie wierzył w to, co głosi? Czy może… nie zależy mu tak do końca na zbawieniu jak największej ilości ludzi?

Tylko nieliczni wrzucają jednak dzieci do piekła; większość wierzy w doktrynę wieku odpowiedzialności, tzn. jeżeli dziecko było za małe, by mogło odróźnić dobro od zła i zostać świadomym chrześcijaninem od zła, to będzie ono zbawione w momencie śmierci. Jeżeli jednak swoją sytuację zrozumiało, i chwilę później umarło, pójdzie do piekła…

Logicznie rzecz ujmując, powinniśmy zatem… mordować nasze dzieci, zanim osiągną ten wiek! Pozwalając bowiem dziecku osiągnąć „wiek odpowiedzialności”, prawdpopodobnie trafią one do piekła (większość chrześcijan wierzy bowiem, że tylko niewielu będzie zbawionych) ! Będą zatem mogły kiedyś wykrzyczeć swemu ojcu z płomieni  „dlaczego mnie nie zabiłeś, gdy byłem mały? Teraz muszę cierpieć w nieskończoność!”

Oczywiście, z zabijaniem dzieci jest „drobny problem”, bo większość chrześcijan wierzących w piekło wierzy również, że trafia się tam, jeśli kogoś się zamorduje. Co więc wolisz? Wiecznie cierpieć w ogniu po wsze czasy, czy by cierpiało twoje dziecko? Och, chrześcijańska logika!!

Jeśli masz troje dzieci, rachunek wydaje się łatwiejszy.. Choć świadomość palenia się bez końca nie do końca do ciebie przemawia, nawet jeśli chodzi o twoje dzieci…

Co za myśli? Oczywiście, że dobry rodzic odda życie za swoje dzieci! Czy ty je w ogóle kochasz, jeśli przychodzi ci do głowy dać im smażyć się w wiecznym ogniu?

I co, obmyślasz w tej chwili morderstwo?

Czy nie masz ochoty krzyczeć: to jest chore?

Dobrze, dosyć tego „logicznego myślenia”.

devil_sign

Logika to poprawne działanie umysłu, danego nam przez Boga, ale każdy wie, że w pewnych okolicznościach ludzie, a nawet całe ich grupy, narody, za logikę zaczęły uznawać coś zupełnie nielogicznego. Krótko mówiąc – logika zawodzi. Chcemy jednak wierzyć, iż nauczanie Biblii jest spójne i logiczne. Poprawnie odczytywanej Biblii jednak… tu zaczynają się schody…

W następnym artykule na temat piekła opiszę niemal wszystko, co – zdaniem zwolenników Biblii – jest w niej na ten temat. Nie ma tego bowiem tak naprawdw dużo. Na razie wspomnę tylko o jednym bardzo ciekawym fakcie.

Czy wiesz, kto jest nazwany „Apostołem pogan”?

Czy wiesz, kto jest autorem dwóch trzecich ksiąg Nowego Testamentu?

Oczywiście, Paweł.

Jednak nigdzie, ani jednym słowem, Paweł nie wspomina o piekle, o wiecznych mękach, o ogniu nieugaszonym, w którym znajdą się wszyscy niechrześcijanie.

Więcej – Paweł nigdzie nie zachęcał czytelników, by koniecznie przekonywali swoich bliskich do zostania chrześcijanami, bo jak umrą bez tego, to…

Czy to nigdy cię nie zastanowiło?

Pamiętaj, większość adresatów Listów Nowego Testamentu nigdy nie widziało na oczy ani jednego fragmentu Biblii. Nie mieli konkordancji ani programów biblijnych, które w sekundę wyszukają wszystkie wystąpienia słowa „piekło” w calej Biblii. Pisząc przykładowo List do Rzymian, Paweł zawarł w nim całą doktrynę niezbędną adresatom – a fakt, że o piekle nie wspomina, byłby już dla mnie wystarczającym powodem, by całkowicie ideę jego istnienia odrzucić. Ale powodów tych jest oczywiście więcej.

hell02

ostatnia edycja: 15 stycznia 2018

1 Koryntian 6:9-10 – tacy do nieba nie pójdą!

 Albo czy nie wiecie, że niesprawiedliwi Królestwa Bożego nie odziedziczą? Nie łudźcie się! Ani wszetecznicy, ani bałwochwalcy ani cudzołożnicy, ani rozpustnicy, ani mężołożnicy, ani złodzieje, ani chciwcy, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy Królestwa Bożego nie odziedziczą.  (1 Kor 6:9-10)

Ten fragment – oraz bardzo podobny do niego, z 5. rozdziału Listu do Galacjan, używany jest przez religię do straszenia maluczkich. W czasach, kiedy moje czytanie Biblii było zakłamane przez kościelne okulary „jedynej poprawnej interpretacji”, za każdym razem, gdy tekst ten czytałem, odczuwałem pewien strach… że może jednak i ja znajduję się jednej (albo wielu) wymienionych grup i że skoro nie odziedziczę Królestwa Bożego, czeka mnie wieczność w piekle

Wystarczy jednak okulary te zdjąć… i wyobrazić sobie, że nigdy się tego tekstu na oczy nie widziało. Wtedy jasne się staje, że Paweł bynajmniej nikogo tam nie straszył!

Z przymrużeniem oka można powiedzieć, że jest to tekst w pewnym sensie… ekumeniczny. Łączy różne Kościoły – większość chrześcijan wszystkich opcji – zarówno katolickich jak i protestanckich; zarówno fundamentalnych jak i liberalnych, rozumie ten fragment tak samo: Apostoł Paweł podaje listę czynów, które wykluczają człowieka z grona zbawionych.

Chociaż przesłanie główne pozostaje takie samo, szczegóły rozumienia tego tekstu już różnią się już zasadniczo w różnych Kościołach, . Niektórzy uważają, że Paweł mówi w nim tylko o ludziach trwale oddających się danemu grzechowi – przy czym każdy oczywiście ma inną definicję słowa „trwale”.  Inni głoszą, że nawet epizodyczne oddanie się dowolnemu z wymienionych grzechów wyklucza z grona zbawionych. I wtedy… trzeba prosić o zbawienie ponownie… lub, zdaniem niektórych frakcji chrześcijan, jest to już niemożliwe.

Dość często spotykałem się również ze stwierdzeniem, że ludzie prawdziwie zbawieni, w których króluje miłość Boża, nie są w stanie popełniać żadnej z tych wymienionych rzeczy. Ja jednak nigdy w praktyce swojej bezgrzeszności nie zdołałem zaobserwować, ani u siebie, ani u innych, także takie tłumaczenie raczej odrzucałem.

Trudno mi powiedzieć, jak odczytałby ten fragment ktoś, kto nigdy nie widział go na oczy (a byłaby to cenna obserwacja, niestety moja pamięć nie sięga 30 lat wstecz, poza tym zapewne kiedy przeczytałem go pierwszy raz, było to w jakiejś książce i więcej miejsca zajmował komentarz, który mi od razu wyłożył, jak mam ten tekst rozumieć), ale bardzo możliwe, że odczytałby go tak, jak większość współczesnych czytelników – Paweł wymienia listę cech – epitetów – i obwieszcza, że ludzie ci nie odziedziczą Królestwa Bożego.

Z listy tej weźmy jeden epitet – wszetecznik. Wszetecznicy… Królestwa Bożego nie odziedziczą. Kto to jest wszetecznik? Greckie słowo „pornos” określało kogoś rozwiązłego lub męską prostytutkę. Kontekst użycia tego słowa w Nowym Testamencie wskazuje, że nie chodzi tu o coś błachego, spojrzenia lub myśli „nieczyste”, lecz akty wręcz publiczne. Spójrzmy na wcześniejszy fragment z tego samego listu:

 Słyszy się powszechnie o wszeteczeństwie między wami i to takim wszeteczeństwie, jakiego nie ma nawet między poganami, mianowicie, że ktoś żyje z żoną ojca swego. (1 Koryntian 5:1)

I jeszcze dwa urywki z rozdziału 6.:

 Albo czy nie wiecie, że, kto się łączy z wszetecznicą, jest z nią jednym ciałem? Uciekajcie przed wszeteczeństwem. (1 Kor 6:16a.18a)

Niektórzy z Koryntian dopuszczali się rzeczy, które nawet dzisiaj, przy niezbyt ascetycznych współczesnych normach moralnych, są wśród większości chrześcijan nie do pomyślenia – kazirodztwo i korzystanie z usług prostytutek!

Spójrzmy teraz na następny za omawianym fragmentem werset:

 A takimi niektórzy z was byli; aleście obmyci, uświęceni, i usprawiedliwieni w imieniu Pana Jezusa Chrystusa i w Duchu Boga naszego. (1 Kor 6:11)

W kościołach rzadko kiedy cytuje się ten werset, kończąc na ogół na poprzednim – z odpowiednim podniesieniem tonu głosu – NIE ODZIEDZICZĄ!

Do zrozumienia następnego króciutkiego akapitu potrzebny jest spory wysiłek, nie chodzi jednak o wysiłek umysłowy, bo nie ma w nim nic zawiłego.

Paweł ogłasza ludziom, którzy wciąż korzystają z usług prostytutek, że są obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni.

Wiem, że trudno w to w pierwszej chwili uwierzyć W umyśle większości ludzi chrześcijanie żyją moralnie. W praktyce jednak chrześcijanie to z reguły ludzie, którzy udają, że żyją moralnie (nie mówię oczywiście o wszystkich).

W rozdziałach 5-7 Ewangelii Mateusza Jezus podniósł moralne wymagania Zakonu Mojżesza do granic absurdu. Już nie tylko cudzołóstwo jest złe, samo pożądliwe patrzenie jest cudzołóstwem! Już nie tylko zabójstwo jest potępiane, sam gniew jest potępiany! I to wcale nie mniej! Tak naprawdę nie możemy odnosić tego bezpośrednio do siebie jako że nigdy pod Zakonem Mojżesza nie byliśmy, ale jesteśmy takimi samymi ludźmi jak Żydzi tego okresu, i targają nami takie same pokusy. Jezus pokazuje, że wszyscy jesteśmy grzesznikami i absurdem jest zastanawianie się, czy jesteśmy na tyle dobrzy, by zasłużyć na zbawienie – przekaz całej Biblii jest jasny – nie jesteśmy! Jak jednak pokazuje i Jezus i Apostołowie, Bóg nie szuka w nas bezgrzeszności, szuka miłości i przyjaźni.

Chociaż oczywiście nie wszyscy chrześcijanie mogą być nazwani „wszetecznikami” – nie wszyscy mają kochanków lub chodzą do prostytutek – niektórzy jednak tak – i ten sam Paweł stwierdza, że sam fakt robienia lub nierobienia czegoś nie stanowi o tym, czy jesteśmy zbawieni, czy nie!

 gdy zaś kto nie spełnia uczynków, ale wierzy w tego, który usprawiedliwia bezbożnego, wiarę jego poczytuje mu się za sprawiedliwość (Rzymian 4:5)

Dokładnie tak!

Wróćmy do omawianego przykładu „wszetecznika”. Pomyśl – ile razy trzeba popełnić wszeteczeństwo, by być wszetecznikiem? 5? 20? Źle. Jeden raz! A ile razy trzeba zabić kogoś, by zostać nazwany mordercą? Też raz! Jeżeli zabiłeś kogokolwiek, jesteś zabójcą, i nic tego nie zmieni! Mówisz, że nie zabiłeś? W 5. rozdziale Ewangelii Mateusza Jezus pokazał Żydom, że zasługują na taką samą karę, jeśli tylko gniewali się na kogoś lub gadzili nim. A należy pamiętać, iż Żydzi we własnym mniemaniu uważali się za lepszą i bardziej oświeconą część społeczeństwa uważając, że reszta ludzi tkwi w błędzie (podobnie dzisiaj uważają zresztą niemal wszystkie Kościoły). Jezus kładzie kres tej hipokryzji – przyjrzyj się sobie, popełniasz to samo, o co oskarżasz innych!

A Koryntianie? Czy dopuszczali się wszeteczeństwa zanim się nawrócili, i dlatego Paweł napisał, że ‚takimi niektórzy z was byli’? Nie! Wciąż to robili – Paweł używa czasu teraźniejszego  – ‚ktoś żyje z żoną ojca swego’ – więc dlaczego Paweł później używa czasu przeszłego – ‚takimi niektórzy z was byli’?

Jeszcze raz zaapeluję o wysiłek woli, by odrzucić dotychczasowe uprzedzenia – Paweł nie robi spisu grzechów, które wykluczają kogokolwiek ze zbawienia. On porównuje ludzi wierzących z ludźmi niewierzącymi!

Koryntianie nie są już oszczercami, wszetecznikami czy złodziejami nie dlatego, że nie popełniają tych czynów – bo popełniają je (przynajmniej niektórzy popełniają je w rzeczywistości, a zapewne o wiele więcej z nich – w myślach) – ale dlatego, że są zbawieni przez Boga!

Jeszcze raz:

 A takimi niektórzy z was byli; aleście obmyci, uświęceni, i usprawiedliwieni w imieniu Pana Jezusa Chrystusa i w Duchu Boga naszego. (1 Kor 6:11)

 

Obmyci – jesteście czyści – nie macie grzechu!

Uświęceni – jesteście święci – jesteście oddzieleni od grzechu!

Usprawiedliwieni – jesteście teraz sprawiedliwi – i nie podlegacie karze!

Tradycyjne rozumienie tekstu każe odczytywać go tak: Jeżeli popełniacie jakiekolwiek czyny z wymienionej przeze mnie listy, pójdziecie do piekła! Gdzie jednak Apostoł Paweł mówi coś takiego?

Gdzie w ogóle mówi o piekle?

Gdzie straszy Koryntian utratą zbawienia?

Człowiek lubi się pysznić i czuć lepszy od innych. Większość chrześcijan głosi miłosiernego Boga, ale obruszą się, gdy ktoś głosi, że Bóg wybaczy Ci wszystkie grzechy, niezależnie od tego, czy je porzucisz, czy nie.

Zachęcam do przeczytania na spokojnie całego Listu do Koryntian. Koryntianie byli najbardziej ‚grzesznym’ ze wszystkich adresatów Listów Pawła w Nowym Testamencie, a mimo tego Paweł nieustannie Bogu dziękuje za nich (1 Kor 1:4) – nigdzie nie strasząc ich utratą zbawienia!

Do tej pory wykazywałem, dlaczego popularne tłumaczenie tego fragmentu nie jest do przyjęcia. Co jednak ten fragment rzeczywiście mówi?

Myślę, że dałoby się przetłumaczyć ten tekst tak, by nie sugerował pomysłu, iż Paweł grozi Koryntianom wydziedziczenia z Królestwa, ale wtedy trzeba by odejść dość daleko od tłumaczenia dosłownego, a to jest dzisiaj jest źle widziane. Na ogół słusznie, jak myślę. Paweł nigdzie nie grozi, iż Koryntianie stracą dziedzictwo, przypomina im jednak, że tymi dziedzicami są i powinni się godnie zachowywać.

Warto też wspomnieć o jednym „szczególe” – brak odziedziczenia Królestwa Bożego bynajmniej nie oznacza piekła, życia bez Boga po śmierci ani jakichkolwiek podobnych bzdur. Królestwo Boże nie występuje w ogóle w kontekście „życia po śmierci”.

Nie jest to łatwy fragment, i nie da się go w kilku zdaniach wyjaśnić. Zacząć należałoby od tego, co to jest Królestwo Boże i jak rozumieli je ludzie tamtych czasów. Jak to jednak na ogół z trudnymi fragmentami bywa, o wiele łatwiej jest powiedziec, czego dany fragment nie mówi, niż to, co mówi. A nie może mówić, że ten, kto popełnia jakieś określone z listy czyny, nie będzie zbawiony, zbawienie Biblijne zawsze było z wiary, nie uczynków. Być może propopowane przeze mnie wyjaśnienie tego, co Paweł rzeczywiście chciał Koryntianom dać do zrozumienia, ci nie pasuje, niemniej – jak (podobno) mawiał Sherlock Holmes – „Jeśli odrzucimy to, co niemożliwe, wszystko to, co pozostaje, jakkolwiek niewiarygodne, musi być prawdą.”

Ostatnia edycja – 8 stycznia 2018

Ojcze Nasz – modlitwa też nasza?

Na początku 2012 roku w stanie Delaware w USA miał miejsce ciekawy proces. Kilku radnych wystąpiło z zażaleniem, że każde obrady rozpoczynają się modlitwą „Ojcze Nasz”, i że jest to niekonstytucyjne, bowiem Konstytucja USA zabrania faworyzowania jakiejkolwiek religii, a ‚Ojcze Nasz’ jest modlitwą chrześcijańską.

Co naprawdę mnie zaciekawiło w tym wszystkim, to słowa sędziego – Leonarda P. Starka. Podsumowując zakończenie pierwszych obrad sądu powiedział, że dano mu bardzo trudną sprawę, gdyż wbrew opinii przygniatającej większości, on osobiście nie widzi, żeby modlitwa ta była modlitwą chrześcijańską. Nie ma w niej odniesienia do Jezusa, a w czasie jej powstania nikt nie wiedział, co to jest chrześcijaństwo.

Mnóstwo ludzi się oburzyło. Jak to nie chrześcijańska? Przecież wszystkie chrześcijańskie kościoły się nią modlą!

Poprawka: nie wszystkie.A nawet gdyby… to równie dobrze wszystkie mogą się mylić.

Owszem, modltwa ‚Ojcze Nasz’ jest w Biblii, ale jest w niej również polecenie ukamienowania nieposznych synów (Pwt 21:18-21). Delikatnie mówiąc – nie każde słowo Biblii skierowane jest bezpośrednio do nas dzisiaj.

Odrzucając zatem uprzedzenia i statystyki kościelne, odpowiedzmy na jedno pytanie – czy modlitwa ‚Ojcze Nasz’, zwana również Modlitwą Pańską, jest skierowana do chrześcijan?

Odpowiedź na to pytanie jest prostsza, niż się wydaje.

Sędzia Stark miał absolutną rację – Modtlitwa Pańska nie mogła być skierowana do chrześcijan, bo w tym czasie nie było chrześcijan! Przeczytaj 16. rozdział Ewangelii Jana – Jezus nie mógł nawet wyjaśnić uczniom zasad chrześcijaństwa, bo uczniowie nie byli w stanie jeszcze jej zrozumieć. Jezus zapowiedział że zrozumieją ją w późniejszym czasie (J 16).

Czy zatem nic z tego, co Jezus mówił, nie odnosi się do chrześcijan?

To również niepoprawne uproszczenie. Należy zawsze czytać kontekst sytuacji. Niektóre rzeczy Jezus mówił tylko do Żydów. Niektóre – wyłącznie do apostołów. Inne – do uczniów. Pewnego razu Jezus dał specjalną misję wybranym 72 uczniom. Roztrzygnięcie, do kogo dane słowa były skierowane, nie przesądza o tym, czy słowa te skierowane są również do nas. Należy dokonać analizy kontekstowej.

 

Planuję kiedyś szerzej opisać tekst Modlitwy Pańskiej bo jest to tekst bardzo ciekawy – i rzadko kiedy poprawnie rozumiany – teraz ograniczę się do wskazania jednego, jedynego miejsca, które przesądza o tym, że modlitwa ta nie jest modlitwą chrześcijańską.

i odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom

W Starym Testamencie całkowicie oczywistym było, że prosiło się Boga o przebaczenie grzechów. Cały system ofiarniczy, na którym zbudowane było Prawo, był prośbą do Boga o przebaczenie. Nie tyle jednak chodziło o to, by odmienić nastrój Boga – a jedynie o to, by Bóg łaskawie zmienił naturalne konsekwencje grzechu przewidziane w Prawie.

A co mówi Nowy Testament?

W nim [Chrystusie] mamy odkupienie przez krew jego, odpuszczenie grzechów, według bogactwa łaski jego, (Efezjan 1:7)

Jeśli mamy przebaczenie grzechów, dlaczego mielibyśmy wciąż prosić o przebaczenie? Nie powinniśmy! Możemy za nie jedynie dziękować!

To fakt, że modlitwa ‚Ojcze Nasz’ odmawiana jest w mnóstwie kościołów – może nawet w większości – co  niedzielę. Powinno zmusić to nas do refleksji – jak to jest, że człowiek, choć istotą myślącą będący, tak często wyłącza myślenie w kwestii religii?

A ile z tego, w co sam wierzę, jest przyjęte bezkrytycznie od innych?

Dobrze zadawać sobie samemu takie pytanie codziennie. Pobudzać innych – i siebie – do myślenia. Spróbuj postawić znajomemu, biblijnie wierzącemu chrześcijaninowi takie pytanie – skoro wierzysz, że Jezus wybaczył ci wszystkie grzechy, dlaczego wciąż w Modlitwie Pańskiej prosisz Go o nie? Gwarantuję, że większość chrześcijan osłupieje po takiego pytania usłyszeniu!

 

edycja II, 2017-11-29

Biblia a nauka

Przez wiele lat… a tak naprawdę przez większą część mojego życia, moje poczucie bezpieczeństwa było w pewnym sensie oparte na wiarygodności Biblii.

Ponieważ uważałem, iż są w niej pewnego rodzaju instrukcje, jak po śmierci trafić do nieba, zamiast do piekła, zrozumiałe jest, iż zarówno wiarygodność jak i sposób interpretacji Biblii był dla mnie bardzo ważny – i można użyć stwierdzenia, że była to dla mnie kwestia życia i śmierci.

Kiedy wreszcie nadszedł czas, gdy nauczyłem się odczytywać Biblię bez narzuconej mi przez religię interpretacji, odetchnąłem z ulgą jak nigdy dotąd, i wkrótce wiedziałem już na 100%, że z rąk Boga nic mi nie grozi. Zrozumiałem, na czym Kościoły oparły swoje kłamliwe groźby o srogim Bogu i wtedy też okazało się dla mnie jasne, iż przesłanie o nieskończenie dobrym Bogu jest przesłaniem nie tylko chrześcijaństwa, ale i całego świata. Spowodowało to, iż nawet gdyby ktoś mi dzisiaj udowodnił, iż każde słowo Biblii jest nieprawdziwe – nie zaburzy to mojego spokoju. Tak się jednak składa, iż Biblię wciąż kocham i szanuję, pomimo tego, iż jej wiarygodność jest podważana jak żadnej innej księgi świata.

Zdaniem przeciwników Biblii, jest ona księgą pełną błędów, sprzeczności, zmienianą i fałszowaną tysiące razy; krótko mówiąc – zupełnie niewiarygodną. Wielu chrześcijan, gdy słyszy takie zarzuty, jak to się mówi – kładzie uszy po sobie. Nie wiedzą, co odpowiedzieć.  Nie chcą przyznać racji, bo wydaje im się, że to oznaczałoby wyrzeczenie się swojej wiary; ale nie znają sposobów, by podważyć te „niepodważalne argumenty”.

Piszę o chrześcijanach ale mam na myśli nie tylko ich – istnieje sporo ludzi kochających Biblię i kierujących się jej naukami, którzy zupełnie nie utożsamiają się z głównym nurtem chrześcijaństwa.

To prawda, Biblia nie jest książką łatwą w odbiorze. Przepaść kulturowa i językowa stanowią nie lada wyzwanie, a mnogość Kościołów i wypaczeń interpretacyjnych dodatkowo przyprawia o ból głowy.

Czy w ogóle kwestia wiarygodności Biblii jest aż tak ważna?

Mnóstwo chrześcijan odetchnęłoby z ulgą, gdyby dowiedziało się, że ich wiara może dalej istnieć spokojnie nawet, jeśli podważy się wiarygodność Biblii. Niestety, nie jest to prawdą. Chrześcijaństwo jest jednak „religią księgi”. Nie wszyscy jednak są chrześcijanami. Skoro jednak ty jesteś, i opierasz swoje przekonania na Biblii, zastanów się, co to oznacza.

Podważając jakąkolwiek część Biblii, podważamy jej całość.

Mnóstwo chrześcijan nie zgodzi się z powyższym stwierdzeniem. Wielu uważa część Biblii za mało wiarygodną, przykładowo opowieść o stworzenia świata i pierwszych ludziach lub o zatrzymaniu Słońca przez Jozuego; i nie przeszkadza im to zupełnie wierzyć w każde słowo Ewangelii lub Listów Pawła. Zastanówmy się jednak na chwilę, czy takie podejście jest logiczne

Albo chrześcijaństwo opiera się na Biblii, albo nie.

Jeżeli teologia pewnej denominacji odrzuca część Biblii uznając ją za mało wiarygodną, denominacja ta już tak naprawdę się nie opiera na Biblii, ale na… swojej własnej teologii. „Mam rację, bo postanowiłem, że mam rację”. Dowódcom armii nie zależy na żołnierzach, którzy będą posłuszni 95% rozkazów – te 5% nieposłuszeństwa oznaczałoby klęskę. Jeżeli Biblia myli się na przykład co do liczby żołnierzy w jakiejś bitwie, jakże można założyć, że nie myli się co do zmartwychwstania Chrystusa? Jeżeli teologię opieram na części Biblii, mogę najwyżej powiedzieć, że moja teologia jest inspirowana Biblią, nie zaś oparta na niej.

Uważanie się zatem za biblijnie wierzącego chrześcijanina i odrzucanie choćby kilku kartek Biblii jest pewnego rodzaju hipokryzją, a co najmniej – niekonsekwencją. Podobną niekonsekwencję widzimy analizując sondaże dotyczące wierzeń polskich katolików – liczba ludzi wierząca we wszystkie podstawowe dogmaty katolickie jest kilkukrotnie mniejsza od ludzi określających się mianem katolików [http://www.fronda.pl/a/47-procent-polakow-wierzy-w-zmartwychwstanie-a-w-smierc-na-krzyzu-o-procent-wiecej,32795.html] , choć Kościół rzymskokatolicki nie dopuszcza żadnej wybiórczości głównych dogmatów i kto przykładowo nie wierzy w istnienie szatana, automatycznie jest z Kościoła wyłączany. O tym się jednak głośno z ambon nie mówi aby nie zniechęcić ludzi, gdyż każda owieczka przekłada się na konkretną sumę pieniędzy, niezależnie od przekonań religijnych owej owieczki.

Niektórzy próbują pogodzić swoją wybiórczość w stosunku do tekstu Biblijnego opierając się na swojej logice. Problem w tym, iż choć teoretycznie logika to nauka absolutna, w praktyce… każdy ma swoją. Jeżeli uda nam się przekonać samych siebie, że pewne fakty Biblii są mniej ważne od innych, w najlepszym przypadku zostajemy pewnego rodzaju agnostykami – będziemy musieli, przy okazji każdego tekstu biblijnego, zastanawiać się, czy ta część jest wiarygodna, czy nie.

Zastanówmy się zatem – czy przy obecnym stanie nauki jesteśmy w stanie stwierdzić, czy Biblia jest wiarygodna w całości?

Spróbuję odpowiedzieć na te pytania odnosząc się do sześciu najczęściej używanych argumentów przeciwników wiarygodności Biblii.

1.         „Tekst Biblii był zmieniany tyle razy, że nawet nie wiadomo, co w niej tak naprawdę na początku było”.

Argument ten obaliły liczne odkrycia archeologiczne. Kiedy przykładowo w latach 50 i 60 znaleziono Rękopisy z Qumran, niektóre z nich były setki lat starsze od najstarszych ówcześnie posiadanych. I teksty były praktycznie identyczne. Był to olbrzymi cios dla tej części naukowców, która uważała, że tekst biblijny znacznie zmieniał się w czasie. Okazało się, że przez wiele setek lat kopiści potrafili zachować niezmieniony tekst biblijny.

Co jest również naprawdę niesamowitego i jedynego w swoim rodzaju to ilość posiadanych biblijnych rękopisów. Dysponujemy przykładowo jedynie siedmioma starożytnymi rękopisamy dzieł Platona. Mamy 20 sztuk rękopisów Tacyta (dane podaję za http://carm.org/manuscript-evidence). I tak jest ze znaczną większością dzieł starożytnych. O wiele lepiej jest z dziełami Sofoklesa (49 manuskryptów), a miejsce drugie (pod względem ilości posiadanych manuskryptów) zajmuje Iliada z oszałamiającą ilością 643 rękopisów.

A miejsce pierwsze? Nowy Testament, 5600 manuskryptów. I to w języku oryginalnym. W innych językach – kilka razy tyle. Razem około 20 000  tysięcy starożytnych manuskryptów.

Przy czym, o ile Iliada została napisana ok. 900 roku pne, a najstarszy posiadany manuskrypt pochodzi z 400 pne, więc jest napisany 500 lat później, niż oryginał. Najstarsze posiadane manuskrypty Nowego Testamentu są starsze o tylko 100 lat od ich oryginałów.

Ciekawe, dlaczego nikt nie kwestionuje autentyczności Iliady…

2.         „Było mnóstwo tekstów, z nich wybrano te, które pasowały do ówczesnej doktryny, a reszty się pozbyto.”

Kiedyś słyszałem, że podobno istniało 400 ewangelii, a Kościół wybrał sobie z nich te, które mu pasowały. Kłamstwo. 4 Ewangelie z Biblii są jedynymi z I wieku naszej ery i – jeżeli istniały jakieś inne, to wzmianki o nich nawet nie przetrwały 50 lat. Znamy kilka (KILKA – bodajże 3 czy 4) które napisane były w II, III i IV wieku, i większość badaczy uważa je za mało udane próby modyfikacji Ewangelii oryginalnych. Również sam fakt, że powołują się na autorstwo apostołów lub ludzi bliskich Jezusowi świadczy jednoznacznie o ich zerowej wiarygodności. Podczas ich pisania apostołowie nie żyli od wieluset lat.

To prawda, że sporów co do wyboru ksiąg Nowego Testamentu w pierwszych wiekach było sporo, ale księgi, które dzisiaj uważamy za apokryfy (czyli księgi włączane przez grupy mniejszościowe do Biblii, a odrzucane przez główny nurt), były poza dyskusją (z niewielkimi wyjątkami). Owszem, wielu chrześcijańskich myślicieli odrzucało księgi, których nie rozumiało. Luter uznał przykładowo, że List Jakuba nie jest natchniony, bo nie rozumiał kilku jego fragmentów – i bardzo nie pasowały one do jego nauczania. Mowa na przykład o słowach „widzicie, że człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary” (Jakuba 2:24), a Luter bardzo chciał akcentować usprawiedliwienie z samej wiary.

Stary Testament zawiera kilka ksiąg powstałych w sekciarskich kręgach żydowskich (m.in. Księga Barucha, Księgi Machabejskie), ale ortodoksyjni żydzi nigdy nie traktowali ich jako części Pism świętych, robiły to jedynie różne sekty żydowskie żyjące w rozproszeniu. Do kanonu Starego Testamentu włączył je oficjalnie Kościół rzymskokatolicki dopiero XVI wieku, ale nawet jeśli byłyby autentyczne, wciąż mowa tylko o kilku księgach.

Kiedy ktoś, kto Biblię dobrze zna, zacznie czytać księgi z niej odrzucone, różnicę widzi natychmiast. Występują w nich infantylne zwroty, promowana jest wiara w zabobony a sporo fragmentów stoi w jasnej sprzeczności z całością przesłania Biblii. Być może napiszę osobny artykuł na ten temat, z podaniem przykładów, bo znam ich sporo.

Nawet z czysto świeckiego punktu widzenia różnice między księgami kanonicznymi i niekanonicznymi są dobrze widoczne – w apokryfach występują liczne udowodnione błędy historyczne i logiczne, ilość istniejących rękopisów jest znikoma, a ich autorstwo w widoczny sposób zafałszowane.

Jest jeszcze jeden argument, który szczególnie do mnie przemawia. Jeśli ktoś dobrze zna różne wyznania chrześcijańskie i różnice doktrynalne między nimi wie, że każde wyznanie ma swoje „trudne” lub wręcz „niewygodne” fragmenty Biblii. Większość teologów byłoby szczęśliwych, gdyby mogło wybrac 5 wersetów, które w Biblii znalazły się „przez pomyłkę” i je wyrzucić. Nikt im jednak nigdy tej opcji nie oferował. I to jest najlepszym dowodem na to, że nikt przy Biblii nie manipulował. Manipulacje jakiejkolwiek opcji spowodowałyby zniknięcie choć części problematycznych framgentów. Mnóstwo chrześcijan byłaby też bardzo szczęśliwa, gdyby w Biblii było kilka jasnych – to znaczy jasnych według dzisiejszych norm – stwierdzeń typu „Jezus jest Bogiem równym Ojcu” lub „chrzest wodny jest niezbędny do zbawienia” albo też „każdy chrześcijanin w momencie nawrócenia jest chrzczony Duchem Świętym”.

Uważam, że to z powodu Bożego poczucia humoru stwierdzeń takich w Biblii jednak nie znajdziemy 🙂

3.         Odkrycia naukowe przeczą Biblii.

Ten temat jest doskonale omówiony na wielu witrynach internetowych, przykładowo https://archeologiabiblijna.wordpress.com. Czy odkrycia obalają wiarygodności Biblii? Prawda jest odwrotna. Kolejne odkrycia z różnych dziedzin nauki potwierdzają zapisy biblijne. Przykładem jest wspominany kilkukrotnie w Biblii ród Chetytów (Rodzaju 15:20, Wyjścia 3:8.17 i inne). Historycy długo uważali, że jest to naród wymyślony, ewentualnie że było to nic nie znaczące małe plemię. W Biblii jednak Chetyci byli przedstawiani jako znaczący naród (choć bez szczegółów). Odkrycia historyczne z przełomu XIX i XX wieku potwierdziły niezbicie istnienie imperium chetyckiego.

I… tak na marginesie, to nieprawda, że w Biblii jest napisane, że Ziemia jest płaska!

4.         Teoria Ewolucji przeczy Biblii.

Teorię Ewolucji celowo oddzielam od punktu 3. o odkryciach naukowych – ale nie tu miejsce, na tłumaczenie dlaczego.

Biblia nie zajmuje się biologią ani genetyką. Nie próbowała w naukowy sposób tłumaczyć , jak powstawały gatunki, dlatego dyskutowanie o tym, czy jest przeciwko czy za ewolucją jest pozbawione sensu… Biblia się do ewolucji w ogóle nie odnosi.

Kiedy w Biblii czytamy, że stworzył je Bóg, tak naprawdę nie wiemy, co to znaczy, bo pojęcie „stwarzania” jest nam zupełnie obce. Nikt z nas nigdy niczego nie stworzył – my potrafimy jedynie przetwarzać, nie stwarzać. Stworzyć oznacza powołać do istnienia, ale w jaki sposób dokładnie Bóg to zrobił – nie wiemy.

5. W Biblii są sprzeczności.

Po wielu latach studiów i szukania tych sprzeczności, osobiście odpowiem – ja ich tam nie znalazłem. Są fragmenty trudne do zrozumienia, ale nie ma ani jednej stuprocentowej sprzeczności.

Najczęściej się wspomina o sprzecznościach między poszczególnymi Ewangeliami. Większość tych „argumentów” jest wręcz infantylna i nie potrzeba naukowego stopnia by je wyjaśnić.

Ewangelie pisane były przez różnych autorów i skierowane były do różnych odbiorców. Jeżeli jedna osoba powie, że dzisiaj w Polsce było zimno a druga, że było ciepło, czy jest to sprzeczność? Niekoniecznie, jeśli jedna z nich tyle co przyjechała z Afryki a druga z Arktyki.

Znaczna większość pozornych sprzeczności daje się wyjaśnić właśnie poprzez uświadomienie sobie różnic w odbiorze tych samych faktów. Różnice w liczbach często powodowane są przez różne zaokrąglenia. 850 i 1000 to niekoniecznie różne liczby, ale mogą być przybliżeniem tej samej.

Wezmę jeden przykład „sprzeczności”, uważanej nawet przez wielu ortodoksyjnych chrześcijan za niewytłumaczalną. Ostatnie słowa Jezusa na krzyżu. Jak one brzmiały? Mateusz zgadza się z Markiem, ale zarówno wersje Łukasza jak i Jana są już zupełnie odmienne.

Wtrącając ciekawe pytanie… jeżeli, jak wielu przeciwników Biblii utrzymuje, Ewangelie były wielokrotnie zmieniane i poprawiane, dlaczego nie „poprawiono” tych fragmentów? Dlaczego nie uzgodniono jednej wersji? Myślę, że te pozornie sprzeczne wersje stały się tak wielkim problemem dopiero w naszych czasach. Ale do rzeczy.

Spójrzmy na to zagadnienie z typowo logicznego punktu widzenia.

Mateusz i Marek piszą, że Jezus pytał, dlaczego Bóg go opuścił, po czym „zawołał ponownie i oddał ducha”.

Łukasz pisze, że Jezus powiedział „Ojcze, w Twoje ręce oddaję ducha mego”, i powiedziawszy to, skonał.

Jan pisze, że Jezus powiedział ‚Dokonało się”, po czym skłonił głowę i oddał ducha.

Zauważmy następujący prosty fakt – żaden ewangelista nie pisze dosłownie „oto ostatnie słowa Jezusa”. Użycie imiesłowu czynnego „powiedziawszy” może wskazywać na niemal jednoczesność zdarzeń (Updadłwszy, złamał kark), a może jedynie wskazywać następstwo, nawet baaaaaardzo oddalone w czasie (Wynalazłwszy koło, ludzkość wynalazła i samochód).

Moja osobista opinia jest taka, że Marek i Mateusz usłyszeli to, co Jezus krzyczał głośno – być może byli najdalej od krzyża  – po czym Jezus powiedział – być może dużo ciszej – to, co spisał Łukasz. Najbliżej krzyża stał Jan i tylko on słyszał rzeczywiście ostatnie słowa Jezusa – wykonało się.

Nie mam zamiaru bynajmniej się upierać przy tym tłumaczeniu. Jak to się mówi, „głowy bym nie dał”. Dałbym natomiast głowę za to, że w Biblii stuprocentowej sprzeczności nie ma. Wszystkie, które widziałem, mogłem wyjaśnić. Niezależnie od tego, co mówi się o chrześcijanach, część z nich to ludzie o analitycznych umysłach. Gdyby w Biblii była absolutnie pewna sprzeczność, każdy by o niej wiedział. A tak… wszystkie zestawienia biblijnych „błędów i wypaczeń” wymieniają nie jeden, a dziesiątki, albo i setki „błędów”, podczas gdy wystarczyłby jeden niezbity błąd, aby zdyskredytować całe chrześcijaństwo.

 6. Tekst Biblii jest…niepewny.

Na koniec zostawiłem najtrudniejszą kwestię.

To prawda, że mamy wiele tysięcy starożytnych manuskryptów, i że nie ma wśród nich dwóch identycznych.

Po takim tekście można już zakończyć czytanie i odłożyć Biblię na półkę z bajkami, czyż nie?

Nie tak szybko! Fakt braku istnienia dwóch identycznych manuskryptów przedstawiany jest jako coś dyskredytującego Biblię ale pomija się to, że niemal wszystkie różnice dotyczą rzeczy nic nie znaczących – interpunkcji, odmiennych pisowni wyrazów lub błędów ortograficznych.

Ponieważ zaś mamy manuskryptów tych tysiące, opierając się na dacie ich powstania, jakości i ogólnej wiarygodności możemy bez wątpienia stwierdzić, która wersja jest bardziej wierna oryginałowi. Krótko mówiąc, dzisiejszy tekst Biblii jest w daleko więcej niż 99.9% pewny. Owszem, są niepewne miejsca, ale żadne z nich nie dotyczy kwestii kluczowych dla doktryn wiary.

Ze Starym Testamentem jest nieco gorzej, nie tyle z jakością posiadanego tekstu, co z tłumaczeniami. Słowa hebrajskie mogą mieć mnóstwo znaczeń, zupełnie odmiennych od siebie, a składnia i gramatyka tego języka są bardzo skomplikowane. Znowu jednak, nie ma to żadnego znaczenia doktrynalnego i nie ma też wątpliwości co do przebiegu żadnych wydarzeń historycznych.

Tłumaczenie Biblii to osobne, bardzo ważne i rozległe, zagadnienie. Wszystkie tłumaczenia mają jakieś wady, i każdy zestaw tłumaczy troszkę próbował zbaczać w stronę swoich założeń doktrynalnych. Taka już nasza natura. Ale znowu napiszę to samo – te niuanse nie mają dużego znaczenia dla całego przesłania Biblii. Z wyjątkiem tłumaczeń typowo sekciarskich, przesłanie to przedstawione jest tak samo jasno we wszystkich dostępnych tłumaczeniach.

Jednym problemów z tłumaczeniami jest to, że większość współczesnych języków ma mniejszy zestaw słownictwa niż języki Biblijne. Matematycznie oczywiście współczesne słownictwo jest najbogatsze gdyż nauka i technologia wymogły tworzenie setek tysięcy terminów, ale ustępuje bogactwu języków biblijnych pod względem niuansów stylistycznych nadających wyrażeniom bardzo subtelne różnice znaczeniowe. Weźmy przykład z dialogu z 21. rozdziału Ewangelii Jana.

Lecz zapytał go znów, po raz drugi: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?
Odpowiedział: Tak, Panie! Ty wiesz, że Cię kocham.
Pan na to: Paś moje owce.
W końcu zapytał go po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie? Piotr zasmucił się, że go Pan zapytał już po raz trzeci: Czy kochasz Mnie? I odpowiedział: Panie! Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham.
Jezus na to: Dbaj o moje owce. (Jana 21:16-17)

To tłumaczenie zupełnie spłyca tekst i czyni niezrozumiałym trzykrotne powtórzenie tego samego pytania. W rzeczywistości Jezus i Piotr używają innych czasowników. W pierwszym i drugim pytaniu Jezus pyta, czy Piotr go kocha (agapao), Piotr odpowiada innym czasownikiem – owszem, kocha, ale czasownikiem philoeo. W języku polskim bowiem jest jeden czasownik „miłować” (ma tylko pewne formy archaiczne), a w greckim – cztery. Polskie „kochać” ma znaczenie wszystkich czterech w zależności od kontekstu, niemniej czasami dochodzi do nieporozumień. Biblijna odmiana greckiego tego problemu nie miała!

(Widziałem, co prawda, któreś polskie tłumaczenie które tłumaczyło „philoeo” jako „kochać”, a „agapao” jako „miłować”, nie rozwiązało to jednak problemu – w języku polskim to są przecież synonimy.)

W trzecim pytaniu Jezus zmienia pytanie i tym razem używa czasownika philoeo.

Nie będę zajmował się teraz tym, co do dla tekstu oznacza, ale zachęcam do studium tego fragmentu znając te fakty. Czyli nawet jeśli dojdę do wniosku, że Biblia błędów nie ma, nie mogę tego samego powiedzieć o żadnym ze współczesnych tłumaczeń. Grecki język ma 4 czasowniki tłumaczone jako „kochać” i jak do tej pory, nikt nie wymyślił zadowalających tłumaczeń oddających różnice między nimi.

Czy to oznacza, ze nie znamy Biblii, zanim nie nauczymy się biblijnych odmian hebrajskiego i greckiego?

Na szczęście nie. W sytuacjach wątpliwych po prostu musimy posługiwać się kilkoma tłumaczeniami, znając wcześniej ich mocne i słabe strony, i również przynajmniej mieć dostęp do tłumaczeń interlinearnych i słowników – co dzisiaj jest wszystko dostępne w mgnieniu oka dzięki Internetow.

 *   *   *

Zdaję sobie sprawę, że ledwo dotknąłem tematu. Biblia jest w końcu bardzo pojemną księgą 🙂 Są tysiące argumentów za i przeciw i… kłótnia nie ma sensu. Jeśli ktoś bardzo w coś chce wierzyć, będzie w to wierzyć.

Ja sam bardzo lubię naukę i uważam, że zgłębianie jej jest także realizacją polecenia „czyńcie ziemię poddaną”. Gdyby w Biblii było twierdzenie bezsprzecznie błędne, sprzeczne z naszą wiedzą (a nie spekulacjami), napisałbym o tym na tym blogu. Ale w chwili obecnej takiej rzeczy nie znam.

 Biblia jest najbardziej wiarygodną książką na świecie.

Ostatnia edycja – 12 stycznia 2018

Trudności w rozumieniu Biblii

Czy Biblia jest łatwą książką, czy trudną?

Większość ludzi, uważa, że trudną. I większość ludzi, którzy próbowali ją czytać, zniechęcili się bardzo szybko, niejednokrotnie po jednej lub kilku kartkach.

A co by było, gdybyśmy dali nasze książki do czytania ludziom sprzed setek lat? Ile by zrozumieli? O urządzeniach elektronicznych, rozmawianiu z osobami na końcu świata czy podróży przez ocean, która trwa zaledwie kilka godzin?

Pierwsze stronice Biblii napisane były 3500 lat temu. Ostatnie – niemal 2000 lat temu. Między tamtymi czasami a dniem dzisiejszym jest ogromna przepaść kulturowa i językowa. Jeżeli uważasz, że przepaść ta jest przepaścią tylko w jedną stronę, że popatrz na to zdanie:

Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai.

Jest to najstarsze znalezione zdanie zapisane w języku polskim.

Dzisiaj na ogół pisze się je tak: Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj.

Mnóstwo ludzi zna to zdanie, i niewątpliwie mnóstwo językoznawców łamało sobie nad nim głowę. Tak się jednak składa, że do dzisiaj nie jest pewne, co oznacza ostatnie słowo. Niektórzy uważają, że ‚odpoczywaj’, inni – ‚podziwiaj’.

Jeżeli zatem zdanie napisane niespełna 800 lat temu jest nie do końca jasne, jak możemy przypuszczać, że teksty sprzed tysięcy lat będą bez problemów zrozumiałe?

Jest jedno ALE – Biblia to księga wyjątkowa. Bóg przeznaczył ją na źródło nauki dla wszystkich pokoleń, należy zatem mieć uzasadnioną logicznie nadzieję, że Biblię da się zrozumieć. Niekoniecznie jednak każde słowo. Istnieje sporo wyrazów, które znajdziemy w Biblii, których znaczenia możemy się jedynie domyślać, lub… nawet się nie domyślamy. Czy jednak problemy z pojedynczymi wyrazami są w stanie zakłócić jasność przesłania księgi, która ma trzy czwarte miliona słów?

Albo Bóg chciał, aby Biblia była zachowana jako pewne źródło o wiedzy, albo nie chciał. W tym drugim przypadku nie możemy być nawet pewni, że Jezus zmartwychwstał. Dajmy sobie więc spokój z wiarą albo…

zakładamy, że Bóg chciał 🙂

Czy upoważnia to mnie jednak do stwierdzenia, że Biblia jest łatwa w zrozumieniu?

Myślę, że nie, ale za najważniejszy powód tego wcale nie uważam przepaść kulturową. Problemem jest to, że zamiast czytać Biblię, lubimy po prostu używać jej do udowadniania tego, w co już wierzymy. Inaczej mówiąc, wczytujemy w nią swoje własne wierzenia. Im dłużej mieliśmy do czynienia z tymi wierzeniami, tym trudniej się od nich uwolnić.

Przykład: załóżmy, że chcesz znaleźć odpowiedź na pytanie – co Biblia mówi na temat losu niewierzących ludzi po ich śmierci.

Masz do dyspozycji program biblijny i rozpoczynasz przeszukiwanie Biblii. Od jakiego słowa kluczowego zaczniesz?

Czy wpiszesz ‚zbawienie’, ‚przebaczenie’ czy może ‚piekło’, ‚ogień’?

Odpowiedz szczerze na to pytanie i zastanów się, co spowodowało wybór tego, a nie innego, słowa?

Czy nie jest, że raczej staramy się w Biblii udowodnić nasze dotychczasowe wierzenia, a nie dowiedzieć się czegoś nowego?

Ponieważ większość tłumaczeń dostępnych na rynku zawiera nie używane potocznie – i zatem nie do końca dla większości ludzi jasne – pojęcia – najprawdopodobniej część tekstów, które będzie się zgadzać z tym, co już wiesz, zostanie przez Ciebie przyjęta z myśleniem ‚no tak, już to wiem’. Co zaś z pozostałymi tekstami?

Pominiesz je, jako ‚te niejasne’.Być może nie wszyscy tak postępują. Ja tak postępowałem wiele lat. Miałem pytania, na które nikt z moich znajomych nie umiał odpowiedzieć, choć wierzyliśmy w tego samego Boga i czytaliśmy tę samą Biblię.I gdy zaglądałem do komentarzy teologów, często fragmenty, których nie rozumiałem, były tam po prostu pomijane.

Niesamowicie mała jest liczba osób, które potrafią czytać to, co jest napisane w Biblii, a nie wczytywać w nią, co już wiedzą. Nieważne, czy masz doktorat z teologii, czy nie. Faryzeusze najpewniej by mieli.

Prawdziwe przesłanie Biblii jest…do bólu proste. Dla prawie całego świata – za proste.

Jeśli jednak tylko zechcesz, możesz wyzwolić swój umysł, i zacząć żyć w prawdziwej wolności, jaką daje Bóg, a która opisana jest na kartach Biblii.

Jednym z częstych słów Nowego Testamentu jest wyraz tłumaczony jako ‚pokutować’ lub ‚nawracać się’.

Pierwsze tłumaczenie jest chyba wciąż bardziej znane, a kojarzy się zupelnie inaczej, niż powinno.Wyraz ten (metanoeō) dosłownie oznacza ‚zmieniać myślenie’. W języku polskim pokuta kojarzy się z żalem, smutkiem, samobiczowanie się itp.

A Ewangelia – εὐαγγελίῳ – oznacza dosłownie ‚dobrą nowinę’.

Apeluję zatem, jak Jezus z Ewangelii Marka 1:14

Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię! 

Zmień dotychczasowe myślenie i uwierz dobrej nowinie!

Ostrzegam, to nie jest łatwe. Im dłużej karmiono Cię kłamstwami, tym trudniej będzie Ci się od nich uwolnić. Przez jakiś czas Twój umysł będzie powracał do więzów religjijności, ale nie poddawaj się – to minie!

Zachęcam Cię do podróży przez Biblię – księgę niełatwą i wykrzywioną przez religijnch hipokrytów, jednak – po jej poznaniu – w rzeczywistości tchnąca nadzieją i radością!!!

Dlaczego wierzę Biblii

Wiele różnych religii, tysiące denominacji… którą wybrać? Czy chrześcijaństwo jest najlepsze? Czy Biblia jest świętą, nieomylną księgą?

Ile ludzi, tyle opinii. Czy nie lepiej przekonać się samemu? Czy nie lepiej spróbować czytać Biblię, zamiast słuchać, co ludzie mają na jej temat do powiedzenia?

No tak, ale czy to nie będzie strata czasu? Czy księga pisana przez trzy i pół tysiąca lat przez kilkudziesięciu autorów, czasem nawet to końca nie wiadomo których, jest w ogóle wiarygodna:?

Nie znajdziesz na tym blogu odpowiedzi na takie pytanie. Znajdziesz za to wskazówki, jak czytać Biblię i jak wyciągać z niej samodzielnie wnioski, a nie wczytywać w nią to, co już wiesz.

Jednym z najczęściej powtarzanych zarzutów w kierunku chrześcijaństwa jest to, że chociaż jest to jedna z tzw. ‚Religii Księgi’, to ta Księga chrześcijaństwa, czyli Biblia, jest jakaś nie do końca jasna, skoro istnieje tyle różnych wyznać, i nawet w podstawowych sprawach różne Kościoły walczą ze sobą.

Będę starał się udowodnić, że wcale tak nie jest. Że wszystkie ważne dla nas rzeczy, są w Biblii dokładnie wyjaśnione. Problem nie leży w Biblii, ale w naszych obciążonych religią umysłach.

Czy Biblia jest w ogóle wiarygodna?

Osobiście bardzo długo zmagałem się z tym pytaniem. Sam też nie jestem historykiem ani specjalistą od języków starożytnych, więc moje możliwości badania są ograniczone. Jednym z najmocniej przemawiających do mnie argumentów są książki Josha McDowella. Polecam między innymi „Sprawę zmartwychwstania„. Josh był niewierzący, i postanowił znaleźć argumenty obalające chrześcijaństwo, głównie poprzez podważenie autentyczności zmartwychwstania Jezusa.

Przy okazji musiał zweryfikować rzetelność Biblii.

A kwestia tej rzetelności jest przecież podstawą! Czy można mówić w ogóle o tym, czym jest coś takiego jak ‚prawdziwe chrześcijaństwo’, jeśli księga, na której się ono opiera, jest przekłamana?

Idąc dalej – czy, jeśli podważymy choćby drobną część Biblii, czy możemy zaufać czemukolwiek z niej?

Co do Josha McDowella, po bodajże dwóch latach studiów, stwierdził, że zmartychwstanie Jezusa to najlepiej udowodniony fakt historyczny na świecie, i Josh został chrześcijaninem. Jest autorem wielu książek i znanym na całym świecie mówcą i apologetą. Zamiast jednak wierzyć mu – czy komukolwiek innemu – lepiej samemu wziąć księgę tę pod lupę.

Przyjrzyjmy się najlepiej znanej chyba historii biblijnej – historii pierwszych ludzi, Adama i Ewy. Poza tym, że jest to historia najbardziej znana, jest chyba najczęściej też atakowana. Nawet wielu ludzi uważających się za chrześcijan twierdzi, że nigdy nie miała ona miejsca, i że jest to coś w rodzaju legendy lub przenośni; albo że historię tę ktoś (być może Mojżesz) sobie wymyślił, bądź zapożyczył z innej religii.

Owszem, w Biblii jest mnóstwo poezji, przenośni i symboli – w ogóle, są tam niemal wszystkie znane gatunki literackie – ale gatunki nie są nigdy wymieszane. Znajomość, w którym miejscu dany gatunek jest użyty jest kluczowa i jej brak jest w dużym stopniu odpowiedzialny za tak odmienne odczytywanie Biblii przez różne Kościoły. Kiedy przykładowo widzisz, że ktoś tworzy jakąś doktrynę w oparciu o Psalmy, możesz sobie jego wykłady darować…

Nic dotyczącego historii Historia Adama i Ewy nie wskazuje na to, że nie jest to historia rzeczywista. Istnieje do niej też mnóstwo odwołań w całej Biblii i nigdzie jej wiarygodność nie była kwestionowana (aż do czasów nowożytnych). Czy jeśli nie mogę ufać tej historii, mogę ufać jakiejkolwiek innej historii z Biblii?

Czy tylko dlatego, że wydaje mi się nieprawdopodobna, mogę ją odrzucić?

Czy chodzenie Jezusa po wodzie jest prawdpodobodobne?

A czy Jego zmartwychwstanie jest? Albo to, że jest równy Bogu?

Odrzucając którąkolwiek część Biblii, odrzucamy ją w całości. Jeżeli zostawiamy tylko to, co pasuje do naszego światoplądu, wtedy tak naprawdę to my jesteśmy twórcami naszej wiary. Pomyśl – jeśli zastosujesz się do czyichś rad tylko wtedy, kiedy uważasz, że ten ktoś ma rację, czy słuchasz się wtedy tej osoby, czy wciąż tak naprawde samego siebie?

Nie może być mowy o ‚prawdziwym chrześcijaństwie’ jeśli Biblii nie można ufać w 100%.

Oczywiście, są różne tłumaczenia, praktycznie każde tłumaczenie stara się w jakichś miejscach leciutko nagiąć prawdę do swoich założeń (niektóre bardziej niż ‚leciutko’), jednak wszystkie najpopularniejsze tłumaczenia, takie jak Biblia 1000-lecia, Warszawska czy Gdańska są wystarczająco dobre, by się dowiedzieć, jaki jest Bóg, co dla nas zrobił i jaka czeka nas przyszłość ‚na tamtym świecie’.

Jeszcze mniejszym problemem są różnice między poszczególnymi starożytnymi rękopisami. Dzięki ogromej ilości starożytnych manuskryptów, które posiadamy, możemy w blisko 100% określić, jak wyglądał oryginał.

O jakiej ogromej ilości piszę? Weźmy tylko Nowy Testament. Wikipedia podaje:obecnie posiadamy 5800 manuskryptów po grecku, 10000 po łacinie i 9300 w innych językach. Popatrzmy teraz na Iliadę Homera, której mamy jedynie około 200 manuskryptów. I nikt nie płacze nad tym, że nie mamy oryginałów. I nikt nie zastanawia się, czy możemy ufać, że tekst Iliady jest wiarygodny.

Po II Wojnie Światowe, kiedy gwałtownie zaczęła się rozwijać nauka, większość badaczy tekstu biblijnego doszło do wniosku, że niewiele wiemy, co tak naprawdę w Biblii było; że ząb czasu zrobił swoje i wieki zmian zniekształciły tekst totalnie. Przełom nastąpił w 1947 roku, kiedy znaleziono słynne Rękopisy z Qumran. Oto znaleziono wtedy rękopis Księgi Izajasza starszy o 1000 lat od najstarszych dotychczas znanych! I okazało się jednak, że ząb czasu Biblię ominął, i że teksty, które mamy dzisiaj, są wiarygodne.

Czy jednak tak naprawdę istnieje dowód na to, że Biblia jest nieomylna?

Nawet, jakby istniał – co z tego? Z historii sądownictwa wiemy, że niejeden niepodważalny dowód po odpowiednich manipulacjach może zostać poddany w wątpliwość. Jeżeli ktoś z góry założy, że Biblia nie jest wiarygodna, nikt i nic go nie przekona. Proszę czasem dyskutantów, aby wybrali fragment, który – ich zdaniem – najlepiej podważa wiarygodność Biblii – i obiecuję, że go wyjaśnię. Zgadzają się ochoczo. Pytam przy tym – czy, jeżeli podam im wyjaśnienie, przyznają, że Biblia jest wiarygodna? Obiecują, że tak. No i jaki jest tego finał? Choć wyjaśniałem wybrany przez nich fragment tak, że nie mogli mi odmówić logiki rozumowania, wycofali się z obietnic i dalej utrzymywali, że Biblia nie jest wiarygodna.

W sumie to moje życie byłoby o wiele prostsze, gdybym uznał, że Biblia zawiera błędy – przestałbym widzieć sens w spędzaniu większości wolnego czasu nad studiami nad nią 🙂 Jednak, wbrew światu; wbrew większości znajomych, wciąż od wielu lat twierdzę, że Biblia jest Słowem Bożym. Osobiście uważam, że jest ona nieomylna, i oto najważniejsze trzy powody, dla których tak uważam:

1. Bóg chce, byśmy Go poznali, a bez Biblii skazani jesteśmy na własny rozum i przypuszczenia, których liczba jest wyższa niż całkowita liczba ludzi, którzy kiedykolwiek żyli na Ziemi 🙂

2. Biblia przemienia ludzkie życie. Oczywiście nie dosłownie. Bo to Bóg przemienia ludzkie życie. Biblia natomiast zawiera cenne informacje o Nim 🙂

3. Nie znalazłem w niej błędu. I z tego, co wiem i czytałem, a czytałem naprawdę sporo, nikt nie znalazł. Wielokrotnie nauka wyśmiewała Biblię, a po latach, przy okazji różnych odkryć archeologicznych, nauka musiała przyznać Biblii rację.

Wcale nie robię z Biblii bożka, ani nie przypisuję jej słowom magicznej mocy. Uważam ją jednak z najważniejszą książkę na świecie – jedyne 100% pewne źródło wiedzy o Bogu! I nikt do tej pory nie udowodnił, że jest inaczej.