Ofiara na krzyżu

Sebastian myślał, że nie ma innego wyjścia. Okradziony przez przyjaciela, któremu zaufał; z groźbą eksmisjI i zamieszkania w okolicy niezbyt dla jego rodziny bezpiecznej, pożyczył od znajomego, Andrzeja, dużą sumę pieniędzy i otworzył nową firmę.

Firma jednak splajtowała szybciej, niż zdobył pierwszegostałego klienta, i okazało się, że Andrzej to niekoniecznie Andrzej, być może Andrej albo Andi (nazwijmy go jednak Andrzejem bo nie mam możliwości weryfikacji jego prawdziwego imienia) i ma więcej powiązań z mafiami kilku sąsiednich narodów niż z Polską. Zaczął go nachodzić codziennie i grozić połamaniem nóg w przypadku nieuregulowania długu.

Zdarzył się jednak cud! Gosia, jego żona, spotkała nie widzianą od lat przyjaciółkę. Okazało się, że przyjaciółka wyszła za mąż za kogoś, przy kim niektórzy szejkowie naftowi wydają się biedni. Kiedy tylko dowiedziała się o problemie, od ręki wypisała czek na sumę, której Gosia nigdy na oczy nie widziała, i kazała to traktować jako pożyczkę na czas niekreślony.

Sebastian mógł spłacić dług! Wybrał gotówkę z banku i zaniósł Andrzejowi.

Andrzej wyglądał na bardzo zadowolonego, kiedy zobaczył pieniądze razem z drakońskimi odsetkami. Popatrzył na Sebastiana:

– No dobrze, daruję ci dług! – powiedział

– Słucham? – spytał Sebastian, myśląc, że się przesłyszał.

– Daruję ci dług – powtórzył Andrzej

– Czy jestem coś ci jeszcze winien? – spytał Sebastian – czy nie oddałem wszystkiego?

– Nie wiem skąd ten pieniądze, być może je ukradłeś – odrzekł Andrzej – ale to nieważne – przecież mówię, daruję ci cały dług! Czy się nie cieszysz? Dobry ze mnie człowiek, no nie? I czy nie możemy zostać przyjaciółmi? Wciąż nie przedstawiłeś mnie żonie ani dzieciom!

Sebastian nie wiedział zupełnie, o czym Andrzej mówi. Jakie darowanie długu? Jaki „dobry człowiek”? Przecież chciał mu nogi łamać! Jaka przyjaźń???

Pomyśl chwilkę… przeczytaj jeszcze raz to, co Andrzej mówił. Czy ma to jakikolwiek sens?

Nietrudno stwierdzić, że nie ma. A jednak istnieje teoria oparta na analogicznym rozumowaniu, akceptowana przez kilkaset milionów ludzi na całym świecie.

Teoria ta nazywa się różnie i ma wiele odmian. Najczęściej określana jest jako „okup zastępczy” lub „ofiara zastępcza.

W skrócie teoria ta głosi, iż Bóg jest nieskończenie sprawiedliwy i nie może przymykać oczu na ludzki grzech. Ludzkość zatem skazana jest na wieczne potępienie (większość teologów nie potrafi przyjść z innym pomysłem na karę krótszą niż wieczna). W tej sytuacji pozornie bez wyjścia Bóg – z racji tego, iż jest także nieskończenie miłosierny i kocha ludzi, nie chcąc ich skazywać na piekło- wyjście jednak znajduje – Jezus Chrystus! Syn Boży przychodzi zatem na świat i składa ofiarę z samego siebie. Ponieważ sam był bez grzechu, Bóg Ojciec może zaakceptować tę ofiarę i uniewinnić ludzkość. No, część ludzkości. Większość odmian teologii nie idzie tak daleko, by usprawiedliwiać całą ludzkość – najczęściej wymaganiem jest wiara w Chrystusa lub posłuszeństwo Jego nakazom (co tak naprawdę jest wiarą w zbawienie z uczynków, lecz wyznawcy tej opcji się nie zgadzają i uparcie twierdzą, iż wiara lub posłuszeństwo to nie uczynki lub nie warunki zbawienia, a jego niezbędne owoce).

Sam przez wiele, wiele lat wierzyłem w tę teorię, i co gorsza – głosiłem ją innym. Zawsze jednak czułem pewien niepokój, kiedy ją analizowałem. Miałem sporo nieodpowiedzianych pytań. Najczęściej, pamiętam, myślałem nad opowiedziami na następujące pytania:

  1. Co z ludźmi, którzy urodzili się przedtem? Czy w jakiś sposób czyn Chrystusa miał do nich zastosowanie, czy są potępieni?
  2. Co by się stało, gdyby Jezus trafił nie do społeczeństwa, które go odrzuciło, ale do ludzi kochających pokój i nienawidzących przemocy? Pokochaliby Go, nie ukrzyżowali, i wtedy cały plan wziąłby w łeb i ludzkość byłaby potępiona?
  3. W jaki sposób Jezus poniósł karę „za nas”? Przecież uczono mnie, iż karą za grzech jest wieczne oddalenie od Boga w piekle. Jezus nie był wiecznie oddalony od Boga. Umarł i po trzech dniach zmartwychwstał. W jaki sposób te trzy (i dlaczego akurat trzy?) dni wystarczyły za moje – i milardów innych ludzi – wieczne męki?

Nie będę próbował odpowiadać na te pytania, bo odpowiedzi na nie nie istnieją. Można tylko gdybać. Teologiczne dywagacje można znaleźć w setkach tysięcy książek na całym świecie.

Przełomem w moim myśleniu zatem nie było to, iż znalazłem odpowiedź na choć jedno z tych pytań. Przełomem okazało się… inne pytanie. Pytanie, którego zadanie zajęło mi wiele lat.

Pytanie to brzmi:

Czy Bóg nam cokolwiek wybacza?

Pytanie może zaszokować w pierwszej chwili. Jak to – cokolwiek? Czyż Bóg nie jest nieskończenie miłosierny?

Zastanówmy się przez chwilę: co jest niezbędne, by jedna osoba mogła drugiej coś wybaczyć?

Tutaj twoja odpowiedź może być bardzo różna! Może uważasz, iż do wybaczenia potrzebna jest skrucha osoby, która jest winna? Albo może jakieś zadośćuczynienie za krzywdy?

Nie takie jest jednak słownikowe znaczenie pojęcia „wybaczać”. Wybaczać oznacza „darować winę”. Nie zawiera w sobie warunku. Do wybaczenia potrzeba jedynie woli osoby przebaczającej.

Według teorii okupu zastępczego, gdyby Jezus nie umarł na krzyżu, cała ludzkość byłaby potępiona, gdyż każdy grzech musiałby być ukarany. Ponieważ jednak Jezus umarł, ludzkość dostępuje (a raczej – ma szansę dostąpienia) zbawienia. Wciąż jednak ktoś jest karany.

Czy widzisz to teraz? W myśl tej teorii Bóg wciąż nikomu nic nie wybacza. Grzech wciąż zostaje ukarany, tyle tylko, iż osoba ukarana nie jest tą samą, która zawiniła! Na marginesie – jak to się godzi z doskonałą sprawiedliwością Bożą?

Mamy tu identyczną niemal sytuację z opisaną we wstępie historyjką o Sebastianie i Andrzeju. Andrzej nic Sebastianowi nie wybaczył, nie darował żadnego długu. Dług został spłacony, i chociaż pieniądze nie pochodziły od tej samej osoby, która dług zaciągnęla, nie zmienia to w niczym faktu, iż nic nie zostało darowane, a jedynie spłacone.

Może nas bawić lub szokować postawa Andrzeja, który mówi coś o swojej dobroci, proponuje przyjaźń, ale podobnie właśnie często uczą nas w kościołach.

Bóg jest miłosierny! Naprawdę? Przecież według religii Bóg nikomu nic nie wybacza!

Bóg jest naszym najlepszym przyjacielem! Tak? Jak Andrzej groził Sebastianowi połamaniem nóg, tak Bóg podobno groził nam wiecznymi mękami zanim Jezus umarł za nas! Mało tego, według większości opcji teologicznych – wciąż tym grozi, jeśli nie uwierzymy w Niego! A nawet jeśli nie ma być w piekle męczarni  (z wizji diabłów z widłami i płonącej smoły coraz więcej teologów się po cichu wypisuje), to przeciez oddalenie od Boga, samotność lub w ogóle najmniejszy dyskomfort trwający wieczność urasta do rangi niewyobrażalnej tortury!

Gdzie tu jakikolwiek sens?

Czy młoda kobieta brałaby poważnie poznawanego mężczyznę za kandydata na męża jeśli ten stawiałby jej alternatywę „kochaj mnie i bądź mi posłuszna, albo zwiążę cię w piwnicy i będę torturował”? Setki milionów chrześcijan jednak akceptują taki obraz Boga i wciąż utrzymują, że Bóg jest miłością i Jego miłość jest wzorcem dla nas!

Sam akceptowałem taki obraz Boga wiele, wiele lat! Jest coś niesamowicie trudnego w zmianie własnego zdania, jeśli tak naprawdę zdanie to nie pochodzi z twoich przemyśleń, ale jest częścią „mądrości zbiorowej” – i wszyscy dokoła myślą w ten sposób! Porównać to mogę do sytuacji w której ktoś usiłuje mnie przekonać, że oddychanie wcale nie jest potrzebne. Ależ jak to? Wszyscy oddychają! Badania naukowe niezbicie wykazują, iż oddychanie jest absolutnie niezbędne! Logika podpowiada mi to samo! Ludzie pozbawieni możliwości oddychania przecież oddychają!

Według mojej obecnej wiedzy, owszem, konieczność oddychania jest prawdą, a teoria okupu – nie, niemniej przekonanie do jednego i drugiego u milionów ludzi – nie wyłączając mnie samego lata temu – jest jedankowo silne.

Trudno wyrwać się z tłumu, oj trudno! Mnie osobiście bardzo pomogło analizowanie rodziałów historii, w których dochodziło do takiej manipulacji, że tłumy ludzi, lub nawet całe narody, dokonywały rzeczy niewyobrażalnych dla jednostek. Sczególnie przypadki ludobójstwa w bardzo drastyczny sposób obrazują tę zasadę.

Czy Bóg nam zatem wybacza grzechy?

Oczywiście, że tak! Bóg jest miłosierny i zawsze przebaczał ludziom grzechy – w każdym okresie historii!

W Starym Testamencie kwestie „kar Bożych” oraz ofiar za grzechy dotyczyły wyłącznie losów człowieka na ziemi, nie zaś stosunku Boga do człowieka! Popatrzmy na ten werset:

Jahwe, Jahwe, Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność, zachowujący swą łaskę w tysiączne pokolenia, przebaczający niegodziwość, niewierność, grzech, lecz nie pozostawiający go bez ukarania (Wyjścia 34: 6b-7a)

Litościwy! Przebaczający grzech! Były to słowa, które padły w momencie, gdy Mojżesz otrzymywał od Boga przykazania!

Czyż jednak nie jest to sprzeczność – Bóg wybacza grzech, ale jednocześnie go karze? Nie, jeśli się uważnie przyjrzymy Staremu Testamentowi. Przykazania i kary za grzechy oparte byly na zasadzie przyczyny i skutku i odnosiły się do spraw doczesnych (kwestia życia wiecznego w Starym Testamencie niemal nie istnieje). Izrael miał mieć wysokie normy moralne i za kradzieże lub zabójstwa kary były drakońskie, owszem, ale nigdzie Bóg nie obiecuje nikomu swojego świętego, wiecznego gniewu! Zabijesz? Zostaniesz ukamienowany, ale miłosierny Bóg wybacza grzechy i ta kara nie jest po to, by zaspokoić Jego sprawiedliwość czy Go ułaskawić (jak ma miejsce w pogaństwie), ale po to, by Lud Boży nie unicestwił sam siebie, żyjąc jak narody pogańskie.

Jezus też, zanim umarł na krzyżu, przebaczał grzechy bez ograniczeń (np. Łk 5: 20)! Nie mówił „wybaczyłbym ci, ale nie mogę, bo na razie nie pozwala na to sprawiedliwość Boga, ale będzie to możliwe po ofierze na krzyżu”.

Co ciekawe… Jezus w ogóle bardzo długo nic o śmierci na krzyżu nie mówił. Wspomniał o niej dopiero w ostatnim roku swojej misji! Przykładowo w Ewangelii Mateusza temat śmierci na krzyżu pojawia się dopiero w rozdziale 16 i jest zaskoczeniem dla najbliższych uczniów Jezusa (przeczytaj Mt 16:21nn). Jezus głosił Królestwo Boże i głosił je wyłącznie Żydom. I to nie wszystkim (Mt 15:24) – tylko tym z Izraela (Żydzi byli podzieleni na Izrael i Judę).

Wszystko wskazuje na to, że Jezus nie przyszedł na ziemię po to, by Go zabito.

Dlaczego zatem Jezus umarł na krzyżu?

Najprostszą odpowiedzią jest taka – umarł, ponieważ… zamordowali go Rzymianie w porozumieniu z Żydami! Żydom przeszkadzał, gdyż podważał największe narodowe autorytety; Rzymianom zaś wielokrotnie pokazywał iż nie zachowuje się pokornie jak typowy mieszkaniec okupowanego kraju (spójrzmy na scenę wypędzenia kupców ze świątyni w 2. rodziale Ewangelii Jana).

Oczywiście, istnieje kosmiczny wątek w śmierci Chrystusa. To było rzeczywiście wydarzenie, po którym zatrząsł się Wszechświat. Nie służyło jednak wybaczeniu grzechów ludzkich przez Boga!!!

Bóg zawsze ludziom wybaczał, ale przez tysiąclecia ludzie odrzucali ten fakt. Było to dla nich niezrozumiałe. Budowali obraz Boga według tego, jacy sami byli. Woleli uważać, że Bóg traktuje ich tak, jak surowi sędziowie na ziemi – to było przynajmniej łatwiejsze do pojęcia. W końcu jedna z nauczanych na lekcjach religii „Prawd Wiary” brzmi „Bóg to sędzia sprawiedliwy który za dobre wynagradza, a za złe karze”.

Jezus przyszedł na ziemię i pokazał, jaki Bóg naprawdę jest. Jezus nikogo nie karał ani nie groził karą! Kiedy uczniowie chcieli karać ludzi za odrzucenie Ewangelii, wręcz się oburzył (Łk 9:52nn). Kochał wszystkich bez wyboru, a zwłaszcza tych odrzucanych przez społeczeństwo! Zamiast obecności ludzi uważanych za „świętych”, kapłanów, nauczycieli religijnych, wolał obecność złodziei i prostytutek, nie przejmując się, że wielu Nim za to pogardzała!

Śmierć Jezusa była również bez wątpienia niesamowitym dowodem Bożej miłości i przykładem nieopisanego altruizmu. Wydaje mi się jednak, iż nie jest nam dane zrozumieć ją do końca. Wiemy jedynie bez wątpienia, czym nie jest – nie jest okupem dla zagniewanego Boga, bez którego wszyscy bylibyśmy potępieni.

Bóg okupu nie potrzebował. Bóg ma wszystko. W obfitości. Ma także miłość i przebaczenie dla nas. Bo jest Bogiem. I w takiego Boga jestem dumny wierzyć.

Ostatnia edycja: 30 marca 2017.

Z łaski przez wiarę

Dlaczego wierzysz w Boga?

Bóg

Zastanawiasz się nad poprawną odpowiedzią? Ładnie by brzmiało „odpowiadam miłością na niezmierzoną miłość Bożą” albo „niewiara jest głupotą”, ale jeśli się głębiej zastanowisz i zechcesz podać odpowiedź szczerą, zamiast poprawnej, to bardzo prawdopodobne jest, że będzie ona brzmiała tak: bo chcę iść do nieba. Chcę być zbawiony.

W przekonaniu większości chrześcijan niewiara jest niemal pewnym biletem do piekła.

Przez pierwszą połowę mojego życia moja religijność była dość typowa dla mieszkańca Polski, i wierzyłem dość mocno w to, co głosiłem. Druga z „Głównych prawd wiary”, których mnie nauczono, brzmiała: „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”.

Judge holding gavel in courtroom

Ta druga część tego twierdzenia mnie przerażała, jako że miałem wyćwiczone przez religię sumienie, aby zło widzieć w niemal każdym swoim zachowaniu. Zacząłem kwestionować i inne dogmaty, i po pewnym czasie trafiłem do innego chrześcijańskiego wyznania religijnego.
Tam kładziono bardzo mocny nacisk na Biblię i – jednym z najczęściej cytowanych jej wersetów był następujący:

Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga (Efezjan 2:8)

Bardzo częstym tematem rozmów było to, że większa część chrześcijaństwa jest zwiedziona i myśli, że Bóg zbawia ludzi dzięki ich uczynkom, ale my wiemy lepiej, nam została objawiona prawda, iż dzieje się to przez wiarę.

Powinienem zatem odetchnąć z ulgą. Wcześniej bałem się, że Bóg mnie nie przyjmie do nieba, ale teraz już nie musiałem się obawiać, bo miałem wiarę.

Ulga była chwilowa.

Zacząłem analizować.

Po pierwsze, skąd wiadomo, że mam prawdziwą wiarę? Może się oszukuję? Często moim znajomi chrześcijanie potrafili kwestionować czyjąś wiarę tylko dlatego, że ktoś w jakiś widoczny sposób „grzeszył”. Wielu mówiło, iż prawdziwie wierząca osoba nie będzie na stałe uwiązana grzechem. Tutaj padały takie fragmenty jak „kto się z Boga narodził, nie grzeszy” (1 J 3:9), „ci, którzy te rzeczy czynią, Królestwa Bożego nie odziedziczą” (Gal 4:21) lub „wiara bez uczynków jest martwa” (Jk 2:26).

Po drugie – jestem zbawiony przez wiarę, ale co się stanie, jeśli wiarę utracę? Jeżeli wiara mnie zbawia, czyż jej brak mnie nie potępi? Co prawda większa część znanych mi chrześcijan wierzyłą w nieutracalność zbawienia („raz zbawiony, na zawsze zbawiony”), przytaczając przykładowo Ef 1:13 mówiący o tym że wierzący są „zapieczętowani Duchem Świętym”, to byli też jej przeciwnicy, również posiadający pewną ilość wersetów biblijnych na obronę swojej tezy (przykładowo Hbr 6:4-8).

Kiedy dokładniej zagłębiłem się w temacie wiary, okazało się nagle, że istnieje mnóstwo wzajemnie wykluczających się poglądów, i często wewnątrz jednego wyznania istniało kilka odmiennych nurtów teologicznych. Zawsze można wybrać sobie ten, który najbardziej będzie odpowiadał… ale czy myślącemu człowiekowi zapewni to pokój w sercu? Czy myśl „a co, jeśli się mylę”, nie będzie powracać? Wszak o wieczność tutaj chodzi!

Moje oczy zaczęły się otwierać, a przełom nastąpił wtedy, kiedy moja uwaga została zwrócona na jeden bardzo interesujący fakt.

Istnieje spora grupa ludzi w chrześijaństwie lubujących sie w osądzaniu innych, poddając w wątpliwość ich wiarę i bycie zbawionym. Jednym z najczęściej przytaczanych przez nich fragmentów jest 2 rozdział Listu Jakuba.

Wyżej cytowałem z tego Listu 2:26: „wiara bez uczynków jest martwa”. Najczęściej, gdy słyszałem ten werset, wstępował we mnie strach, nie zadałem sobie jednak trudu zajrzenia do Biblii i przeczytania szerszego kontekstu.

A w rozdziale tym znajdujemy następujące słowa:

Czy Abraham, ojciec nasz, nie z powodu uczynków został usprawiedliwiony, kiedy złożył syna Izaaka na ołtarzu ofiarnym? Widzisz, że wiara współdziała z jego uczynkami i przez uczynki stała się doskonała. (Jk 2:21-22).

O tym, że Abraham został usprawiedliwiony przez Boga, pierwszy raz czytamy w Rdz 15:6. Między tym wydarzeniem a historią z Izaakiem upłynęło około 20 lat. Czy zatem jeden dobry uczynek przez 20 lat wystarczy, abyśmy mieli udowodnioną wiarę? Mogłem się osobiście wykazać o wiele lepszymi liczbami! Sporo znanych mi chrześcijan twierdziło jednak, oczywiście „na podstawie Biblii”, że dobre uczynki zupełnie nie miały znaczenia, jeśli człowiek był uwiązany jakmikolwiek grzechem. Paliłem papierosy – to przecież ciężki grzech – i nawet milion dobrych uczynków nic miał nie znaczyć, podczas gdy Abraham jednym czynem po 20 latach udowodnił wiarę? Gdzie tu logika?

Wkrótce poświęcę osobny artykuł pozornym sprzecznościom między Jakubem i Pawłem, na razie tylko zwrócę uwagę na jeden fakt:

KONTEKST

2. rozdział Listu Jakuba nie mówi nic ani o niebie ani o piekle, ani w ogóle o tym, co będzie po śmierci. Mówi o niesprawiedliwości między braćmi w zgromadzeniu wiernych. Jedną z najważniejszych zasad czytania Listów jest „czytanie akapitami”, to znaczy uznajemy, iż akapity – fragmenty tekstu – są spójnie logiczne – i nie zachodzi sytuacja, iż dany akapit jest na jeden temat, a jeden wyrwany z niego werset lub jego urywek – na drugi. Pamiętajmy, oryginalnie Listy nie były pisane w celu analizy ich poszczególnych słów, ale odczytywano je jednokrotnie całemu zgromadzeniu. Jakub opisywał sytuację między członkami jednego lokalnego kościoła, nie pisał zaś jak osiągnąć zbawienie po śmierci lub jak je można utracić.

Tak samo, jak nielogiczny jest wniosek, iż jeden dobry uczynek w ciągu 20 lat udowadnia, iż człowiek został przez Boga zbawiony, tak samo w powszechnej doktrynie zbawienia przez wiarę jest mnóstwo innych przykładów braku logiki. Wymienię kilka:

1. Jeżeli Bóg jak gdyby czeka na wiarę człowieka, czy nie można powiedzieć, że wiara ta jest uczynkiem? Słyszymy „nic człowiek nie jest w stanie uczynić, aby być zbawiony, gdyż zbawia Bóg niezależnie od wysiłków człowieka, ale musisz uwierzyć”. Czyli jednak sam Bóg nie zbawia. A uwierzenie w coś, co stało się tysiące lat temu, może się okazać wcale niełatwym uczynkiem.

2. Alojzy żył 86 lat.
old_manZałożył dwie fundacje pomagające samotnym matkom, angażował sie też w akcje przeciwdziałania narkomanii. Wychował czwórkę zdrowych i radosnych dzieci, i kochał swoją żonę przez całe 53 lata małżeństwa. Jako dziecko był molestowany przez dwóch księży, w wyniku czego postanowił zostać ateistą i postanowienia tego trzymał się po ostatnie tchnienie.

Józef żył 42 lata.
bad_manNigdy nie pracował zawodowo, poznane towarzystwo od dziecka nauczyło go kraść i włamywać się rabunkowo do mieszkań. Lubił pić alkohol, chociaż po nim stawał się agresywny, i nie raz bił do utraty przytomności towarzyszy biesiad, zwłaszcza kobiety. Aresztowany w wieku 40 lat za molestowanie małoletniej, przesiedział 2 lata w więzieniu, gdzie umarł nagle na atak serca. Tak się jednak szczęśliwie skłąda, że miesiąc przed śmiercią, Józefa odwiedził duchowny, który przedstawił mu prawdy wiary i zapewnił o istnieniu Boga ofiarującego przebaczenie wszystkim wierzącym. Przerażony perspektywą piekła Józef postanowił uwierzyć w Boga.

I teraz będzie wiecznie radował się w niebiesiech, podczas gdy nieszczęsny Alojzy smażyć się będzie w ogniu piekielnym. Nie miał szczęścia odwiedzin wystarczająco przekonującego pastora.

3. Jeżeli wiara zbawia, dlaczego muszę uwierzyć, zanim umrę? Czy wiara po śmierci nie zadziała? Biblia przecież ani temu nie zaprzecza, ani nie potwierdza.

4. Dlaczego w Biblii nigdzie nie ma definicji zbawczej wiary i wskazówek, jak odróżnić ją od nie-zbawczej? Czy wiara w Allacha zbawia? W Matkę Ziemię? Większość chrześcijan powie, że niezbędna jest wiara w Chrystusa. Czy zatem Świadkowie Jehowy są zbawieni? A co z kimś, co powie, że wierzy w Jezusa ale nie interesuje go, co Jezus nauczał? Jeśli dokładniej się przyjrzymy okaże się, że  każda denominacja chrześcijańska ma swoją definicję wiary. Czy to jest logiczne, że najważniejsza podobno sprawa dla naszego życia wiecznego jest w Biblii opisywana tak niejednoznacznie?

5. Mnóstwo ludzi ma okresy wiary i okresy niewiary. Co z nimi? Czy ich życie wieczne zależy od losowego zdarzenia – czy będą akutat wierzyć w momencie śmierci? A co z dziećmi? W chwili, gdy nagle ich rozum jest w stanie przyjąć wiarę, stają się niezbawieni, i jeśli nie zdążą przed śmiercią uwierzyć, ich wiecznością będą płomienie piekielne?

Mógłbym wiele podobnych przykładów podać, ale myślę, że te pięć wystarczy. Doktryna zbawienia przez wiarę w ujęciu dzisiejszej religii nie ma sensu. Urąga logice. Czy naprawdę fakt, iż wyznaje ją większość chrześcijan, jest dowodem na to, że jest prawdziwa? W średniowieczu większość chrześcijan uważała, że kąpiele są grzechem! Omawiana doktryna ta nie może dać ci prawdziwego pokoju, bo nigdy nie będziesz mieć pewności, czy wiara, którą masz, jest prawdziwa, pełna, i czy będzie taka sama jutro czy za 10 lat.

Chrześcijaństwo szczyci się, że głosi Dobrą Nowinę. Jak „dobra” ona jest? Musisz uwierzyć, musisz zrobić to w odpowiedni sposób, i nigdy do końca nie wiesz, czy wierzysz poprawnie, bo „demony również wierzą i drżą” (Jak 2:19), więc być może będąc osobą głęboko wierzącą i praktykującą a mimo wszystko skończyć w więcznym ogniu piekielnym! To wszystko jest bez sensu!

Sensowne są tylko dwie logiczne opcje – albo zbawcza wiara jest tak zawiła i skomplikowana, że nigdy do końca nie możemy być pewni, że ją mamy… albo Dobra Nowina jest naprawdę dobra i nie musisz się już niczego lękać!

Stawiam na drugą opcję! Zachęcam do głębokiego zastanowienia się, czy powszechna doktryna zbawienia „z łaski przez wiarę” jest naprawdę z łaski, i naprawdę przez wiarę; zachęcam również do przeczytania tych artykułów:

Darmowe zbawienie?

Pewność Zbawienia

Artykułem tym bardziej kwestionuję cokolwiek, nim wyjaśniam, zdaję sobie z tego sprawę! Zachęcam tylko – otwórz się na myślenie, otwórz się na kwestionowanie tego, co w tej chwili myślisz. Czy nie przyjemnie by było móc myśleć, że Bóg cię kocha,i myśląc to odczywać taką samą radość, jaką odczuwa małe dziecko w ramionach kochającej mamy?

Ostatnia edycja: 2016-12-19

Sprawiedliwy czy miłosierny?

Napoleon_Bonaparte

Pewnego dnia do cesarza Napoleona Bonapartego przyszła kobieta prosić o łaskę dla jej syna, który przebywał w więzieniu.

– Twój syn popełnił przestępstwo – powiedział Napoleon – i sprawiedliwość wymaga, aby został ukarany.
– Ale ja nie przyszłam po sprawiedliwość, Wasza Wysokość – powiedziała kobieta – ja przyszłam po łaskę.

Napoleon zastanowił się przez chwilę. Ta odpowiedź go zaskoczyła. Uśmiechnął się.

– I otrzymasz łaskę – odpowiedział – Twój syn zostanie dzisiaj zwolniony.

Czy Napoleon w tym wypadku postąpił niesprawiedliwie?

Oczywiście, że tak. Miał rację – sprawiedliwość wymagała kary. Kobieta o tym też wiedziała. Napoleon nie postąpił sprawiedliwie, postąpił miłosiernie. Inaczej mówiąc, okazał łaskę.

Czy podoba ci się to, co uczynił Napoleon? Zanim sam odpowiedziałbym na to pytanie przydałoby się wiedzieć, za co syn owej kobiety siedział w więzieniu, jeśli jednak przyjmę, że nie było to nic poważnego, i w dodatku człowiek ten był jedynym żywicielem rodziny, nie będę się burzyć, iż sprawiedliwości nie stało się zadość.

Wczoraj w sądzie odbyła się krótka rozprawa w sprawie córek mojej koleżanki. Starsza, 19-letnia, dała na chwilę poprowadzić samochód młodszej, 17-letniej, która jeszcze nie miała prawa jazdy.

kids_driving

Jechała jakby była czymś odurzona, od krawężnika do krawężnika, ale na szczęście uliczki osiedla były puste. Z jednym wyjątkiem. Krążył tam radiowóz.

Kiedy policjant ruszył za samochodem i włączył swoje kolorowe światełka, dziewczyna tak spanikowała, że włączyła lewy kierunkowskaz i skręciła w prawo…

A miało to miejsce w USA, gdzie wykroczenia drogowe są na ogół traktowane bardzo poważnie. Obu dziewczynom groziły spore konsekwencje, niemałe mandaty i odebranie prawa jazdy na co najmniej kilka miesięcy (w przypadku młodszej odebrane by jej było w dniu, w którym by je otrzymała).

Sędzia jednak wziął pod uwagę, że dziewczyny były grzeczne, przyznały się do winy i dobrowolnie chciały poddać karze. Powiedział: „gdyby istniały upomnienia za głupotę, a nie mandaty za wykroczenia, dałbym im takie upomnienie, ale jako że to ich pierwsze wykroczenie, a mandat i tak zapewne prędzej obciąży rodziców niż ich samych, zarządzam nadzwyczajne odstąpienie od kary”.

Sędzia postąpił identycznie, jak Napoleon. Gdy o tym usłyszałem, niesamowicie się ucieszyłem, bo znam te dziewczyny i wiem, że już samo złapanie przez policję i długie oczekiwanie w strachu na rozprawę było dla nich wystarczająco mocną nauczką.

Znowu sprawiedliwości nie stało się zadość. Kto by się jednak z tego nie cieszył?

Dlaczego zatem większość chrześcijan tak bardzo się burzy gdy słyszy o nieograniczonym Bożym miłosierdziu?

„Bóg jest miłosierny ale sprawiedliwy”.

Słyszysz czasami takie stwierdzenie?

Ja słyszałem bardzo często. I zawsze powodowało ono u mnie wewnętrzny konflikt. I niepokój.

Z jednej strony religia każe mi nieskończenie wybaczać, bo „Bóg nam wybacza grzechy”, zawsze jednak w kontekście rozmowy o Bożym wybaczaniu stawało słowo „ALE”.

ALE… sprawiedliwy.

Zauważmy – nie „I sprawiedliwy”, lecz „ALE sprawiedliwy”. Jak gdyby sprawiedliwość w jakimś zakresie ograniczała sprawiedliwość lub jej zaprzeczała.

Religia mówi nam, że Bóg jest nieskończenie miłosierny i nieskończenie sprawiedliwy, i jeżeli nie jesteśmy tego w stanie zrozumieć, to… jest to nasz problem. My musimy zawsze wybaczać, Bóg nie. Czy jesteśmy lepsi od Boga? Nie. Nie rozumiemy tego? Nie szkodzi.

W jakim celu jednak Bóg nam dał rozum, jeśli niewiele się przydaje przy zrozumieniu podstawowych pojęć dotyczących Jego osoby i Jego relacji z nami?

brain

Pozwolę sobie zatem nie zgodzić się z religią i wnioskuję o użycie rozumu! A rozum podpowiada mi, że religijne tłumaczenie kwestii zbawienia przedstawia bardzo wiele poważnych logicznych sprzeczności.

Religia tłumaczy mniej więcej tak:

Nieskończenie miłosierny Bóg wybaczyłby wszystko wszystkim, ale to czyniłoby Go niesprawiedliwym.

Nieskończenie sprawiedliwy Bóg nie wybaczyłby nikomu, bo wszyscy są grzesznikami.

Nieskończenie miłosierny i sprawiedliwy Bóg obarcza winą Jezusa i wybacza wszystkim, którzy przyjmą Jego ofiarę, a potępia wszystkich, którzy tego nie czynią.

Czy jednak potrafimy wyobrazić sobie ziemskiego ojca, który, aby uratować kogoś innego, poświęca życie swojego dziecka? Czy nazwalibyśmy takiego ojca dobrym?

Jak to też jest, że śmierć Jezusa jest zapłatą za czyjąś wieczność w piekle? Jeżeli karą za grzech jest wieczność w piekle, analogicznie, Jezus też powinien spędzić wieczność w piekle!

W tym całym religijnym tłumaczeniu sensowne wydaje mi sie tylko to zdanie:

Nieskończenie miłosierny Bóg wybaczyłby wszystko wszystkim.

A co jeśli to prawda?

I tutaj miliony gardeł w doskonałej jedności wykrzykną jedno słowo:

HEREZJA !!!

Zajrzyjmy zatem do Biblii.

arabic bible

Ciekawy fakt: jak Biblia gruba i długa – prawie milion słów – tak nie znajdziemy tam ani słowa na temat herezji polegającej na głoszeniu zbyt miłosiernego Boga.

W Starym Testamencie nie ma prawie nic na temat życia pozagrobowego, jest natomiast bardzo dużo o przykazaniach. Mnóstwo zakazów i nakazów, mnóstwo przykładów kar i nagród za jakość stosowania się do przykazań. Co jednak czytamy o stosunku Boga do ludzi?

Jednym z najpopularniejszych w Biblii zwrotem jest „nie lękaj się”. Mawia sie, że występuje on w Biblii 365 razy – abyśmy mogli żyć bez strachu okrągły rok. Jest to co prawda mit, i prawdziwa liczba jest około 3 razy mniejsza, niemniej jest to i tak na tyle sporo, abyśmy sie zastanowili, czy Bóg naprawdę chce, abyśmy żyli w strachu.

Naród Wybrany, Izrael, doświadczył od Boga niesamowitych dobrodziejstw, tymczasem sam wykazywał się niesamowitą pomysłowością w coraz to bardziej wyrafinowanych sposobach okazywania leckeważenia przykazań. Bóg ostrzega – będą konsekwencje. Ale do swojego odstępczego narodu kieruje też przykładowo takie słowa:

Albowiem Ja, Pan, twój Bóg, ująłem cię za prawicę mówiąc ci: Nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą. Nie bój się, robaczku Jakubie, nieboraku Izraelu! Ja cię wspomagam – wyrocznia Pana – odkupicielem twoim – Święty Izraela. (Iz 41:13-14)

 

Mówił Syjon: Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał. Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie. (Iz 49:14-15)

Kary za nieposłuszeństwo nie tylko nie mają nic wspólnego z życiem wiecznym, ale nie mają też nic wspólnego z miłością i uczuciami, jakie Bóg żywi do człowieka! Bóg tak naprawdę nie stosuje kar w naszym rozumieniu tego słowa, nie daje nikomu syfilisu ani nie powoduje, że człowiek się potyka na równej drodze. Kiedy jest mowa o karze, ktoś po prostu zbiera żniwo swojego postępowania.

Izrael mógł zostać doszczętnie rozbity przez sąsiednie narody, przestałby istnieć i wkrótce nikt by o nim nie pamiętał. Bóg jednak obiecał swoją ponadnaturalną pomoc, przy czym zastrzegł, że istnieją warunki jej otrzymania. Tak długo jak Izrael się do tych warunków stosował, inne narody, choćby stokroć potężniejsze, nie mogły mu zaszkodzić. Boża kara polegała na tym, że Izrael musiał wziąć sprawy we własne ręce. Koniec cudów.

Nie znajdziemy ani jednego przykładu w Biblii, gdzie Bóg jest autorem czyjejś śmierci, choroby lub innego nieszczęścia.

angry-god

Faktem jest, że większość ludzi interpretuje niektóre wydarzenia ze Starego Testamentu jako bezpośrednie kary Boże. Tak też interpretowali je początkowo apostołowie, i mniemali, że Bóg ma właśnie taki sposób postępowania: bądź grzeczny albo… pogadamy. Popatrzmy tutaj:

A gdy to widzieli uczniowie Jakub i Jan, rzekli: Panie, czy chcesz, abyśmy słowem ściągnęli ogień z nieba, który by ich pochłonął, jak to i Eliasz uczynił? A On, obróciwszy się, zgromił ich i rzekł: Nie wiecie, jakiego ducha jesteście. Albowiem Syn Człowieczy nie przyszedł zatracać dusze ludzkie, ale je zachować. I poszli do innej wioski. (Łk 9:54-56, BW)

(Wiem, wiem, powyższy fragment wygląda nieco inaczej w Biblii Tysiąclecia… jak również w najstarszych rękopisach… jednak i tak postanowiłem go tu umieścić jako że właśnie w tej formie stanowi wspaniałe podsumowanie stosunku, jaki Jezus miał do ludzi).

Pamiętajmy, Jezus przyszedł by objawić Ojca – Jego zamierzenia, Jego charakter i Jego stosunek do ludzi (J 1:18. 10:30. 14:10). Wiem doskonale, że początkowo może to się wydawać szokująco sprzeczne z tym, co słychać w kościołach, ale gdyby Bóg miał interes w karaniu ludzi za grzechy, to samo byśmy zobaczyli u Jezusa!

Tymczasem co czynił Jezus? Uzdrawiał? Tak. Wybaczał grzechy? Tak. Miał „najgorszych” grzeszników za przyjaciół? Tak.

Jedynymi ludźmi, dla których Jezus nie był, powiedzmy, zbyt miły, to ludzie którzy usiłowali Mu przeszkodzić, zarzucali kłamstwo i odciągali innych od Niego. Na ogół myślimy o faryzeuszach, ale zwróćmy uwagę, w kwestiach moralności apostołowie byli daleko w tyle za faryzeuszami. Faryzeusze to nie byli źli ludzie w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Starali się ze wszystkich sił przestrzegać Prawa, jednak większość z nich tak skupiła się na przepisach, że zapomniała o miłości. I ich jednak Jezus nie „obdarzał” trądem ani nie straszył smażeniem w piekle. Przestrzegał ich często przed nadchodzącą zagładą Jerozolimy, ale to nie Bóg był jej autorem, a rzymska armia.

* * *

Kiedy zacząłem czytać Biblię jak gdyby „od nowa”, bez komentarza współczesnych teologów, okazało się nagle, że… nie istnieje nic, co ogranicza Boże przebaczenie! To tylko ludziom niesamowicie trudno w nie uwierzyć! I owszem, według ludzkich standardów Bóg nie jest sprawiedliwy – i jeśli Biblia powiada, że jest, to tylko dlatego, że Boże standardy sprawiedliwości są odmienne od naszych. Pojęcie prawiedliwości przeciętnego człowieka polega na tym, że to jego postępowanie powinno się usprawiedliwić, a postępowanie wszystkich „gorszych od niego” – nie. Nie mielibyśmy nic przeciwko temu, aby Bóg nam wszystko wybaczył – ale tylko nam, a nie im! Nie gwałcicielom, krwawym dyktatorom, mordercom, ateistom!

Poza tym, gdyby nagle ludzkość uwierzyła, że Boże przebaczenie jest bezgraniczne, niemal wszystki Kościoły by zbankrutowały. Większość ludzi chodzących w niedzielę na nabożeństwo czyni tak tylko dlatego,że boi się kary Bożej, dlatego księża i pastorowie, których dochody na ogół zależą od frekwencji, zrobią wszystko, by ukryć przed maluczkimi miłosierdzie Boże.

Jezus skierował do takich ludzi proste przesłanie – mamy za mało danych, by osądzać. Bóg zna serca ludzi, On wie, co jest naszym wyborem, co jest narzucone przez środowisko, geny, przymus zewnętrzny. Ci, których my widzielibyśmy na dnie piekła, okazać mogliby się przed Bogiem bardziej sprawiedliwi niż my, którzy chodzimy do kościoła co niedziela, modlimy się rano i wieczorem i 20% dochodu przeznaczamy na biednych.
W porównaniu jednak do doskonałej świętości, wszyscy jesteśmy od Boga nieskończenie daleko, i dlatego jedynym sensownym wytłumaczeniem jest że także, bez różnicy, wszyscy dostępujemy Jego przebaczenia!

* * *

Sporo lat temu pojechałem na kolonie jako wychowawca; planowałem przed ten czas przeczytać wszystkie Listy Nowego Testamentu. Do tej pory nieźle już nieźle Biblię poznałem, ale czytałem na ogół fragmenty na jakiś temat, nie czytałem ksiąg od początku do końca.

Atmosfera była wspaniała, zabawy z dziećmi dawały dużo radości, a w czasie wolnym prowadziliśmy w gronie kadry fascynujące, długie  dyskusje, także… starczyło mi czasu tylko na przeczytaniu kilku kartek. Pierwszego Listu w Biblii, Listu do Rzymian.

Wystarczyło. Moje życie się zmieniło z powodu jednego wyrazu.

Bo nie ma tu różnicy: wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej, a dostępują usprawiedliwienia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie które jest w Chrystusie Jezusie.  (Rz 3:22b-24)

Darmo? Jak to – darmo? Niemożliwe. A uczynki? Sakramenty? Modlitwy? Wiara?

Pamiętam, jak opowiadałem innym wychowawcom o tym, co przeczytałem. Nie zważałem na to, czy ktoś mnie rozumie, czy nie. Byłem szczęśliwy.

Około 20 lat zajęło mi jeszcze zrozumienie tego, że to „darmo” naprawdę oznacza „darmo”. Przez te lata usiłowałem pojęcie to pogodzić z teologią różnej maści, katolickiej, protestanckiej, liberalnej, ewangelicznej… bez powodzenia.

Słuchaj. Bóg chce, byś wybaczał wszystkim bez ograniczeń. Bo to daje wolność, daje pokój.

Bo Bóg sam tak robi.

gift
ostatnia edycja: 11 listopada 2016

Zagłada [z dala] od oblicza Pańskiego (II List do Tesaloniczan 1:9)

bible
Jeżeli znasz choć kilka artykułów z tego bloga wiesz, że z jednej strony uważam, iż Biblia jest praktycznie doskonale  zachowana i z każdej jej strony możemy wynieść tony pożytecznej nauki, z drugiej jednak – jej pierwotnymi adresatami nie jesteśmy my, przez co zrozumienie jej treści najczęściej nie jest absolutnie prostym zdaniem. Oprócz oczywistych przeszkód – jak chociażby przepaści kulturowej lub języka – istnieje jeszcze bardzo istotna kwestia teologiczna.

Teologowie wymyślili termin „dyspensacjonalizm”. Ma on różne odmiany, z grubsza jednak chodzi w nim o to, że historia ludzkości podzielona jest na różne „dyspensacje” – okresy czasu w których Bóg miał inne przesłanie dla ludzi i obowiązywały inne zasady „podobania się Bogu”. Wyznawcy dyspensacjonalizmu zapewne oburzyliby się na taką definicję, niemniej myślę, że trafnie go ona podsumowuje.

Dyspenascjonalizm jest bardzo logiczny. Stosujemy go przykładowo przy wychowywaniu dzieci. Nikt nie weźmie 2-latka na piwo, nie skoczy na bungee w noworodkiem ani też nie będzie z 5-latkiem dyskutował o wyższosci lewicowej opcji politycznej. Na podobnych przesłankach opiera się dyspensacjonalizm – stopniowo Bóg objawiał ludziom coraz więcej, i coraz innych rzeczy od nich wymagał. Np. podczas dyspensacji Prawa Mojżeszowego od ludzi przede wszystkim wymagane było posłuszeństwo,  a podczas obecnej dyspensacji łaski – wymagana jest wiara.

No tak, ale gdzie zatem w Biblii szukać „szczytu” objawienia? Gdzie możemy znaleźć przesłanie skierowane głównie dla nas?

W Nowym Testamencie! – pada odpowiedź, zarówno bardzo powszechna, jak i bardzo błędna.

Mało znanym jest faktem, iż Jezus głosił Królestwo Boże wyłącznie Żydom, i tak samo czynili apostołowie przez kilka lat od Jego wniebowstąpienia. Więcej na te tematy piszę tutaj. Dopiero Apostoł Paweł rozpoczął misję głoszenia Dobrej Nowiny nie-Żydom, ale nie była to ta sama Dobra Nowina, którą otrzymali wcześniej Żydzi. Sam Paweł napisał tak:

(…) zgodnie z Ewangelią i moim głoszeniem Jezusa Chrystusa, zgodnie z objawioną tajemnicą, dla dawnych wieków ukrytą, teraz jednak ujawnioną (…) (Rz 16 25b-26a)

W Listach apostoła Pawła nie znajdziemy nigdy przesłania „Nawracajcie się, bo przybliżyło się Królestwo Boże”.

Paweł przędsiębrał liczne podróże w trakcie których głosił narodom Chrystusa. Narody te  najczęściej nigdy nie słyszały o Chrystusie. Podczas trwającej dzisiaj ery informacji, gdy zdarzało mi się denerwować, bo wiadomość tekstowa z jednego kraju do drugiego szła aż 30 sekund, trudno nam to zrozumieć, ale wieści z miasta do miasta podróżowały wtedy tygodniami, czasem miesiącami, a ukrzyżywowanie i śmierć żydowskiego nauczyciela nie była bynajmniej wiadomością priorytetową.

A Biblia?

Stary Testament, owszem, był spisany i zakończony od stuleci, ale znany był wyłącznie Żydom. Ewangelie były dopiero podczas pisania i redagowania, a przypomnijmy, druku wówczas też nie było. Kopiowali teksty Biblijne najczęściej mnisi, ale bynajmniej nie kserokopiarkami – przepisanie jednej księgi trwało nierzadko miesiące i kosztowało krocie.

Ten przydługi (choć arcyciekawy, musicie przyznać 🙂 )  wstęp ma tylko jeden cel: wykazanie, iż całość niezbędnej ludziom nauki o Bogu musi znajdować się w Listach Pawła. I chociaż większość z Jego Listów jest odpowiedziami na konkretne problemy, niektóre z nich zawierają skrót całości jego nauk, jakby „przypomnienie”, czym jest Ewangelia – Dobra Nowina – w takiej formie, jaką otrzymał bezpośrednio od Jezusa Chrystusa; czym jest nauka koronująca historię zbawienia ludzkości.

Ciekawa sprawa – jeżeli porównamy teologię różnych Kościołów do tematyki Listów Pawła (podkreślam – do Listów Pawła, nie zaś ich kościelnych, często całkowicie sprzecznych z logiką i resztą Biblii, interpretacji), ze zdumieniem zauważymy, iż mnóstwo rzeczy, które dzisiaj są numerem jeden podczas wielu kazań… w Listach zupełnie nie występują. I odwrotnie, tematy poruszane przez Pawła wielokrotnie są przez religię zupełnie pomijane.

Jednym z tematów, obecnych w wielu kościołach co niedziela, a w Listach Pawła nigdy, jest… piekło. Jest to zresztą jednym z najczęściej używanych przez przeciwników idei istnienia piekła argumentów – apostoł Paweł nigdy nie używa żadnego ze słów tłumaczonych w popularnych Bibliach jako „piekło”.

To, że nie używa tego słowa, odpowiadają nieugięcie zwolennicy wiecznej smażalni ryb – nie znaczy, że o piekle w ogóle nie mówi!

I każda rozmowa tego typu zawsze zawiera odwołanie do wersetu z Drugiego Listu Apostoła Pawła do Tesaloniczan, rozdział pierwszy, werset 9. Przeczytajmy go bardzo uważnie, wraz z poprzedzającym kontekstem:

Bo przecież jest rzeczą słuszną u Boga odpłacić uciskiem tym, którzy was uciskają, a wam, uciśnionym, dać ulgę wraz z nami, gdy z nieba objawi się Pan Jezus z aniołami swojej potęgi w płomienistym ogniu, wymierzając karę tym, którzy Boga nie uznają i nie są posłuszni Ewangelii Pana naszego Jezusa. Jako karę poniosą oni wieczną zagładę [z dala] od oblicza Pańskiego i od potężnego majestatu Jego  (2 Tes 1:6b-9)

Jeżeli nie widzicie w nim piekła, to bardzo szczerze, i najzupełniej poważnie, gratuluję! Wiele lat mi zeszło aż sam przestałem go tam widywać, albowiem indoktrynacja kościelna siedzi w umyśle bardzo głęboko.

Biblia jednak, na całe szczęście, pozostaje spójna. Byłoby nadzwyczaj dziwne gdyby Paweł w tym jednym, jedynym fragmencie głosił ideę strasznej, wiecznej męki, w dodatku traktując to jako… pociechę dla słuchaczy.

„Nie przejmujcie się tym, że ludzie was uciskają i nastają na wasze życie”, mówi – zdaniem religii – Paweł – „kiedy Pan Jezus się objawi, wrzuci ich do piekła gdzie będą się wiecznie smażyć”.

Niestety, nie wyobrażam sobie zbrodni, którą ktoś mógłby popełnić, aby mu życzyć wiecznych tortur! Jakoś zupełnie nie pasuje mi to do „nadstawiania drugiego policzka”, „zwycieżania zła dobrem” lub – przede wszystkim – przykazania miłości.
Ale mniejsza o moje przekonania i logiczne myślenie, wszak mamy patrzeć na to, co jest napisane w Biblii. No więc spójrzmy.

Uprzedzam, nie jest to łatwy werset. Byłby łatwiejszy, gdybyśmy nie mieli w głowie automatycznie skojarzenia „wieczna zagłada” = „smażenie dusz w piekle”. A przeważająca większość z nas takie skojarzenie ma, przecież zarówno Kościoły katolickie jak i protestanckie tego nauczają. Co gorsza jednak w wersecie tym spotykamy liczne problemy tłumaczeniowe. Celem tego artykułu nie jest jednak ostateczne wyjaśnienie znaczenia każdego słowa, a jedynie wykazanie, iż tradycyjne tłumaczenie obarczone jest wieloma problemami – zbyt wieloma, aby je móc zaakceptować.

Całość mojej analizy oparta jest na dwóch arcyciekawych faktach. Pięc tysięcy ton na milimetr kwadratowy – może to zobrazuje nacisk, jaki chciałbym na tych dwóch faktach położyć.
ball squeezed under pressure
UWAGA!

FAKT 1

Słowa „z dala” są dodane. Tłumacze i redaktorzy Biblii Tysiąclecia byli na tyle mili, iż dali nam znać o tym fakcie używając nawiasów kwadratowych, ale niemal wszystkie inne tłumaczenia (a sprawdziłem pokaźną ich liczbę, polsko- i angielskojęzycznych) je dodają nie informując czytelnika o tym.
Dlaczego wszystkie tłumaczenia czują się zmuszone dodać te słowa? Czy naprawdę nie ma ani w języku polskim, ani w angielskim, wyrażenia tłumaczącego w sposób zrozumiały grekę w tym wersecie?

FAKT 2

Identyczne greckie słowa, przetłumaczone w 2 Tes 1:9 jako „z dala od oblicza Pańskiego”, znajdujemy w następującym fragmencie Dziejów Apotolskich:

Pokutujcie więc i nawróćcie się, aby grzechy wasze zostały zgładzone, aby nadeszły od Pana dni ochłody, aby też posłał wam zapowiedzianego Mesjasza, Jezusa, (Dz 3:19-20)

Moment… nigdy gdzie są użyte te same słowa? W tym tłumaczeniu nie widać żadnego podobieństwa. Zajrzyjmy więc do archaicznego, ale przez większość Biblistów uważanego za najbardziej dosłownego, tłumaczenia – Biblii Gdańskiej z 1632 roku:

Gdyby przyszły czasy ochłody od obliczności Pańskiej, a posłałby onego, który wam opowiedziany jest, Jezusa Chrystusa. (Dz 3:20, BG)

 

Którzy pomstę odniosą, wieczne zatracenie od obliczności Pańskiej i od chwały mocy jego.  (2 Tes 1:9, BG)

Idąc logiką tłumaczy Biblii Tysiąclecia, powinniśmy przetłumaczyć Dz 3:20 „gdyby przyszły czasy ochłody [z dala] od obliczności Pańskiej.
(Zauważmy , iż Biblia Gdańska nie dodaje słowa „z dala” – być może opinia wielu, iż jest to najlepsze polskie tłumaczenie, nie jest pozbawiona sensu!)

Widzimy jasno, iż „od oblicza Pańskiego” nie może znaczyć żadnego „oddalenia”, ani – jak chcieliby niektórzy – nieobecności (że niby w piekle nie ma Boga). Niemniej „wieczne zatracenie z dala od Boga” bardzo pasowało do teologii, więc dodano to „przemocą wręcz narzucające się słowo”.

Grecki przyimek użyty tam, „apo”, pokrywa się dość mocno znaczeniem z polskim przyimkiem „od”. Nie będę tu przynudzał przykładami, napiszę tylko, iż owszem, może onaczać „od” w takim sensie jak chciałaby tego religia, gdyby występował z czasownikiem jasno wyrażającym oddzielenie, przykładowo w Obj 6:16 „ukryj nas przed/od (apo) twarzą tego, który siedzi na tronie”. Jeśli takiego czasownika nie ma, „od” oznacza po prostu kierunek, jak w Mt 2:1 „mędrcy przyszli ze (apo) wschodu”.

Jaki z tego wszystkiego wniosek? Pozornie niewiele znaczący, otóż „wieczna zagłada” nie będzie mieć miejsca „z dala od oblicza Pańskiego”, ale będzie wręcz z niego wychodziła, pochodziła, cokolwiek to by miało oznaczać.

Dodanie przez tłumaczy jakiegoś słowa może albo oznaczać, że za bardzo nie rozumieją znaczenia tekstu i dodali do niego coś usprawiedliwiało najbardziej prawdopodobny ich zdaniem pomysł; albo najbardziej oczywiste znaczenie zupełnie nie pasowało do ich teologii.

Myślę, że oba powody są tutaj prawdziwe.

No tak, powiesz, ale jaka różnica, czy wieczna zagłada „będzie sie działa z dala od oblicza Pana” czy „wyjdzie od obliczna Pana”? Wciąż to przecież… brzmi jak piekło?

Spójrzmy na ten werset analitycznie.

Tłumacznie słowo w słowo z języka greckiego

którzy – sprawiedliwość – odcierpią – zniszczenia – wiecznego – od – obecności – Pana – i  -od – chwały – moccy – jego

A skąd ten wyraz „sprawiedliwość”? Otóż oryginalne słowa „diken/dike” występują w Biblii tylko trzy razy; to nieco mało aby móc przeprowadzić dogłębne studium. Słowniki mówią jednak, iż podstawowym znaczeniem tego słowa jest „sprawiedliwość”. Wyraz „tino” – „odcierpieć” – tu nasza wiedza jest jeszcze bardziej ograniczona jako że jest to jedyny przykład użycia tego słowa w Biblii.

Krótko mówiąc, nie możemy mieć do końca pewności, czy należałoby tutaj napisać „odcierpią karę”, „doświadczą sprawiedliwości” czy może… coś zupełnie innego.
Ten werset… zdecydowanie do najłatwiejszych nie należy!

confused smiley

No tak, ale niezależnie od tego, jak te dwa słowa przetłumaczymy, kluczową dla nas tutaj kwestią jest – co oznacza „zniszczenie wieczne„?

„Zniszczenie” – olethros – występuje również niewiele razy w Biblii, tylko cztery, i słowniki na ogół łączą znaczenie tego słowa ze śmiercią fizyczną.

Natomiast słowo „wiecznego”…

jestem tematem na wielką książkę.

„Wieczny” – po grecku „aionios” – występuje w Nowym Testamencie aż 71 razy. W Starym Testamencie (czego dowodzi jego greckie tłumaczenie Septuaginta) odpowiada mu wyraz „olam„, który występuje już ponad 400 razy.

Bardzo bogaty materiał do studiowania! I… wciąż niełatwy. Powodem jest inne pojmowanie czasu w starożytności i inny sposób mówienia o trwaniu zdarzeń.

Dzisiaj jesteśmy do bólu konkretni. Coś trwało rok, 2 godziny, 5 nanosekund. Coś wydarzy się jutro punkt siódma, lub za 230 dni. Wtedy bardzo rzadko używało się podobnych stwierdzeń. Wydarzenia odnoszono do innych wydarzeń. Pamiętam taką scenę z filmu Krokodyl Dundee, gdy bohater jest pytany o wiek. Odpowiada, że nie wie, i na ponowne pytanie, czy nigdy nie pytał, kiedy się urodził, odpowiada, że pytał.

– I co ci powiedziano?
– Powiedziano mi, że urodziłem się… letnią porą.

_DSC1592-Edit-2

Tam akurat w kontekście była społeczność Aborygenów, chodzi mi tylko o ukazanie, że ta nasza obsesyjna wręcz szczegółowość w określaniu czasu odbywania się wydarzeń i jego trwania nie jest wcale własciwa wszystkim kulturom.

Wróćmy do naszego słowa „aionios/olam – wieczny. Naprawdę jest to niesamowie obszerny temat, także w największym skrócie wymienię tylko 2 ciekawe fakty:

– pojęcie to może bez cienia wątpliwości nie oznaczać czegoś wiecznego (por. Kapłańska 24:8, Powtórzonego Prawa 33:15, Jeremiasza 25:12, Hebrajczyków 6:2) w Nowym Testamencie często występuje w wyrażeniu „życie wieczne”, jednak definicja „życia wiecznego” jest podana tylko raz, i nie ma nic wspólnego z długością trwania:

A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa.  (J 17:3)

Jeżeli wydaje ci się, że ten artykuł robi się już przydługi i wcale jeszcze nie dochodzi do sedna sprawy, informuję, iż omówienie choćby pobieżne tego terminu wymagałoby tekstu o wielokrotnie większej objętości niż to, co dotychczas napisałem! Już jednak analiza dwóch powyższych faktów może niewątpliwie wykazać, iż „wieczna zagłada” może nie tylko nie mieć nic wspólnego z piekłem w tradycyjnym jego ujęciu, ale w ogóle z wiecznością.

Spójrzmy jeszcze na moment do Listu Judy:

Jak Sodoma i Gomora i w ich sąsiedztwie /położone/ miasta – w podobny sposób jak one oddawszy się rozpuście i pożądaniu cudzego ciała – stanowią przykład przez to, że ponoszą karę wiecznego ognia. (judy 1:7)

John_Martin_-_Sodom_and_Gomorrah

Sodoma i Gomora zostały spalone, ich mieszkańcy zginęli, i… tyle. Niemniej Biblia nazywa to wydarzenie „wiecznym ogniem”.

Osobiście uważam, iż wszystkie odniesienia do „wiecznej kary” i „wiecznego ognia” odnoszą się do wydarzenia tutaj, na ziemi, za ziemskiego życia, skutkującym zwykłą, fizyczną śmiercią i nie mają nigdy odniesienia do jakiejkolwiek kary po śmierci.
Popatrzy na jeden z ulubionych fragmentów zwolenników piekła:

Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła.  Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie. Mk 9:43-48

Życie wieczne… piekło… ogień nieugaszony… czyż można zaprzeczyć temu, iż Jezus przestrzega tutaj przed tym, co się stanie z grzesznikiem po śmierci?

Otóż jak najbardziej można. W myśl świetnej zasady „najlepiej tłumaczy się Biblię samą Biblią”, przyjrzyjmy się zwrotowi z wersetu 48: „robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie”. Każdy religijnie zaprawiony umysł widzi tu duszyczkę smażącą się w piekle, albo jedzoną przez dosłowne robaki, ale przez „robaka” własnego nieczystego sumienia.

Tymczasem zwrot ten jest niemalże cytatem z Księgi Izajasza:

A gdy wyjdą, ujrzą trupy ludzi, którzy się zbuntowali przeciwko Mnie: bo robak ich nie zginie, i nie zagaśnie ich ogień, i będą oni odrazą dla wszelkiej istoty żyjącej.  (Iz 66:24)

Jest tu mowa o trupach ludzi! Nie o nieśmiertelnych duszach, nie o cierpiących ludziach! Ludzie zginęli i ich ciała były palone i jedzone przez robaki – nie chodziło tu o wieczne trwanie czegokolwiek, ale o permanentny skutek czynności – nic nie powstrzyma robaka, nikt nie zgasi ognia, kara za grzech się wykonała, ludzie zginęli i ciała ich szczezną!

Jestem w stanie wykazać na podstawie analizy bardzo wielu wersetów z Nowego Testamentu, iż „wieczny ogień” odnosi się do aktualnego wydarzenia które miało miejsce w roku 70 – zdobycia Jerozolimy przez rzymską armię, zburzenie i spalenie całego miasta i hekatombę wszystkich mieszkańców (według różnych źródeł zginęło wtedy od kilkuset tysięcy do ponad miliona ludzi).

Ostrzeżenie przed tym wydarzeniem to jedna z centralnych misji Jezusa na ziemi. Popatrzmy:

W tym samym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. (Łukasza 13:1-3)

Jezus bynajmniej nie mówi, że jeśli się nawrócą, to będą się smażyć w piekle. Mówi bez wątpienia o zwykłej ziemskiej śmierci.

Skoro ujrzycie Jerozolimę otoczoną przez wojska, wtedy wiedzcie, że jej spustoszenie jest bliskie. (Łukasza 21:20)

I znów – jest to temat, którego choćby pobieżne omówienie zajęłoby wiele stron tekstu. Artykuł, który teraz czytasz, nie pretenduje w żadnej mierze do wyczerpania tematu. Nie ma też na celu obronę jakiegoś konkretnego poglądu. Owszem, uważam, iż „ogień wieczny” to spalenie Jerozolimy w roku 70, ale nie będę się upierać przy swoim – możliwe, że nie mam racji. Głównym celem tego artykułu jest zachęta do porzucenia utartych wyjaśnień podanych na tacy przez religię. 2 Tesaloniczan 1:9 nie może mówić o wiecznym piekle, bo wyjaśnienie takie przeczy zarówno Listom Pawła jak i całej Biblii, co jednak najważniejsze – przeczy naturze Boga. Czy Bóg nakazał nam miłować nieprzyjaciół i czynić dobrze tym, którzy nas prześladują tylko po to, by samemu smażyć większą część ludzkości w ogniu?

Czy zastanawiasz się czasami, jak można być szczęśliwym „w niebie” wiedząc, że ludzie, których kochamy, cierpią katusze?

Tutaj normalny rodzic od zmysłów odchodzi gdy gorączka dziecka przekroczy 40 stopni i wciąż rośnie… mam uwierzyć, że będę w stanie z rozleniwionym uśmiechem leżeć na chmurce wiedząc, że moi bliscy płoną w ogniu?

Religia powie ci tutaj, że my tego nie rozumiemy, że jesteśmy ograniczeni, że Boża sprawiedliwość jest niepojęta.

Bzdury. Biblia używa ludzkiego języka. Sprawiedliwość, miłość, dobro i zło, te słowa są w Biblii nie dlatego, że oznaczają coś zupełnie innego, niż w naszym potocznym języku.
W 2 Liście do Tesaloniczan 1 Paweł nie skupia się na karze za grzechy, skupia się na prześladowanych, udręczonych adresatach Listu. Zapewnia ich, że wkrótce nastanie sprawiedliwość a ich dręczyciele znikną z ich życia. Nie przez wieczność – ale przez resztę ziemskiego życia.

* * *

Jednym z najbardziej przełomowych odkryć, które zmieniły sposób, w jaki czytam Biblię, było uświadomienie sobie, iż jest w niej bardzo, bardzo niewiele na temat życia pozagrobowego.

W Starym Testamencie na palcach można policzyć fragmenty, które bez cienia wątpliwości odnoszą się do tego, co po śmierci.

Oczywiście religia nie mogła tego ścierpieć i wymyśliła swoje futurystyczne interpretacje mnóstwa fragmentów, i kiedy prorok woła „zmieńcie swoje serca, bo czeka was śmierć z rąk wroga” na kazaniu usłyszymy „uwierzcie w Jezusa, bo czeka was wieczne umieranie w otchłani piekielnej”. Religia na ogół opiera się na pieniądzach, pieniądze na frekwencji w niedzielę, a frekwencja rośnie proporcjonalnie do poziomu straszenia piekłem.

Ogień, zniszczenie, sąd – te terminy w Starym Testamencie zawsze – naprawdę, bez wyjątkuodnoszą się do losów człowieka na ziemi – wojen i śmierci – i wbrew powszechnie panującej dzisiaj opcji teologicznej – nic się nie zmienia w Nowym Testamencie! Byłoby dziwne, gdyby się zmieniło! Ci sami ludzie, którzy czytali Stary Testament, spisywali i Nowy, odnosząc się do Starego 700 razy! Na Izraelem wisiała groźba sądu nieporównywalnego z jakimkolwiek wcześniej – wspomnianej już hekatomby w Jerozolimie – i nic dziwnego, że Jezus, a później apostołowie i uczniowie – przestrzegali przed nim!

Kiedyś myślałem, że niemal każda strona Nowego Testamentu opowiada o naszym losie po śmierci. Dzisiaj przychodzi mi tak naprawdę tylko jeden fragment, który na pewno o nim mówi – 15. rodział I Listu do Koryntian.

Może się w tym wszystkim mylę? Może nie? Nieważne. Ważne jest to, czy artykuł ten pobudził cię do zakwestionowania tego, co uczą cię w kościele – być może mają rację, być może nie, ale zdecydowanie lepiej jest posiadać jakieś inne argumenty w obronie swoich przekonań niż tylko „bo taka jest wiara ojców”!

old minion

Nieprzebaczalny grzech

Jednym najważniejszych celów istnienia tej witryny jest wykazywanie, iż to, że „Bóg jest miłością” jest prawdą, i chociaż  ta miłość w ujęciu religii polega na strachu i hipokryzji, z prawdziwym Bogiem nie ma to nic wspólnego.

Skoro Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo, również coś z relacji międzyludzkich musi odzwierciedlać coś z relacji między Nim – Ojcem – a nami – Jego dziećmi.

wesola rodzinka 2

Większość ludzi raczej zgodzi się, jak powinien zachowywać się rodzic doskonały. Opiekuńczy, zapewniający całej rodzinie poczucie bezpieczeństwa, konkretny lecz opanowany, z poczuciem humoru, przede wszystkim jednak – kochający.

Większość zapewne zgodzi się z tym, że jesteśmy Bożymi dziećmi, i że Ojciec nasz jest ojcem doskonałym, pytanie tylko – zabrzmieć to może dziwnie – w jakim wieku dziećmi dla Niego jesteśmy?

Już tłumaczę, co mam na myśli. Jeżeli kategorycznie zabronimy coś dzieciom, a one i tak złamią nasz zakaz, to sposób, w jaki na to zareagujemy, zależy głównie od ich wieku. Reakcje mogą być krańcowo odmienne – kiedy niemowlę zrobi coś pomimo tego, że mówimy „Nie”, naszą reakcją może być przykładowo śmiech. W późniejszych latach kary mogą obejmować dodatkowe obowiązki, zakaz wyjścia z rówieśnikami, a w drastycznych przypadkach może być to i wyrzucenie z domu. Rozumiemy to doskonale, że z domu nie wyrzucimy pięciolatka choćby nie wiem jak się zachowywał, lecz 20 lat później, kiedy dziecko będzie regularnie pod wpływem alkoholu lub narkotyków demolować nasz dom, prędzej rozważymy takie wyjście.

Innymi słowy – w umyśle zdrowego człowieka nie istnieje taki czyn, którego dopuściło by się niemowlę lub kilkulatek, którego nie należałoby natychmiast wybaczyć.

Czy nie czulibyśmy się dobrze wiedząc że podobnie myśli o nas Bóg?

Czy Bóg patrzy na nas jako na małe, bezbronne, niewiele wiedzące słodkie kilkulatki, czy jak na 40-letnich bezrobotnych, nadużywających alkoholu i do tego regularnie bijących swoich rodziców?

Tyle mówi się o nieskończonej, niepojętej miłości Bożej, czy istnieją jej granice? Czy jesteśmy w stanie zrobić coś takiego, że Bóg powie „dość” i przestanie nas kochać albo odwróci się nie dając nam już żadnej szansy?

Otóż według religii, w Biblii jest kilka fragmentów wskazujących na to, że tak jest w istocie. Najpopularniejsze z nich dotyczą tak zwanego „nieprzebaczalnego grzechu”. Znaleźć je można we wszystkich ewangeliach synoptycznych.

Zaprawdę, powiadam wam: wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone.  Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego.  (Marka 3:28-29)

Dlatego powiadam wam: Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi nie będzie odpuszczone.  jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym. (Mateusza 12:31-32)

Każdemu, kto mówi jakieś słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie przebaczone, lecz temu, kto bluźni przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie przebaczone.  (Łukasza 12:10)

„Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia” – przyznam, że przez sporą część mojego życia ten tekst mnie bardzo niepokoił. Z jednej strony – czy oby już nie popełniłem takiego grzechu? Z drugiej – jak nieprzejednany i okrutny może być Bóg, jeśli za jeden czyn może od człowieka się odwrócić? Jakże mogę myśleć o Bogu jako o dobrym ojcu?

Jeżeli też masz podobne obawy, ten artykuł jest dla ciebie.

Wyżej wymienione fragmenty ewangeliczne nie należą do najłatwiejszych i najbardziej jasnych, o czym można przekonać się porównując różne tłumaczenia.

Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego.  (Biblia Tysiąclecia)
Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nie dostąpi odpuszczenia na wieki, ale będzie winien grzechu wiekuistego. (Biblia Warszawska)
Ale kto bluźni przeciwko Duchowi Świętemu, nie ma odpuszczenia na wieki, ale winien jest sądu wiecznego.  (Biblia Gdańska)
Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nie otrzyma nigdy odpuszczenia, ale zawsze będzie winien grzechu. (Biblia Poznańska)
Któryzaśkolwiek zbluźniłby przeciwko Duchowi Świętemu, nie ma przebaczenia/wyzwolenia na wiek ale winny jest wiecznego sądu (Ewangeliczny Przekład Interlinearny Biblii)
Ale ktokolwiek powiedziałby zło odnośnie Ducha Świętego nie ma przebaczenia na ten wiek, ale jest w niebezpieczeństwie sądu trwającego wiek. (tłumaczenie z angielskiego przekładu dosłownego Younga)

To jak z tym przebaczeniem, nie otrzyma go nigdy, na wiek, czy na wieki?

I czym się w tym fragmencie grozi – sądem wiecznym? Grzechem wiekuistym? Czy po prostu grzechem? I co to w ogóle jest „sąd wieczny”, o którym mówi Biblia Gdańska? Sąd trwający wieki? Czyżby sądownictwo niebiańskie było tak opieszałe jak polskie?

No i co to jest bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu? Gdzie jest definicja tego?

Otóż mamy szczęście – Biblia zawiera definicję tego bluźnierstwa! Co prawda w tylko jednym miejscu, ale zawiera!

Mówili bowiem: Ma ducha nieczystego. (Marka 3:30)

To wszystko? Tak, to wszystko.

Koncepcja nieprzebaczalnego bluźnierstwa występuje w całej Biblii tylko raz – choć powtórzona jest we wszystkich ewangeliach synoptycznych, jest to bez wątpienia nieco inaczej ujęta jedna i ta sama wypowiedź Jezusa – tutaj jednak sprawa ma się jeszcze prościej – wyjaśnienie, czym jest bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu znajdujemy jeden, jedyny raz.

O co chodzi w Mk 3:30? Spójrzmy kilka wersetów wcześniej:

Natomiast uczeni w Piśmie, którzy przyszli z Jerozolimy, mówili: Ma Belzebuba i przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy. (Mk 3:22)

I ten tekst – „Ma Belzebuba” – został przez Jezusa nazwany „grzechem przeciwko Duchowi Świętemu”.

Ponieważ zatem koncepcja ta nie występuje nigdzie indziej w Biblii, wysnuwam tezę, iż tekst ten nie ma absolutnie żadnego zastosowania praktycznego do nas, i jego studiowanie ma tylko historyczny aspekt poznawczy – czyli wiemy, co się stało i po co, ale przestroga, którą wyrzekł Jezus, odnosiła się tylko do tamtych czasów, tylko dla uczonych w Piśmie zarzucających Jezusowi bycie opętanym przez ducha nieczystego.

Z jednej strony zatem mogę spać spokojnie – nie jestem uczonym w Piśmie zarzucającym Jezusowi wyrzucanie demonów przez moc demoniczną. Tylko im Bóg nigdy jakiegoś grzechu nie wybaczy, nie mnie, nie moim bliskim.

Tak się jednak składa, że to wyjaśnienie jeszcze mnie nie zadowala, bowiem kłóci się z obrazem Boga, którego  znam. Zatwardziałych to znam tylko ludzi, a i to wiem, że nie będą zatwardziali na wieczność.
Moja percepcja Boga jednak oczywiście jest subiektywna i dowodem na nic nie jest, także zajrzyjmy do Biblii.

Istnieje bardzo zdrowa zasada interpretacji Biblii – „teksty trudne wyjaśniamy tekstami łatwymi”. Jeżeli jakiś temat poruszany jest w Biblii wielokrotnie i niektóre fragmenty tłumaczą je w sposób pozostawiający niewiele wątpliwości, przyjmujemy je za prawdziwe, a pozostałe dopasowujemy do tych pierwszych.

Albo… przyznajemy się do niewiedzy.

Najstarszy znaleziony, spisany tekst w języku polskim ma około 800 lat, i wygląda dokładnie tak:

najstarszy polski tekst
Day ut ia pobrusa a ti poziwai

Pisze i czyta sie go dzisiaj w nieco łatwiejszy sposób – „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj.” – czy jednak wiemy, co on oznacza?

No właśnie, nie jesteśmy pewni.

Zwłaszcza ostatnie słowo jest problematyczne i wybitny eksperci nie są pewni. Czy „poczywaj” znaczy „odpoczywaj” czy „podziwiaj”? Nikt nie wie na 100%.

Jeżeli eksperci nie są pewni co do zdania napisanego 800 lat temu, nie sądzisz, że Nowy Testament, napisany ok. 2000 lat temu, może również budzić momentami wątpliwości?

Fakt – w przypadku Biblii mamy bardzo dużo tekstów porównawczych, tysiące rękopisów, mamy też bardzo podobną grekę klasyczną i jej liczne dzieła, także generalnie wielkich problemów z Nowym Testamentem nie ma, jednak istnieją niektóre wyrazy lub wyrażenia bardzo rzadko spotykane. Wtedy najlepsi językoznawcy mogą jedynie rozłożyć ręce.

Istnieje też sporo pojęć mocno zakorzenionych w powszechnej kulturze i tak powszechnie znanych, że… nikt już ich nie definiuje. Gdyby za 1000 lat jakiś badacz trafił na archhiwum gazet z 2016 roku bardzo możliwe, że nigdzie nie znalazłby definicji słowa „komputer”.

Oba te problemy – że wyraz jest bardzo rzadko używany lub że jest zbyt powszechnie znany i nie definiowany – są często nie do obejścia dla tłumaczy języków starożytnych. Omawiany fragment o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu jest niestety problematyczny z obu tych powodów.

Jeśli poczytamy rozważania – tudzież dywagacje – teologów na temat grzechu nieprzebaczalnego (a czytałem ich kilkadziesiąt) zauważymy, że z połowa objętości ich tekstów poświęcona jest dwóm słowom – aion i aionios.

Oba z nich użyte są w naszych wersetach.

Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nie dostąpi odpuszczenia na wieki (aion), ale będzie winien grzechu wiekuistego (aionios). (Biblia Warszawska)

Przeczytajmy jeszcze raz powyższe tłumaczenia Mk 3:29. Występują między nimi dość znaczne różnice! Niektóre tłumaczenia coś pomijają z oryginalnego tekstu, jak gdyby ich tłumacze nie mieli pojęcia, jak coś przetłumaczyć Biblia Tysiąclecia nie tłumaczy słowa „aion” ale wstawia słowo „nigdy” (którego nie ma w tekście oryginalnym), natomiast Biblia Poznańska omija słowo „aionios”.

Co tak naprawdę oznacza „aion” i „aionios”?

Niestety, nigdzie nie ma w Biblii definicji tego słowa – było zatem na tyle powszechnie znane, że czytelnicy nie potrzebowali definicji. Jednocześnie nie jest jednak aż tak często w Biblii używane, byśmy mogli bez żadnych wątpliwości znaleźć ich polski odpowiednik pasujący w 100% przypadków.

„Aion” (Nr 165 w indeksie Stronga) oznacza „wiek”, „okres czasu”, „era”. W Biblii używany jest najczęściej na 3 sposoby:

1 – mówiąc „ten wiek” w sensie życie teraz – touto to aioni – (np. Mt 12:32, Łk 20:34, Rz 12:2)
2 – w określeniu „na wiek/wieki” – eis tous aiona(s) (np. Łk 1:55, J 6:58, Rz 11:36)
3 – w wyrażeniu najczęściej tłumaczonym jako „koniec świata” – synteleia tou aionos

Istnieje jeszcze przymiotnik „aionios”, i bierze on znaczenie od rzeczownika „aion”.

Język grecki jest dość skomplikowany, gramatyka używa wielu form, końcówek i wariacji, a mnóstwo wyrazów ma bardzo znaczeń, czasem krańcowo odmiennych tematycznie. Większość odmian tradycyjnej teologii, zarówno katolickiej jak i protestanckiej, uważa że choć sam „aion” na ogół oznacza jakiś konkretny okres czasu, „aionios” oznacza „wieczny”, podobnie jak w języku polskim mamy wyrażenie „na wieki”.

Teologia liberalna i uniwersalistyczna zakłada, że skoro „aion” oznacza „określony okres czasu”, nie może tak być, aby „aionios” oznaczał „wieczny”, a jedynie „odnoszący się do jakiegoś okresu czasu”. Mówią – skoro „aion” jest skończony, również „aionios” powinien być skończony.
Wszystkie artykuły jednak z zakresu teologii liberalnej, które czytałem, są… po angielsku. I to może wszystko tłumaczyć! Dla Polaka nie stanowi najmniejszego problemu fakt, iż mimo iż „wiek” oznacza określony na ogół okres czasu, „wieczny” oznacza nieskończony. Tak jest też w wielu innych językach. Tylko nie w angielskim 🙂 Osoba anglojęzyczna powie „to niemożliwe, żeby – skoro aion oznacza jakiś okres czasu – aionios oznaczał wieczny”! A ja na to – możliwe, i tak właśnie jest w języku polskim!

Fragment Mk 3:29 tłumaczony słowo po słowie brzmi „nie ma przebaczenia na WIEK” – jednak różni się to wyrażenie od miejsc, gdzie bez wątpienia chodzi o „ten wiek”; tam używany jest zaimek wskazujący „touto” – „ten”- tu zaś tylko przedimek określony.Wydaje mi się, że pewna część teologów nie wierząca w istnienie piekła poprzez zmianę słowa „wieczny” na „trwający wiek” chce, aby nasz fragment należało tłumaczyć „Kto popełnił bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu, nie ma przebaczenia w tym wieku” (ale ma w tamtym)”, ale takie tłumaczenie jest niepoprawne – po pierwsze – brak zaimka „touto”, po drugie – w Mt 12:32 jest powiedziane „ani w tym wieku, ani w przyszłym” – i wtedy jest użyty „touto”, czyli chodzi o „obecny wiek”… ale zaraz potem jest dopowiedzenie „ani w przyszłym”.

Wygląda na to, że „w tym wieku” bez zamika „touto” jest odpowiednikiem wyrażenia „ani w tym wieku, ani w przyszłym”, czyli… nigdy.

Chyba że… ma nadejść więcej wieków, niż jeden? Czyli że grzech nie będzie wybaczony ani na tym świecie, ani w przyszłym, ale w trzecim – tak? Spotkałem się i z takimi poglądami,ale to czyste dywagacje. Niektórzy utrzymują że „ten wiek” to był czas Izraela, „przyszły” – to era kościoła, a po tej erze nastąpi wieczność. Ponieważ jednak nigdzie w Biblii nie znajdziemy nie opisu „trzeciego wieku”, musimy również uznać, że są to dywagacje.

Konkludując, wygląda na to, że Jezus mówiąc „ani w tym wieku, ani w przyszłym” ma na myśli „ani teraz, ani nigdy”. Głowy za prawdziwość tego twierdzenia uciąć jednak bym sobie nie dał (mniej istotnych części ciała swego – też nie). Jeżeli kiedykolwiek znajdę lub odkryję jakiekolwiek rozwiązanie tego problemu, obiecuję przeredagować ten tekst! Nie sądzę jednak, że to kiedyś nastąpi. Myślę, że problemy językowe są tu na tyle wielkie, iż nie można jednoznacznie stwierdzić, co każde słowo znaczy.

Pomyślmy jednak nad taką sytuacją:

W pewnym kraju mnóstwo ludzi zalegało z podatkami. Po pewnym czasie kraj ten zaangażował się w niewielki konflikt zbrojny z sąsiadem.
Król ogłosił – jeżeli ktoś pójdzie na ochotnika jako żołnierz walczyć za kraj, jego dług podatkowy zostanie anulowany.
Jeżeli jednak ktoś nie zechce pójść do wojska, jego dług darowany nigdy nie będzie!
Co oznaczają te słowa króla?
Czy oznaczają, że unikający wojska dłużnicy będą torturowani?
Wydaleni z kraju?
Zamordowani?
Nie. Oznaczają tylko tyle, że swoje długi podatkowe wciąż będą musieli spłacić.
Kiedy po jakimś czasie zdobędą skądś pieniądze i w końcu dług spłacą, ich status nie będzie się róźnił od tych, którzy poszli na wojnę. Dług wobec „Fiskusa” i jednych, i drugich, będzie wynosił tyle samo – zero.

Wyraz „anulować dług” to dokładnie to samo wyrażenie, które we fragmencie o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu tłumaczone jest jako „przebaczyć„. Chrześcijanie jednak usilnie chcą we fragmentach o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu widzieć zapowiedź… wiecznych mąk grzeszników.

Nie sądzicie, że gdyby chodziło o coś takiego istotnego (w końcu ważą się losy naszej… nie tylko przyszłości, ale WIECZNOŚCI!), temat ten omówiony byłby gdzieś szerzej?

A jest on tylko raz… i to w ewangeliach.

Dlaczego „tylko”?

To, co to teraz napiszę, może wydać się herezją. Prawdopodobnie gdybym sam ileś tam lat temu to przeczytał uznałbym za herezję. Proszę jednak – pomyśl nad tym przez chwilę. Jeżeli to herezja, nic ci zaszkodzi, przecież wiesz, dlaczego wierzysz w to, co wierzysz, prawda?

Biblia podzielona jest na dwie części. Stary i Nowy Testament.

Większość chrześcijan widzi je jako zupełnie inne nowe światy, zupełnie inne epoki.

Czy jednak ten podział jest słuszny?

Spójrzmy na następujące dwa wersety:

Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem (Gal 4:6)

Lecz On [Jezus] odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela.  (Mt 15:24)

Pierwszy werset mówi nam, że Jezus został zrodzony „pod Prawem”. Znaczy to, że Jezus podlegał Prawu Mojżeszowemu, wraz z jego wszystkim 613 przykazaniami, i że Prawu temu podlegali wszyscy Żydzi (czyli wszyscy Jego apostołowie, uczniowie, rodzina itd.). A ten mały „szczegół” sprawia, że nasza sytuacja krańcowo jest odmienna od nich. My pod Prawem Mojżesza nie jesteśmy, Jezus jest końcem tego Prawa (Rz 10:4).

Drugi fragment, z Ewangelii Mateusza, mówi nam coś o czym mało kto wie i mało kto rozumie – otóż misja Jezusa nie była skierowana od początku w ogóle do nas! Mało tego, nie była nawet skierowana do wszystkich Żydów, ale jedynie do tych z domu Izraela (istniał jeszcze dom Judy)!

Jezus przyszedł i od początku zaczął głosić „nawróćcie się, przybliżyło się Królestwo Niebieskie” (Mt 3:2, Mk 1:15 itd.), ale czy ta wiadomość jest dzisiaj aktualna dla mnie? Co to znaczy „przybliżyło”? Czasownik eggizo, „przybliżyć”jest używany tylko do bardzo wielkiej bliskości lub niemal obecności; czy Jezus mógł mówić Izraelowi, że coś jest bliskie, jeśli miał na myśli tysiące lat? Toż wg Biblii cała historia ludzkości ma tylko kilka tysięcy lat!

Mógłbym podać wiele dowodów językowych na to, że te słowa Jezusa do nas się nie odnoszą, odnosiły się tylko i wyłącznie do Żydów w tym czasie, zawierały ofertę konkretnego Królestwa, tutaj, na ziemi, obiecanego przez proroków.

Królestwo to Żydzi jednak odrzucili.

Jakkolwiek by się wydawało to dziwne, Jezus nigdy nie oferował niczego poganom – nie-Żydom – NAM. Mało tego. Przez około 5 lat po Jego śmierci i zmartwychwstaniu dalej nikt tego nie robił. Zmiana nastąpiła dopiero wtedy, kiedy szczególne, ostateczne objawienie dostał apostoł Paweł.

Paweł potwierdził wielokrotnie, iż przesłanie, które dostał, nie zostało nigdy wcześniej przekazane światu

(…) zgodnie z Ewangelią i moim głoszeniem Jezusa Chrystusa, zgodnie z objawioną tajemnicą, dla dawnych wieków ukrytą, (Rz 16:25 b)

 

Mnie, zgoła najmniejszemu ze wszystkich świętych, została dana ta łaska: ogłosić poganom jako Dobrą Nowinę niezgłębione bogactwo Chrystusa i wydobyć na światło, czym jest wykonanie tajemniczego planu, ukrytego przed wiekami w Bogu, Stwórcy wszechrzeczy.   (Ef 3:8-9)

Co takiego zostało przekazane Pawłowi? Jaka jest ta tajemnica?
Paweł nigdy nie głosił „nawróćcie się, przybliżyło się Królestwo Niebieskie”. Nie wzywał do pokuty. Nie nawoływał do chrztu.

(…) [Bóg] nam oznajmił tajemnicę swej woli według swego postanowienia, które przedtem w Nim powziął dla dokonania pełni czasów, aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi. (Ef 1:9-10)

Tajemnica objawiona Pawłowi polega na tym, iż Bóg od początku historii planował zjednoczyć wszystkich ludzi – nie tylko naród wybrany, nie tylko Żydów, a nawet – o, zgrozo – nie tylko tych, którzy przed śmiercią zdążyli odmówić „modlitwę grzesznika”.

Wszystkich.

I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni (1 Kor 15:22)

aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem – ku chwale Boga Ojca. (Flp 2:10-11)

Czyż to nie wspaniałe? Nie ma sensu dzisiaj dzielić świata na tych, co już są „w Chrystusie” i na tych, którzy nie są – gdyż wcześniej czy później wszyscy w Nim będą! Zauważmy, że jeśli od decyzji podjętych w czasie ziemskiego życia zależeć miałaby wieczność człowieka, Biblia musiałaby być pełna ostrzeżeń i napomnień, abyśmy spieszyli do wszystkich znanym nam ludzi – rodziny, przyjaciół, zwłaszcza tych umierających, aby broń Boże nie odeszli z tego świata bez wypowiedzenia „Jezus, ufam Tobie”.

W Biblii jednak nie znajdziemy ani jednego takiego ostrzeżenia. Za to zalecenie „nie bój się” występuje w niej około setki razy.

Fragment o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu może nie być dla nas zupełnie jasny, tak jak wiele innych fragmentów. Jednak przesłanie Bożej miłości nie pomijającej żadnego człowieka jest jasna, i możemy ją znaleźć niemal na każdej karcie Biblii.

Religia przez wieki nauczyła się perfekcyjnie wypaczać przesłanie Bożej miłości. Gdyby Kościołom udało się zapewnić swoich wyznawców, że naprawdę Boga nie należy się obawiać, znaczna większość ludzi przestałaby natychmiast uczęszczać na nabożeństwa, bo dzisiaj robią to tylko ze strachu przed piekłem… wiele denominacji by natychmiast upadło… źródło dochodu dla rzeszy kleru przestałoby istnieć… dlatego starają się utrzymywać swoje owieczki w strachu, często nazywanego „Dobrą Nowiną”.

A prawdziwie dobra nowina brzmi – dzięki Chrystusowi problem grzechu między tobą i Bogiem po prostu nie istnieje.

Dzisiaj Bóg patrzy na ciebie tak, jak dobry, kochający rodzic patrzy na swoje malutkie dziecko. Nie ma takiego grzechu, który popełnisz, który u Niego poskutkowałby choćby zmarszczeniem brwi, nie mówiąc o jakimś wiecznym odrzuceniu!

mama dziecko

A grzechów ich oraz ich nieprawości więcej już wspominać nie będę. (Hebrajczyków 10:17)

Z bojaźnią i drżeniem (Filipian 2:12)

fear2
Czy masz fragmenty Biblii, przy czytaniu których czujesz strach?

Ja miałem ich bardzo wiele. I wiele z nich wywoływało u mnie negatywne emocje tyle razy, że nawet i dzisiaj, gdy je czytam, czuję niepokój, choć wiem już doskonale że jest on irracjonalny.

Jednym z takich fragmentów jest wers z drugiego rodziału Listu do Filipian:

A przeto, umiłowani moi, skoro zawsze byliście posłuszni, zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem nie tylko w mojej obecności, lecz jeszcze bardziej teraz, gdy mnie nie ma. (Flp 2:12)

Z bojaźnią i drżeniem… jak nam się kojarzy taki zwrot?

Przechodzisz przez podziemny tunel w niebezpiecznej dzielnicy miasta i słyszysz za sobą kroki?

Zdajesz poprawkowy egzamin, od którego zdania uzależnione jest twoje pozostanie na uczelni?

Masz rozmowę kwalifikacyjną po półrocznym okresie bezrobocia?

Podchodzi do ciebie dentysta z długą metalową szpilą, mówiąc „to może boleć”?

„Bojaźń i drżenie” kojarzy się ze strachem, i to nie byle jakim. A ponieważ zwrot ten występuje w sąsiedztwie słowa „zbawienie”, tworzy to następujące religijne tłumaczenie tego wersetu:

„Dołóżcie wszelkich starań by się nieustatnnie upewniać, czy jesteście zbawieni, i bądźcie przepełnieni strachem, aby przypadkiem nie skończyć w piekle, wiecznie płonąc w męczarniach”.

Kiedy wreszcie na poważnie zakwestionowałem fakt, iż Apostoł Paweł komukolwiek groził odnośnie tego, co się z nim stanie po śmierci, pozostało pytanie – no dobrze, ale o czym zatem wymieniony fragment Listu do Filipian mówi?

Zwrot „z bojaźnią i drżeniem” jest charakterystyczny dla języka apostoła Pawł. Występuje on w niezmienionej postaci trzykrotnie, i raz – w lekko zmodyfikowanej.

3 jego wystąpienia – poza Listem do Filipian – mają miejsce w Listach do Koryntian i Efezjan:

Serce zaś jego jeszcze bardziej lgnie ku wam, gdy wspomina wasze posłuszeństwo i to, jak przyjęliście go z bojaźnią i drżeniem. (2 Kor 7:15)

Niewolnicy, ze czcią i bojaźnią (z bojaźnią i ze drżeniem – Biblia Warszawska) w prostocie serca bądźcie posłuszni waszym doczesnym panom, jak Chrystusowi (Ef 6:5)

Natomiast w Pierwszym Liście do Koryntian Paweł zwrot ten nieznacznie modyfikuje, używając jednak tych samych rdzeniów wyrazowych:

I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. (1 Kor 2:3)

Czy widzimy w którymkolwiek przypadku uzasadnienie dla wniosku, iż Paweł rzeczywiście pisze o sytuacjach mających cokolwiek wspólnego ze strachem?

Ostatni fragment, w którym omawiane wyrażenie występuje, opisuje sytuację, gdy Paweł przyjechał do Koryntian, aby głosić im świadectwo Boże. Gdzie tu miejsce na strach?

W 2 Liście do Koryntian Paweł opisuje sytuację, w której musiał zganić Koryntian za ich postępowanie. Uczynił to również listem (najprawdopodobniej chodzi o Pierwszy List do Koryntian), i jakiś czas po jego otrzymaniu u Koryntian gościł współpracownik Pawła, Tytus. Paweł pisze, iż Tytus doznał u Koryntian pocieszenia, i że takiego samego pocieszenia doznał również Paweł, gdy Tytus go odwiedził i doniósł mu o zachowaniu Koryntian.

Paweł pisze, iż – gdy Tytus przybył do Koryntian – ci przyjęli go „z bojaźnią i drżeniem”. Czy Tytus w jakikolwiek sposób zagrażał Koryntianom? Nie. Gdyby go (lub Pawła) nie chcieli słuchać, mogli go prostu nie przyjąć. Kontekst tych słów to radość, dziękczynienie, zachęta. Gdzie tu miejsce na lęk?

Następny fragment – z Listu do Efezjan – jest, podobnie jak fragment z Listu do Filipian, nakazem. Jaki jest sens polecenia, by Efezjanie ze strachem byli posłuszni swoim właścicielom? Oczywiście, wielu niewolników miało powody się bać swoich właścicieli, ale czy istniałby jakikolwiek sens im ten strach zalecać lub nakazywać?

slaves

Tłumaczenie wyrażenia „bojaźń i drżenie”, kojarzące się z autentycznym lękiem, jest w tych wszystkich fragmentach nielogiczne! Ale od kiedy zresztą religia się przejmuje logiką..?

No i… co jednak wyrażenie to oznacza?

„Bojaźń” – greckie „fobos” – to słowo, od którego pochodzi termin „fobia”. Występuje w Biblii około 50 razy i bardzo często bez wątpienia odnosi się do autentycznego strachu:

Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu (fobos) krzyknęli. (Mt 14:26)

W wielu miejscach jednak o strachu mowy być nie może, jak choćby w tym wersecie, który opisuje reakcję kobiet po ujrzeniu zmartwychwstałego Jezusa:

Pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią (fobos) i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. (Mt 28:8)

O ile strachem mogły zareagować w pierwszej chwili po ujrzeniu Jezusa, to na pewno nie było go w nich, gdy biegły opowiedzieć o tym uczniom – czy strach może występować jednocześnie z radością?

„Fobos” jest często w Nowym Testamencie zalecane lub nakazywane (oprócz wspomnianych fragmentów z Listów do Filipian i Efezjan zobacz również 2 Kor 5:11, Rz 13:7, 1 P 1:17) – czy jest jakikolwiek sens nakazywać komuś strach, skoro w Biblii kilkadziesiąt razy znajdujemy zalecenie „nie lękajcie się”?

No dobrze, ale jak zatem pogodzimy to z faktem, iż są miejsca, w których „fobos” niewątpliwie oznacza strach, i że wiele wersetów go potępia, przykładowo ten (gdzie rdzeń „fobos” występuje aż 4 razy)?

W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości. (1 J 4:18)

Jeżeli jedno pojęcie jest raz ganione, a raz zalecane (i to przez tych samych autorów), wniosek może być tylko jeden – to samo słowo ma dwa (albo i więcej) odmienne znaczenia, i trzeba ich znaczenie rozpoznawać w kontekście. „Fobos” może zatem oznaczać strach, ale – jak wykazałem wyżej – na pewno nie oznacza go w omawianych przypadkach.

Popatrzmy do Listu do Rzymian:

Oddajcie każdemu to, mu się należy: komu podatek – podatek, komu cło – cło, komu uległość (fobos) – uległość, komu cześć – cześć. (Rz 13:7)

Nie wiadomo dlaczego tłumacze Tysiąclatki wybrali słowo „uległość”, gdyż język grecki posiada osobne znaczenie na „uległość” i żaden słownik takiego tłumaczenie „fobos” nie podaje. Biblia Warszawska używa natomiast słowa „bojaźń”, co też wydaje się niefortunne (dlaczego Paweł miałby nas namawiać do lęku?). Przygniatająca natomiast większość tłumaczeń angielskich używa tu słowa „respect” (szacunek), i to tłumaczenie wydaje się również zgodne ze słownikami Koine:

Phobos (Strong: 5401) a) strach, przerażenie, alarm b) obiekt strachu c) szacunek, respekt

Szacunek! Czyż nie wydaje się o wiele bardziej sensowne użycie tego słowa tam, gdzie polskie Biblie mają „bojaźń i drżenie”? Czy również służenie swoim panom (Ef 6:5) z szacunkiem nie brzmi o niebo rozsądniej niż służenie im z lękiem?

fear cat

Przyjrzenie się drugiemu z rzeczowników występujących w omawianym wyrażeniu – „drżeniu” (gr. tromos) niestety niewiele nam pomoże, gdyż występuje on w Biblii wyłącznie… jako część owego wyrażenia. Nie jest to jednak do naszych rozważań niezbędne – zaprezentowane dowody są wystarczające, by wiedzieć, czego na pewno ono nie wystarcza.

Tyle o słowach. Popatrzmy teraz dokładniej na główny omawiany fragment i jego bezpośredni kontekst:

A przeto, umiłowani moi, skoro zawsze byliście posłuszni, zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem nie tylko w mojej obecności, lecz jeszcze bardziej teraz, gdy mnie nie ma. (Flp 2:12)

Paweł zaczyna od pochwały – i to nie byle jakiej – chwali Koryntian, iż ZAWSZE byli posłuszni. Czy straszenie ich w następnych słowach nie wydaje się wręcz… chamskie? Nie na miejscu?

To tak, jakby rodzic powiedział dziecku „bardzo mi się podoba, jak cały czas utrzymujesz swój pokój w porządku! Nabałagań jednak, a sprawię ci lanie!”. To nie ma sensu!

Wszystkie powyższe problemy z tym tłumaczeniem bledną jednak przy tym, o którym napiszę teraz. Podczas studiowania tego fragmentu, przyznam, że oburzenie mną zatrzęsło, kiedy sobie uświadomiłem celowe oszustwo niektórych tłumaczy.

Porównajmy 3 najpopularniejsze polskie tłumaczenia Flp 2:12:

A przeto, umiłowani moi, skoro zawsze byliście posłuszni, zabiegajcie o własne zbawienie z bojaźnią i drżeniem nie tylko w mojej obecności, lecz jeszcze bardziej teraz, gdy mnie nie ma.  (Flp 2:12, Biblia Tysiąclecia)

 

Przeto, umiłowani moi, jak zawsze, nie tylko w mojej obecności, ale jeszcze bardziej teraz pod moją nieobecność byliście posłuszni; z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje sprawujcie. (Flp 2:12, Biblia Warszawska)

 

Przetoż, moi mili! jakoście zawsze posłuszni byli, nie tylko w przytomności mojej, ale teraz daleko więcej w niebytności mojej, z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie swoje sprawujcie. (Flp 2:12, Biblia Gdańska)

Zabiegać o” oznacza starać się o coś, czego się nie ma. Jeśli mówię, że ubiegam się w pracy o awans, znaczy to, że awansu tego nie mam.

Natomiast „sprawować” oznacza uzewnętrzniać coś, co się posiada (kiedyś zwrot ten używany o wiele częściej; dzisiaj może brzmieć nieco dziwnie). W oryginale jest słowo „katergazesthe„, które występuje w Biblii 22 razy i niemal zawsze oznacza jakiś efekt, czyn:

Z przykazania tego czerpiąc podnietę, grzech wzbudził we mnie wszelakie pożądanie. (rz 7:8)

Ale to właśnie grzech, by okazać się grzechem, przez to, co dobre, sprowadził na mnie śmierć (Rz 7:13 b)

Bo smutek, który jest z Boga, dokonuje nawrócenia ku zbawieniu, którego się /potem/ nie żałuje, smutek zaś tego świata sprawia śmierć. (2 Kor 7:10)

Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość.  (Jk 1:3)

Wystarczy bowiem, żeście w minionym czasie pełnili wolę pogan (1 P 4:3a)

I uwaga – wszystkie te cytaty również pochodzą z Biblii Tysiąclecia! Jak to zatem jest, że we wszystkich tych przypadkach katergazesthe tłumaczone jest jako czynienie czegoś, a tylko w Flp 2:12 – staranie się o coś?

Ano tak się dziwnie składa, że pasuje to bardzo do teologii tłumaczy Tysiąclatki: zbawienie to jest coś, o co trzeba zabiegać, bez żadnej gwarancji zbawienia, za to z perspektywą wiecznego smażenia w piekle w przypadku niepowodzenia. Bojaźń i drżenie byłaby zatem jak najbardziej na miejscu.

Protestanckie tłumaczenia wypadają o wiele lepiej, bo choć powtarzają zupełnie źle oddające oryginał „bojaźń i drżenie”, przynajmniej nie fałszują tłumaczenia wprowadzając kompletnie nieuzasadnione „zabiegajcie o”. Zostawiają jednak strach (sporo protestanckich Kościołów naucza przecież, że zbawienie można utracić, więc nawet ludzie zbawienie mają się czego bać – gdyż utrata zbawienia oznacza takie samo smażenie się w piekle, jak gdyby nigdy się zbawionym nie było).

(Zbawienie – tak naprawdę – nie ma nic wspólnego ani z niebem, ani z piekłem – więcej przeczytasz tutaj)

Tak, strach zawsze jest bardzo mile widziany w religii!

Następnym razem kiedy będziesz czytać omawiany tu fragment – lub jakikolwiek inny – i jeżeli wywoła on u ciebie lęk, obejrzyj ten werset dobrze, gdyż to nie Bóg ani autorzy Biblii ten lęk chcieli wywołać. Wywołała go religia, gdyż ona bazuje na strachu. Bez serwowania strachu, większość dziś pełnych kościołów stałaby pusta, a lista milionerów na świecie byłaby o wiele krótsza.

rich-guy

Gdyby Bóg chciałby nas traktować terrorem, czy nie użyłby bardziej efektowych środków niż kilka wieloznacznych (pozornie) wersetów z Biblii i masy wzajemnie przeczących sobie (już nie pozornie) kaznodziejów?

W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk (1J 4:18)

Chrzest

dziecko chrzczone

Czy wiesz, jakie jest pochodzenie wyrazu „chrześcijanin”?
Wielu (większość?) uważa, iż od wyrazu „chrzcić”. Nie jest to jednak prawda. „Chrześcijanin” pochodzi od słowa „Chrystus”. Tak, jak powszechne jest przekonanie, iż chrzest jest nierozerwalnie związany z chrześcijaństwem, powszechna jest również opinia, iż „chrześcijanin” to „ktoś, kto się daje ochrzcić”.

Powszechna, ale… czy słuszna?

Z poniższego artykułu możesz dowiedzieć się kilku naprawdę zaskakujących rzeczy, potrzebujesz jednak się bardzo otworzyć na możliwość zmiany swoich poglądów. Im lepiej znasz Biblię, tym – paradoksalnie – otwartość ta może okazać się trudniejsza.
child reading bible

* * *

Temat chrztu dzieli chrześcijaństwo. Chrzcimy niemowlęta czy tylko dorosłych? Wystarczy pokropić, czy trzeba zanurzyć? W imię Jezusa Chrystusa czy Boga, Ojca i Syna? A niektóre wyznania nawet określają, czy woda ma być stojąca czy może to być rzeka albo jak należy być podczas chrztu ubranym.

No i jaki w ogóle jest cel chrztu? Włączenie do kościoła? Zbawienie? Świadectwo swojej wiary?

Oczywiście… wszystkie wyznania twierdzą, iż opierają się na Biblii!

I – haha – ja też twierdzę, iż się na niej opieram. Moja opinia jednak… nie zawiera się w żadnej z wyżej wymienionych.

Podobno byłem ochrzczony jako niemowlę. Nie pamiętam, nie będę się upierać. Gdy miałem 20-kilka lat uznałem, że ważny chrzest jest tylko wtedy, kiedy się jest tego świadomym. Oparłem to na tym wersecie:

Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony (Mk 16:16)

„Uwierzy i przyjmie chrzest” – a nie „przyjmie chrzest I uwierzy” – stwierdziłem, razem w wielomilionową rzeszą większości protestantów ewangelicznych – iż kolejność jest kluczowa.
Poszedłem do kościoła baptystycznego i okazało się, że nie ma problemu, abym mógł być tam ochrzczony, wpierw jednak muszę odbyć coś w stylu lekcji przygotowującej. Podczas tej lekcji, cytowany wyżej Mk 16:16 pojawił się natychmiast (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jest to zdecydowanie najczęściej cytowany przez baptystów wers). I wtedy po raz pierwszy w głowie zaświtało mi niewygodne, heretyckie pytanie:

A czy ci, którzy uwierzą, ale nie przyjmą chrztu, też będą zbawieni, czy już nie?

 

Zadałem to pytanie. Zobaczyłem nieco zmieszane spojrzenie prowadzącego lekcję, i po chwili w odpowiedzi usłyszałem… ten sam werset przeczytany raz jeszcze. I żadnego wyjaśnienia.

I wiecie co? To samo pytanie zadawałem później wielu ludziom, i nigdy nie dostałem żadnej zadowalającej mnie odpowiedzi. Większosć, jak się okazało, nigdy się w ogóle nad tym nie zastanawiała.

Baptyści w ogromnej większości nie wierzą w konieczność chrztu do zbawienia, i nauczają, iż zbawienie odbywa się wyłącznie dzięki wierze. Faktem jednak jest, iż werset, który w temacie chrztu cytują najczęściej, mówi bardzo wyraźnie – aby zostać zbawionym należy uwierzyć i ochrzcić się.

Przez większą część życia zupełnie nie rozumiałem tego wersetu. Długo byłem przekonany, wraz z niemałą grupą biblistów, iż szesnastego rozdziału w Ewangelii Marka w ogóle być nie powinno. Dzisiaj myślę, że jak najbardziej być powinien, i stoi w absolutnej harmonii z resztą Biblii, wpierw jednak należy zapoznać się z kontekstem i terminologią. Zachęcam też do przeczytania artykułu rozważającego, co w Biblii może oznaczać wyraz „zbawiony”.

W czasie, gdy podchodziłem do chrztu, niewiele z tego wszystkiego rozumiałem, przyjąłem jednak cąłą protestancką teologię na zasadzie – skoro wszyscy w to wierzą, znaczy, że może ja jestem za głupi, by to zrozumieć.

Proszę – nie popełniaj tego samego błędu i nie myśl tak! Historia nie raz wykazywała, iż 99% populacji może być w totalnym błędzie. Prawda nie zna zasad demokracji!

Wiele lat później byłem na spotkaniu biblijnym w innym kościele baptystycznym, tym razem w USA, i nagle prowadzący spotkanie wypalił, że… był ochrzczony tylko jako niemowlę. Byłem w szoku. W Polsce raczej oczywiste bylo, iż osoba nieochrzczona świadomie nie może być w ogóle członkiem Kościoła baptystycznego, nie mówiąc o prowadzeniu grup biblijnych. Kiedy usłyszałem to wyznanie, zacząłem gorączkowo w myślach szukać jakiegoś wersetu, takiego w stylu „zaprawdę powiadam ci, lepiej ci kamień przywiązać do szyi, niż, będąc nieochrzczony, grupę biblijną prowadzić„. Albo przynajmniej „wyłączcie spośród siebie tych, którzy w wodzie zanurzeni świadomie nie zostali”.

Szukałem, szukałem… i w końcu otwarłem usta. Ze zdziwieniem usłyszałem własne słowa:

„Właśnie po raz pierwszy w życiu uświadomiłem sobie, że w Biblii nie znajduje się ani jedno miejsce, w którym nakazuje się, lub nawet zaleca, aby osoby wierzące się chrzciły„.

I jest to, czy się komuś podoba, czy nie, fakt.

Biblia zawiera zapis poleceń danych konkretnym ludziom. Oto jeden z najczęściej cytowanych fragmentów:

Nawróćcie się – powiedział do nich Piotr – i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego.  (Dz 2:38)

Moment – może ktoś powiedzieć – przecież ten tekst wyraźnie jednak mówi „niech każdy z was ochrzci się” – czyż nie?

Mówi, ale komu? Każdemu z „was”!

Księga Wyjścia 32:37 mówi „Tak mówi Pan, Bóg Izraela: Każdy z was niech przypasze miecz do boku.”. Czy naprawdę możemy odnosić tę kompletnie unikalną sytuację do nas? Duch Święty zstępuje na ludzi. Mówią innymi językami. Piotr wygłasza płomienne kazanie. I do kogo to kazanie? Kieruje je do „mężów Judejczyków i mieszkańców Jerozolimy” (Dz 2:14). Do Żydów.

swiecznik zydowski

Zapamiętaj ten fakt – do Żydów!

Jeśli ktoś ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, czy werset ten (Dz 2:38) możemy odnosić do siebie, proszę rozważyć następujące uwagi:

  • Kończy się on słowami „a weźmiecie w darze Ducha Świętego”. Czy protestanci wierzą, iż w momencie chrztu wodnego otrzymują Ducha Świętego? Nie.
  • Chrzest ten jest ” na odpuszczenie grzechów waszych ” – czy protestanci wierzą, iż chrzest odpuszcza grzechy? Nie.
  • A fakt, iż chrzest ten jest „w imię Jezusa Chrystusa”, a zdecydowana większość protestantów chrzci używając formuły trynitarnej, to już drobny szczegół.

Mamy do wyboru: albo zupełnie zignorować połowę tego wersetu (jak robi to niemal całe współczesne chrześcijaństwo) albo… uznać, iż fragment nie ma nic wspólnego z chrztem dzisiaj praktykowanym. Zwłaszcza tym praktykowanym przez protestantów. Jedynie bardziej tradycyjne – głównie katolickie – Kościoły – mogą go użyć do argumentacji swojej teologii. Ale na pewno nie baptyści, zielonoświątkowcy, i w ogóle niemal wszyscy protestanci ewangeliczni.

Czym zatem jest w  Biblii chrzest?

Prawda w tym wypadku jest zupełnie prosta, tylko na ogół nieznana i nierozumiana.

Zacznijmy może jednak od podstaw.

Co oznacza wyraz „chrzcić” w Biblii?

Oryginalne greckie słowo –  βαπτίζω  – baptizo – ma, owszem, podstawowe znaczenie jako „zanurzać”, ale używanie tego faktu jako argumentu, iż chrzest musi odbywać się przez zupełne zanurzenie jest nieuzasadnione. Podobnie jak w języku polskim czasownik ten może być używany w rozmaitych znaczeniach, dosłownych lub przenośnych.

Jeżeli zobaczysz zdanie „zanurzyła się w płynącej z głośników muzyce”, czy myślisz o kimś odbywajacym chrzest wodny? Nie. Z jakiegoś jednak dziwnego powodu większość chrześcijan widzi chrzest wodny wszędzie tam, gdzie w Biblii ów czasownik baptizo, zanurzać, występuje.

Ja was chrzczę wodą dla nawrócenia; lecz Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. (Mt 3:11)

Dosłownie brzmiałoby to „ja was zanurzam w wodzie dla nawrócenia (…) On was zanurzać będzie w Duchu Świętym i ogniu”. Widać świetnie, iż Biblia mówi też o innych rodzajach chrztu niż o tym w wodzie.

Popatrzmy jeszcze na ten werset:

Jezus im odparł: Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić, albo przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony?  (Mk 10:38)

Tutaj bez cienia wątpliwości słowa chrzest/ochrzczony nie mają nic wspólnego z wodą!

Geneza chrztu

Większość uważa, iż chrzest został wprowadzony przez Jana Chrziciela. To nie jest prawda. Zauważmy, iż gdy Jan rozpoczął swoją misję, nikt się nie pytał, co on robił. Pytali się go, dlaczego chrzci, z czyjego upoważnienia (J1:25), ale nikt się nie dziwił, czym chrzest jest, gdyż ta idea znana była już od dawna.

Popatrzmy na fragment Listu do Hebrajczyków:

 Są to tylko przepisy tyczące się ciała, nałożone do czasu naprawy, a /polegają/ jedynie na pokarmach, napojach i różnych obmyciach. (Hbr 9:10)

Autor pisze tu o przepisach Zakonu – Starego Testamentu, Starego Przymierza, i pisze o obmyciach. „Obmycia” zaś to w oryginale –  βαπτισμοῖς –  wyraz niemal identyczny z chrztem w liczbie mnogiej. Pierwszą wzmiankę o takim rytualnym użyciu wody znajdujemy w Księdze Wyjścia (2 Mojżeszowej):

Tak też powiedział Pan do Mojżesza: Uczynisz kadź z brązu, z podstawą również z brązu, do obmyć, i umieścisz ją między przybytkiem a ołtarzem, i nalejesz do niej wody. Aaron i jego synowie będą w niej obmywać ręce i nogi. (Wyjścia 30:17-19)

Różne wzmianki o obmyciach pojawiają się też w innych częściach Starego Testamentu (Kapłańska 15:13, Liczb 8:7), jednak konkretne przepisy formułujące znany dzisiaj chrzest znajdujemy dopiero w czasach międzytestamentalnych. W żydowskiej księdze religijnej Misznie znajduje się rozdział Mikwaot z opisem mykw.

mykwa

Mykwa

Mykwy to odpowiednik dzisiejszych protestanckich baptysteriów (chrzcielnic) i używa się ich zarówno do rytualnych obmyć z nieczystości, jak i do przyjmowania neofitów w poczet wyznawców judaizmu.Dzisiaj używane są głównie przez ortodoksyjnych żydów. Chasydzi przykładowo mają obowiązek skorzystania z nich codziennie przed modlitwą.

Nie ma 100% pewnego źródła podającego kiedy rozpoczęto praktykę chrztu prozelickiego, tzn. chrztu ludzi pragnących przystapić do narodu Izraela, ale „zwoje z Qumran” wskazują, iż praktykowali go Eseńczycy od II wieku pne i że był bardzo popularny, także kiedy wystąpił Jan Chrzciciel, niemal wszyscy w okolcy Jerozolimy już ten chrzest znali. Dziwne mogło być jedynie to, iż Jan chrzcił Żydów, gdyż oni – we własnym mniemaniu – tego symbolu obmycia nie potrzebowali.

Kazania Jana Chrzciciela były oszałamiająco skuteczne.

Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając /przy tym/ swe grzechy. (Mk 1:5)

Co ciekawe, nawet jeśli przyjmiemy iż „wszyscy” i „cała kraina” w powyższym wersie oznacza, dajmy na to, połowę populacji, mielibyśmy wciąż do czynienia co najmniej ze stu tysiącami ludzi. Jeśli wyobrażamy sobie, iż ludzie klękali przy Janie, odbywali spowiedź i Jan zanurzał ich w wodzie – Jan pewnie do dzisiaj musiałby pełnić tę misję. Najprawdopodobniej chrzcił obryzgując wodą całe grupy ludzi a „wyznawanie grzechów” mogło być formą spowiedzi powszechnej, niekoniecznie nawet ktokolwiek otwierał przy tym usta. Samo przyjście na miejsce chrztu było wyznaniem grzechów.

W każdym razie odbiorcą tego chrztu byli wyłącznie Żydzi.

Oprócz Jana, w Ewangeliach również chrztu wodnego udzielają uczniowie Chrystusa (J 4:2), wciąż jednak jedynymi adresatami wszystkich działań są wyłącznie Żydzi.

Wróćmy jeszcze raz do 16. rozdziału Ewangelii Marka. Sekciarze lubią wyrywać z kontekstu, czyż nie? Nie bądźmy sekciarzami i popatrzmy na nieco szerszy kontekst:

 I rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą;  węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie. (Mk 16 15-18)

Kiedy głosisz innym Ewangelię, czy nosisz ze sobą truciznę, aby sprawdzić, czy ktoś naprawdę uwierzył? Albo przynajmniej grzechotnika w klatce? Bo „nowe języki” to nic trudnego, nawet hindusi nimi mówią (konia z rzędem jednak temu, kto taki język wiarygodnie przetłumaczy).

A ci odzyskają zdrowie” Dlaczego wciąż zatem hospicja wciąż funkcjonują, i codziennie umierają w nich ludzie, przecież według Mk 16:18 wszyscy wierzący mają dar uzdrawiania! Jak to jest? Czy Jezus się mylił? Czy Ewangelia Marka się myli?

A jeśli ani jedno ani drugie, to… o co chodzi?

Wyjątkowo – nie o pieniądze.

Proszę o szczególną uwagę!

Ewangelie w ogromnej większości nie są częścią Nowego Testamentu.

A Jezus Chrystus przyszedł wyłącznie do Żydów.

Brzmi heretycko? No i fajnie! Nie przejmuj się tym, jak to brzmi. Popatrz, co znajdziesz w Biblii na poparcie lub obalenie tych twierdzeń. Jeśli uznasz, że Biblia głosi coś innego, po prostu je odrzucisz.

Oto, co ja widzę w Biblii:

Przymierza, generalnie, zawierane były między Bogiem a Izraelem:

Są to Izraelici, do których należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice.  (Rz 9:3)

A co z ostatnim przymierzem, zwanym „Nowym”, o którym wspomina Biblia?

 Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej (1 Kor 11:25b)

I teraz proszę o szczególną uwagę.

Do niedawna byłem przekonany, iż Stare Przymierze, czyli Stary Testament („testamentum” to po łacinie przymierze) zawarte było z Izraelem, a Nowy – z całym światem.

Niestety, byłem w błędzie (nie wiem jak to w ogóle możliwe, ha ha ha). Zupełnie zignorowałem nadzwyczaj jasne fragmenty, w których Nowe Przymierze pojawia się po raz pierwszy.  A jest to Księga Jeremiasza. Łatwe do zapamiętania namiary na tekst, 31:31 –

Oto nadchodzą dni – wyrocznia Pana – kiedy zawrę z domem Izraela i z domem judzkim nowe przymierze. (Jer 31:31)

Z kim Bóg zawiera przymierze? Z domem Izraela i Judy! Z Żydami!

W dalszej części 31. rozdziału Jeremiasza znajdują się też następujące, dobrze znane, słowa:

Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu. (Jer 31:33b)

Czy chodzi tu o chrześcijan? O jakich prawach pisał Jeremiasz? Pisał o zakonie Mojżesza, bo tylko do niego odnosi się termin „prawo” w całej Biblii. Czy chrześcijanie mają w sercu wypisane obrzezanie, system ofiarniczy i pozostałe przepisy (w sumie 613) Prawa?

Nie. To tylko jeden z dowodów na to, że Nowe Przymierze nie zostało nigdy zawarte z poganami.

Czyżby niemal 100% Biblii dotyczyło Żydów?

Zanim odpowiem na to pytanie, przeczytaj jeszcze jeden werset:

(mówi Jezus:) Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela. (Mt 15:24)

Nie zdziwiłbym się, jeśli czytasz ten tekst pierwszy raz. Współczesna religia lubi go omijać, nie za bardzo wie, jak go wyjaśniać. Nie sposób jednak odczytać go inaczej, niż dosłownie. Jezus przyszedł do Żydów, mieszkał wśród nich i to, co mówił, mówił do Żydów. Znajdziemy w Biblii kilka przykłady sytuacji, kiedy to rozmawiał z przedstawicielami innych narodów, i jest to tak nadzwyczajne, iż za każdym razem narodowść rozmówcy jest dokładnie opisana.

Popatrzmy też na nakaz, który daje przy innej okazji swoim uczniom:

Tych to Dwunastu wysłał Jezus, dając im następujące wskazania: Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego! Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. (Mt 10:5-7)

„Inne owce” z J 10:16 nie odnosi się wcale do pogan – pamiętajmy, iż Żydzi to nie tylko dom Izraela, ale i dom Judy, i to do Judy odnosi się to wyrażenie. Poganie nigdzie w Biblii nie nazywani byli owcami.

Ewangelie zatem opisują historię misji, którą Syn Boży, Jezus Chrystus, skierował do pogan. Nie oznacza to jednak, że my – nie Żydzi – powinniśmy usunąć tę część z Biblii jako nieużyteczną – musimy za to pamiętać, iż wiele rzeczy, które mówił Jezus, do nas się po prostu nie odnoszą. Analogicznie, jak nie odnosi się do nas 613 przykazań, które Bóg przekazał Mojżeszowi.
mojzesz
Popatrzmy jeszcze na kolorowo zaznaczone słowa z wyżej cytowanego Mt 10:5-7 – bliskie jest… co to znaczy „bliskie”? Większość ludzi widzi w „królestwie niebieskim” zapowiedź końca świata – totalnego zniszczenie grzechu i szatana i wspólnego życia wszystkich zbawionych z Bogiem. Minęło jednak 2000 lat i nic takiego się nie stało – a wyraz tłumaczony jako „bliskie” jest używany tylko do czegoś co ma się wydarzyć w najbliższej przyszłości. Jest użyty i w tym tekście:

Potem wrócił do uczniów i rzekł do nich: Śpicie jeszcze i odpoczywacie? A oto nadeszła godzina i Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników. (Mt 26:45)

„Nadeszła godzina” i „bliskie” to to samo słowo w greckim oryginale! Więc nie może tu być mowy o żadnym „końcu świata”. Koniec świata brzmi jednak świetnie, jeśli chcesz kogoś nastraszyć, i zmusić do częstszego chodzenia do kościoła, i do większych ofiar pieniężnych.

Czym zatem jest „królestwo niebios”?

Po pierwsze, wyraz „niebios” jest bardzo chybionym tłumaczeniem.  Greckie wyrażenie „ouranos” występuje wyłącznie w Ewangelii Mateusza, w równoległych tekstach Ewangelii Marka i Łukasza znajdziemy wyrażenie „Królestwo Boże” lub „Boga”. Mało znanym faktem jest bowiem to, że pobożni Żydzi nie tylko unikali wymawiania imienia Bożego (Jahwe), ale nawet czasem zastępowali same słowo „Bóg” innymi słowami, w tym i „niebiosa”, natomiast Ewangelia Mateusza skierowana jest właśnie do nich. Kiedy słyszymy „Królestwo Niebios” wydaje nam się, że chodzi o królestwo w „Niebie”, tymczasem chodzi o Królestwo Boga. Królestwo to – przepraszam rozczarowanych – obiecane było wyłącznie Izraelowi. Nigdzie w Biblii nie znajdziemy żadnej wzmianki o obecności pogan w Królestwie Bożym.
Jest to niewątpliwie temat na co najmniej bardzo obszerny artykuł – na razie ograniczę się do przekazania swoich wniosków – jeśli będzie taka potrzeba, ujmę ten temat osobno. W wielkim zatem skrócie – zauważmy ciekawą rzecz: Królestwo Boże oferowane było Izraelowi trzykrotnie, i za każdym razem miało to związek z chrztem w wodzie.

1. Jan Chrzciciel

jan chrzciciel

W owym czasie wystąpił Jan Chrzciciel i głosił na Pustyni Judzkiej te słowa:  Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie.  (…) Przyjmowano od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy. (fragmenty Mt 3:1-6)

I jak zareagował Izrael?

Na polecenie ówczesnego króla (dokładniej – tetrarchy) żydowskiego Heroda Antypasa, został zamordowany.

2. Jezus Chrystus

jezus

A kiedy Pan dowiedział się, że faryzeusze usłyszeli, iż Jezus pozyskuje sobie więcej uczniów i chrzci więcej niż Jan – chociaż w rzeczywistości sam Jezus nie chrzcił, lecz Jego uczniowie (J 4:1-2)

I jak zaregował Izrael?

Za namową starszyzny żydowskiej, został zamordowany przez rzymskie wojsko.

3. Apostołowie

szczepan

Mowa Piotra tuż po „Dniu Pięćdziesiątnicy”:

Nawróćcie się – powiedział do nich Piotr – i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego. (Dz 2:38)

I jak zareagował Izrael?

Począwszy od ukamienowania Szczepana, prześladował wszystkich apostołów.

Trzykrotnie skierowano zaproszenie do Izraela, i trzykrotnie zostało odrzucone.

I wtedy… pojawia się ktoś, kto jest zapewne ostatnią osobą na kuli ziemskiej, którą moglibyśmy podejrzewać o spełnianie woli Bożej – Szaweł (Saul), gorliwy Żyd, prześladujący uczniów Chrystusa na wszelkie możliwe sposoby, nie wyłączając morderstw. (Dz 7-8).

W Dz 9 dzieje się rzecz niesamowita. Szaweł zostaje przemieniony przez samego Chrystusa. Zamiast niesienia śmierci zaczyna nieść miłość.

A temat chrztu w wodzie… przestaje istnieć.

I nie sądzę, aby dzisiaj powinien istnieć w ogóle.

Zgadzam się, że moja teza może brzmieć rewolucyjnie. Wspominałem już we wstępie – chrześcijanie kłócą się w jakim wieku i w jaki sposób chrzcić, ale wszystkie jednak ważniejsze denominacje nie mają wątpliwości co do tego, że trzeba chrzić. A ja spytam – gdzie Biblia nakazuje mi chrzest? We wszystkich miejscach, gdzie mowa jest o chrzcie w wodzie, mogę wykazać, że chrzczeni byli wyłącznie Żydzi lub prozelici przyłączający się do Izraela.

A co, ktoś powie, zrobimy z faktem, iż sam Apostoł Paweł chrzcił?

Owszem, ochrzcił kilka osób (1 Kor 1:16), ale kilka słów dalej stwierdza, iż Chrystus go nie posłał, by chrzcić (1 Kor 1:17), a nie może to oznaczać po prostu tego, że Paweł zlecał nie chrzcił osobiście, tylko zlecał to innym (bo co, sam miał reumatyzm?). Teraz jeszcze raz proszę o szczególną uwagę – czasami pojedyncze słowa mają wielkie znaczenie, i tak jest tutaj. Mówiąc „chrzcił” Paweł nie mówił o czynności zanurzania w wodzie. Pisząc „nie posłał mnie Chrystus, bym chrzcił, ale bym głosił Ewangelię” Paweł przeciwstawia chrzest Ewangelii! A pisząc „chrzest”  odnosi się oczywiście nie do samego chrztu, lecz wcześniejszej Ewangelii – Ewangelię Królestwa Bożego, której elementem jest chrzest w wodzie dla odpuszczenia grzechów, Ewangelii Łaski, która sam głosi. Pierwsza skierowana była wyłącznie dla Żydów, druga – dla całego świata. Zachęcam tutaj do przeczytania artykułu „Ile jest Ewangelii„.

Dlaczego jednak Paweł kogokolwiek ochrzcił? Zapewne z tego samego powodu, dla którego… obrzezał Tymoteusza! (Dz 16:3b) Biedny Tymoteusz! Aby nie gorszyć religijnych Żydów!

Począwszy od patriarchów, kontynuując przez królów, proroków, kończąc na uczniach i apostołach – wszyscy głosili religię z elementami ceremonii. Ludzie tego chcieli. O wiele łatwiej zrozumieć coś, co się widzi. O wiele łatwiej jest być uczestnikiem czegoś, w czym się bierze fizyczny udział. Ale nie to było celem Bożym. Co naprawdę ciekawe, rozumienie tego, iż dopiero Paweł zaczął głosić Ewangelię wolności, w której nie istnieją żadne ceremonie i gdzie przykazania nie są już wymaganiem do czegokolwiek, rzuca nowe światło na mnóstwo fragmentów Nowego Testamentu, które brzmią bardzo legalistycznie.

  • Ojciec nam nie przebaczy, jeśli my nie przebaczymy ludziom (Mt 6:15)?
  • Tylko ten wejdzie do Królestwa, kto spełnia wolę Boga (Mt 7:21)?
  • Jeśli się nie nawrócimy, wszyscy tragicznie zginiemy (Łk 1:5)?
  • Wielu będzie chciało być zbawionymi, ale nie będą (Łk 13:24)?

Nie, te groźby nas nie dotyczą. Nie stoimy przed tymi wydarzeniami historycznymi, co wtedy Izrael, i nikt nie oferuje nam królowania w Jerozolimie.

No a co zrobić z faktem, że blisko 100% chrześcijan – czyli 30% populacji świata – wierzy, iż chrzest jest doktryną chrześcijańską?

Cóż, onegdaj blisko 100% populacji świata wierzyło, iż Ziemia jest płaska.

plaska ziemia

Niesamowite trudności i sprzeciwy musiały towarzyszyć pierwszym ludziom, którzy twierdzili coś przeciwnego. Ale gdyby nie oni, i gdyby nie mnóstwo innych, którzy odważyli się porzucić wygodny brak samodzielnego myślenia, świat stałby w miejscu.

Bóg dzisiaj nie wymaga od ludzi ani chrztu, ani niczego innego, aby mogli doświadczyć od Niego miłości i przebaczenia. Cokolwiek było ze strony człowieka do zrobienia, Chrystus zrobił to za nas. Gdyby ten fakt stał się powszechnie znany, zniknęłyby instytucje religijne, których tak naprawdę jedynym celem jest zarabianie pieniędzy na wystraszonych piekłem ludziach.

Powodzenia w zmienianiu świata!

ostatnia edycja: 1 stycznia 2017

Pewność Zbawienia

diabel-niebo-pieklo-aniol
Zbawić, zbawiony, zbawienie – te słowa są jednymi z najczęściej używanych przez chrześcijan. Tak często, że nikt nie kwestionuje, co one oznaczają. Przez wiele lat aktywnego uczestnictwa w wielu wspólnotach chrześcijańskich – zarówno katolickich jak i protestanckich – słyszałem mnóstwo pytań typu „kto może być zbawiony” albo „czy można utracić zbawienie”, podczas gdy nikt nie spytał „co to znaczy zbawiony?” lub „co to jest zbawienie?”.

Dlaczego???

Nikt nie pytał… ja też nie! Przez wiele lat przynależności do różnych grup chrześcijańskich, setek studiów biblijnych i rozmów, nigdy nie przyszło mi do głowy zadać takich pytań. Może było to na tej samej zasadzie, przez którą większość ludzi nigdy nie zastanawia się, mieszanką jakich gazów tak naprawdę oddycha?

A zadanie tego pytania mogło by zmienić moje życie wiele lat temu. Ty nie musisz tracić wielu kolejnych lat i możesz zmienić je już dzisiaj!

 Co to jest zbawienie?

Odpowiedź religii – zbawienie to ułaskawienie od pójścia na wieczne męki do piekła.

happy_devil

A ja spytam – czy Biblia gdziekolwiek mówi coś takiego?

Czy ktokolwiek może mi pokazać jeden, jedyny werset, który to mówi?

 Nie.

W Biblii, wyraz tłumaczony jako „zbawienie” to grecki wyraz σωτηρία (czyt. soteria) lub hebrajski יְשׁוּעָה (czyt. jeszua – brzmi znajomo?). Czasownik „zbawić” z kolei to grecki wyraz σῴζω (sozo) lub hebrajski יָשַׁע (jasza). W sumie słowa te występują prawie 300 razy w Starym Testamencie i 200 w Nowym.

Mają różne znaczenia (wyrazy w greckim i – zwłaszcza – hebrajskim – mają zazwyczaj mnóstwo znaczeń), ale wszystkie słowniki są zgodne, że w przygniatającej większości przypadków, powinno się je tłumaczyć bądź to „ratować” lub „uzdrawiać„.

Uzdrowienie nie jest w Biblii prawie wcale używane w „uduchowiony” sposób i tam, gdzie się pojawia, w kontekście jest najczęściej konkretna choroba.

jesus_healing

Poniżej na czerwono zaznaczam wyrażenia, które tłumaczone są z tych samych greckich słów, które gdzie indziej są tłumaczone jako „zbawić/zbawiony”.

 Bo sobie mówiła: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa (sothesomai – będę uzdrowiona) – . Jezus obrócił się, i widząc ją, rzekł: Ufaj, córko! Twoja wiara cię ocaliła (sezoken – uzdrowiła). (Mt 9:21-22)

 

Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała (sothe – była uzdrowiona) i żyła. (Mk 5:23)

 

On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła (sezoken – uzdrowiła), idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! (Mk 5:34)

 

A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie (esozonto – byli uzdrawiani). (Mk 6:56b)

 

A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem (sozei – uzdrowi) i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone. (Jk 5:15)

Będąc konsekwentnym w tłumaczeniu, należałoby powyższe wyrażenia przetłumaczyć odpowiednio: będę zbawiona, została zbawiona, bądź zbawiona, zostali zbawieni i zbawi.

Zwróćmy uwagę na poetycką wyobraźnię tłumaczy. Ktoś, kto czyta Biblię wyłącznie po polsku, nie ma szans na zapoznanie się z faktem, iż owe „ocaleć”, „być zdrowym” lub „być ratunkiem” to tak naprawdę to samo słowo, które tłumaczy się gdzie indziej jako „zbawić”.

Niewątpliwie w kontekście fizycznego uzdrawiania nie ma ani słowa o piekle. W ogóle nie dotyczy to życia „pozagrobowego”.

W Starym Testamencie również nie ma mowy o zbawieniu od wiecznych mąk w piekle, jako że – temat życia pozagrobowego prawie nie istnieje w Starym Testamencie. Bóg dał ludziom przykazania i obiecał, że jak ich będą przestrzegali, będzie im się wiodło na ziemi, będą mieli długie, dostatnie i bezpieczne życie; w przeciwnym wypadku spadać będą na nich różne nieszczęścia. Ani słowa o tym, co po śmierci.

Zbawienie = ratunek

Zróbmy eksperyment – zapytajmy 10 ludzi, czym jest ratunek. Lub poprośmy, aby podali przykład ratunku. Wątpię, czy wypowiedzi chociażby dwojga z nich się pokryją. Ratunek to pojęcie bardzo ogólne. Można ratować od głodu, od choroby, od wypadku samochodowego. Sąsiad może nas poratować od braku cukru w domu a zdolny specjalista od reklamy może uratować firmę przed bankructwem.

Słowo „ratunek” jest w naszym języku bardzo wieloznaczne i bez dokładnego kontekstu nie mamy szans na zorientowanie się, o jaki rodzaj ratunku chodzi.

rescue_wheel
„KOŁO ZBAWIENIA” ? 🙂

W językach biblijnych jest podobnie. W Biblii jednak – niestety dla nas – dość rzadko kontekst tego wyrazu umieszczony jest w tym samym zdaniu. Bez dokładnej analizy kontekstu nic nie zrozumiemy, podobnie jak niewiele zrozumiemy, gdy zobaczymy w gazecie tytuł „Uratowano pana Zdenka” bez przejrzenia jego treści.

Oto pięć pierwszych wystąpień wyrazu „jeszua” (zbawienie) w Biblii (jego tłumaczenie zaznaczę na czerwono):

Zbawienia twego oczekuję, Panie. (Rdz 49:18)

 

Na to rzekł Mojżesz do ludu: Nie bójcie się, wytrwajcie, a zobaczycie pomoc Pana, której udzieli wam dzisiaj!

Egipcjan, których dzisiaj oglądacie, nie będziecie już nigdy oglądali.(Wj 14:13)

 

Pan jest mocą i pieśnią moją, i stał się zbawieniem moim. On Bogiem moim, przeto go uwielbiam; On Bogiem ojca mojego, przeto go wysławiam. (Wj 15:2)

 

Utył Jeszurun i wierzga -Utyłeś, stłuściałeś, zgrubiałeś – I porzucił Boga, który go stworzył, Znieważył skałę zbawienia swojego. (Pwt 32:15)

 

I modliła się Anna i rzekła:Weseli się serce moje w Panu,Wywyższony jest róg mój w Panu, Szeroko rozwarte są usta moje nad wrogami mymi, Gdyż raduję się ze zbawienia twego. (1 Sm 2:1)

(Tym razem użyłem tłumaczenia Biblii Warszawskiej, ale zachęcam do sprawdzenia, jak to brzmi w najpopularniejszej w Polsce Biblii Tysiąclecia – ona o wiele rzadziej używa terminu „zbawienie”).

Zachęcam do skorzystania z konkordancji biblijnej aby się przekonać – zarówno w Starym jak i w Nowym Testamencie wyrazy zbawienie i zbawić najczęściej nie precyzują w tym samym zdaniu, od czego owe zbawienie (ratunek) jest.

I tu jest właśnie szerokie pole do religijnych przekrętów!

Weźmy ostatni z wyżej cytowanych wersetów. Anna modli się słowami „raduję się ze zbawienia twego”.

Anna cieszy się, że nie pójdzie do piekła?

A kontekst jest taki: Anna uprzednio cierpiała, gdyż nie miała syna. W odpowiedzi na jej modlitwy Bóg dał jej syna, i Anna była wdzięczna za tę pomoc – wyraz zbawienie oznacza w tym kontekście właśnie pomoc.

Podkreślę ponownie – Stary Testament nie zajmuje się życiem pozagrobowym.

Kiedy popatrzymy na więcej przykładów ze Starego Testamentu okaże się, że zbawienie najczęściej oznacza tam ratunek przed śmiercią – bardzo często w kontekście bitew i wojen, przykładowo:

Nie waszą rzeczą będzie tam walczyć, ustawcie się tylko i stójcie, i oglądajcie ratunek Pana, o Judo i Jeruzalemie! Nie bójcie się i nie lękajcie! Jutro wyjdźcie przed nich, a Pan będzie z wami! (2 Krn 20:17)

 

A co w przypadku Nowego Testamentu?

Tym razem poszukam nie rzeczownika, a czasownika – będzie to „sozo” (zbawić). Oto pięć jego pierwszych wystąpień w Nowym Testamencie:

Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów . (Mt 1:21)

 

Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: Panie, ratuj, giniemy! (Mt 8:25)

 

Bo sobie mówiła: żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa. (Mt 9:21)

 

Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mt 10:22)

 

Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! (Mt 14:30).

Dla dokładności nadmienię, że pominąłem wers Mt 9:22 – jako że zawiera to samo słowo co użyte w wersecie go poprzedzającym.

Czy w każdym z wyżej wymienionych fragmentów jest mowa o zbawieniu od mąk w piekle?

Czy w… którymkolwiek?

Pierwszy z wymienionych fragmentów (Mt 1:21) w ogóle nie podaje definicji, co oznacza „zbawić od grzechów”, jednak droga od „zbawienia od grzechów” do „zbawienia od piekła” jest długa, kręta, i… zmyślona przez religię.

Drugi fragment (Mt 8:25) – mówi o zbawieniu – ratunku – od śmierci w morzu. To samo z fragmentem ostatnim (Mt 14:30)

Mt 9:21 – tu sozo oznacza uleczenie od choroby.

Mt 10:22 – w kontekście są prześladowania uczniów Chrystusa tu, na ziemi, a zbawienie oznacza uratowanie od śmierci. Odnosiło się to do konkretnego czasu i do nas w ogóle nie ma zastosowania, choć wiele denominacji wyrwało ten werset z kontekstu i naucza, że jeśli się odstąpi od wiary przed śmiercią, pójdzie się do piekła… i tym podobne bzdety.

Ponownie zachęcam – weź do ręki konkordancję i prześledź więcej przykładów wystąpienia słów sozo i soteria w Nowym Testamencie! Jeśli czas ci pozwoli – znajdź wszystkie! Wtedy przekonasz się, że wyraz „zbawienie” nigdzie nie występuje w kontekście losu człowieka po śmierci! Terminy te nigdy nie stoją w kontekście życia wiecznego z Bogiem, piekła, nieba, niemal zawsze natomiast odnoszą się ratunku od śmierci, choroby lub niedostatku. Nowy Testament zawiera też sporo proroczych ostrzeżeń przed pogromem Żydów przy zniszczeniu Jerozolimy w roku 70 (według  historyków zginęło wtedy ponad milion Żydów). Niewątpliwie o tym mówi Jezus w Mt 24.

Apostoł Paweł używa często pojęcia „zbawienia” w jeszcze innym znaczeniu, i podanie jego definicji wyłącznie na podstawie Biblii jest trudne, gdyż sam Paweł również jej nie podaje, choć często terminem zbawić/zbawienie się posługuje. Bez wątpienia jednak też nie jest to zbawienie od piekła… jako że wyrazu „piekło” brak w słowniku Pawła. Brak go również w słowniku któregokolwiek innego autora Biblii, choć tłumacze, oczywiście, mogą wykazywać się w tej kwestii fantazją.

* * *

Co w tej chwili myślisz? Że to, co piszę, wygląda bardzo sekciarsko? Zgodzę sie. Pozwolę sobie na kilka osobistych akapitów.

Chciałbym móc zobaczyć swoją reakcję 10 lat temu, gdybym przeczytał ten artykuł. Bardzo możliwe, że po dwóch akapitach przestałbym czytać.

Dlaczego?

Dlatego, że chociaż nic z tego, co tu piszę, nie brzmi (moim skromnym zdaniem) fantastycznie, argumenty przedstawiam jasno i opieram się na ogólnodostępnych i niekwestionowanych źródłach jak popularne słowniki i leksykony biblijne, to najstraszniejszą rzeczą w tym wszystkim jest to, że… stoi to w opozycji do niemal całego współczesnego chrześcijaństwa. A przeciętny człowiek lubi żyć w społeczeństwie i być w jakiś sposób do niego przystosowany, a nie odstawać na kilometr.

Kościoły takie jak rzymskokatolicki, prawosławny, ewangelicko-augsburski czy zielonoświątkowy różnią się między sobą w wielu istotnych kwestiach diametralnie, niemniej w jednym temacie mają identyczną opinię – pod pojęciem zbawienia rozumieją głównie życie wieczne po śmierci i ratunek od piekła. Akceptując to, co tutaj piszę, wyłączasz się zatem nie tylko z głównego nurtu chrześcijaństwa, ale niemal z całego chrześcijaństwa. A ty wygląda na sekciarstwo.

Ja, jak większość Polaków, wychowałem się w typowej rodzinie katolickiej. Wierzyłem w sakramenty. Do bierzmowania podszedłem świadomie i z wiarą. Jeszcze jako nastolatek modliłem się różańcem. Później zaś stopniowo moje poglądy zaczęły ewoluować i nagle ilość osób, z którymi pod względem doktrynalnym mogłe się identyfikować, zaczęła maleć. Wiele razy byłem w sytuacji, gdy czułem się zupełnie odizolowany i bardzo poważnie kwestionowałem własne zdrowie psychiczne. Czyż nie szaleństwem bowiem można nazwać uważanie, że ma się rację, podczas gdy stoi się w opozycji do… całej rodziny… wszystkich znajomych… 2000-letniej tradycji Kościoła… całej chrześcijańskiej Polski… albo i świata??

Kwestionowanie własnej normalności nigdy mnie nie opuściło, tak na wszelki wypadek, i wciąż myślę, że spełniam warunki bycia „normalnym człowiekiem”. Zdałem na prawo jazdy. Skończyłem studia. Nie karany. Mam obywatelstwo dwóch krajów. Rodzinę. Stałą pracę od wielu lat. Może po prostu jestem zdrowo walnięty tylko w kwestii religii? 🙂

Swoje przekonania analizowałem wielokrotnie, bo wcalę nie czerpię jakiejś dzikiej radości z posiadania przekonań odmiennych od blisko 100% chrześcijan. Bardzo bym chciał nie musieć kłócić się z całym światem. Chciałbym móc zgodzić się z teologią jakiejś większej denominacji. Gdzieś przynależeć.Jednak za każdym razem gdy proszę ludzi o argumenty, otrzymuję emocje podpierane tradycją. Nawet nie jedna na sto spotykanych osób chce i może prowadzić dyskusje na argumenty. Religia – obok kilku innych tematów – wywołuje ogromne emocje.

Anger

Dlaczego?

Myślę, że najważniejszą przyczyną jest lęk przed ostracyzmem. Większość praktykujących chrześcijan pozostaje całe życie w tym samym wyznaniu, w którym jest jego środowisko: rodzina, przyjaciele. Zmiana denominacji oznacza w najlepszym wypadku ochłodzenie relacji, w najgorszym – bycie wygnanym, wyklętym.

Kiedy ktoś zatem podważa czyjeś przekonania religijne, chwieje niemal całym jego światem. I powoduje lęk. I ten lęk powoduje agresję, i trudno rozmawiać spokojnie.

Kwestia piekła przykładowo: jako 20-latek raczej nie wątpiłem, że piekło istnieje. Logiczne wydawało mi się, że zło musi być jakoś ukarane. Wszyscy, których znałem, wierzyli w istnienie piekła. Tych, którzy nie wierzyli, nazywano sekciarzami. Wiedziałem sporo o różnych sektach, wiedziałem o „praniu mózgów”, i stąd łatwa była droga do stwierdzenia, że wszyscy, którzy nie wierzą w istnienie piekła, mają wyprane mózgi.

Z upływem lat coraz mniej idea wiecznych mąk wydawała mi się logiczna, ale nauczony też byłem, iż logiką nie mamy prawa oceniać wyroków Bożych.

Olśnienie przyszło, kiedy uświadomiłem sobie, iż Bóg jest miłością, i skoro nas stworzył na swój obraz, nasza miłość i Jego miłość idą tym samym torem. Bóg nieskończenie wybacza, i nam każe nieskończenie wybaczać. A miłość bliźniemu złego nie wyrządza (Rzymian 13:10).

 Bóg jest miłością, piekło – jej zaprzeczeniem.

No tak, ale co z Biblią?

Zakładając, że piekło istnieje, bo… musi istnieć, jasne, znajdziemy sporo w Biblii na temat piekła. Jeśli tylko delikatnie nagniemy zasady interpretacji tekstowej, w Biblię można „wczytać” co się chce, czego dowodzi istnienie tysięcy różnych wyznań w chrześcijaństwie.

Zakładając, że piekło to naleciałość pochodząca z innych religii i nie mająca żadnego odzwierciedlenia w Biblii… nic tam o piekle nie znajdziemy. Więcej o piekle piszę tutaj.

Być może, czytając ten tekst, również przychodzą ci do głowy przerażające myśli utraty przyjaciół lub nawet rodziny. Nie kwestionuję, iż wizja ta może przerażać. Najczęściej jednak – i wiem to ze swojego doświadczenia – ci, którzy nas naprawdę kochają, po jakimś czasie przyzwyczają się do naszej „inności”. Relacje, które upadną tylko z powodu różnic doktrynalnych, nie są zaś warte podtrzymywania. Ja osobiście nigdy nie straciłem relacji z nikim z rodziny z powodu doktryn.

Co zaś zyskałem? Cudowną wolność. Słuchając się religii, ciąglę się bałem. Teraz wiem, że wbrew polskim przysłowiom, Boga nie należy się bać, bo Bóg jest miłością.

Przerwałem główny temat artykułu, kiedy doszedłem do tematu zbawienia w Listach apostoła Pawła. Być może zrobiłem to celowo, gdyż nie chciałem się przyznać do niewiedzy? 🙂 Przyznaję bowiem, że nie rozumiem kilku fragmentów. I, jak na złość, Paweł prawie nigdy nie podaje wyjaśnienia, o zbawieniu od czego pisze. Często „zbawieni” używane w czasie przyszłym w Nowym Testamencie odnosi się do zniszczenia Jerozolimy i hekatomby Żydów z 70 AD, niemniej niektórych fragmentów raczej nie sposób do tego odnieść.

I na pewno zabawne byłoby odnoszenie ich do życia wiecznego.

 [kobieta] dostąpi zbawienia przez macierzyństwo, jeśli trwać będzie w wierze i w miłości, i w świątobliwości, i w skromności. (1 Tm 2:15)

Bezdzietne kobiety będą się smażyć w piekle? Albo te, które tak… nie do końca wytrwają w miłości, świątobliwości i skromności?

smiley with halo

Jest jeszcze kilka fragmentów, w których Paweł używa czasownika „zbawić” w czasie przeszłym dokonanym. Z jednej strony mam pokusę, aby poczekać z dokończeniem tego tekstu, aż się wszystkiego dowiem, z drugiej – nie jest to jednak wcale potrzebne.

Po pierwsze dlatego, że celem tego artykułu nie jest dzielenie się tym, co wiem, ale zachęcenie czytelnika do ponownego zastanowienia się czy to, w co wierzy, jest prawdą.

Po drugie – być może nigdy się nie dowiem, co Paweł miał wtedy na myśli? Mam oczywiście nadzieję, że się dowiem, ale pewności mieć nie mogę. Ale to nie jest takie ważne! Ważne jest natomiast to, że zbawienie w żadnej części Biblii nie ma nic wspólnego z życiem po śmierci!

Po trzecie – temat tego artykułu – jak i całej witryny – to „pewność zbawienia”. Wiem, że większość chrześcijan zmaga się z pewnością zbawienia. A pozostali… tego nie przyznają 🙂 Widziałem po sobie, że typowe metody rozprawiania się z tymi zmaganiami – dyskusje, czytanie komentarzy do Biblii, studia – nie działają. Świadomość tego, że istnieje piekło, w którym większość ludzkości będzie wiecznie się smażyć, jest tak sprzeczna z wszelkimi definicjami miłości czy dobroci, iż musimy się uciekać do zagłuszania głosu własnego rozumu, aby jakoś móc pogodzić Boga będącego miłością z tak bezsensowną karą.

Większość katolików, zwłaszcza tych „niedzielnych” (w Polsce to zdecydowana większość) ma nadzieję na zbawienie „bo nie są tacy źli”. Jednak po pierwsze – co daje nam pewność, iż właściwie oceniamy ilość i jakość tego dobra i zła? Po drugie – nawet jeśli dzisiaj jesteśmy bardzo dobrzy, kto zagwarantuje nam, że tak samo będzie jutro? Za 10 lat?

pieklo_niebo

„Spowiedź oczyszcza z grzechów” – tak uczą, ale co ze mną będzie, jeśli nie zdążę dojść do konfesjonału przed śmiercią? Teologia katolicka mówi, że do piekła idzie się, jeśli umiera się bez spowiedzi po popełnieniu grzechu ciężkiego. Nie jest to wesoła perspektywa, jeśli uświadomi się, że grzechem ciężkim według owej teologii są takie rzeczy jak wątpienie w jakąś prawdę wiary czy dobrowolne opuszczenie niedzielnej Mszy.

Większość protestantów natomiast utrzymuje, że będą zbawieni, bo „wierzą w Chrystusa”. Problem jednak w tym, że każdy inaczej definiuje wiarę. Czy wystarczy wierzyć, że Jezus istniał? Czy wiara w Jego śmierć na krzyżu ma istotne znaczenie? Czy trzeba też wierzyć, że Biblia jest Słowem Bożym?

A co, jeśli moja wiara jutro ustanie? Utracę zbawienie i pójdę do piekła? A co z Jakubem, który napisał, że wiara bez uczynków jest martwa? Czy martwa wiara też mnie zbawi? Ile dobrych uczynków potrzeba dziennie wykonać, aby wiara nie była martwa?

Widzimy, że zarówno katolicka, jak i protestancka wiara w bycie zbawionym ma więcej pytań, niż odpowiedzi. Można oczywiście udać, że się tych pytań nie widzi… niemniej takie udawanie przed samym sobą może doprowadzić do poważnych schorzeń psychicznych.

Można też – i TRZEBA – zadać sobie te pytania otwarcie, może najlepiej  je zapisać – i jeśli nie znajdziemy na nie logicznych odpowiedzi, to może coś z naszymi dogmatami jest… nie tak?

Szukajcie a znajdziecie!

Nikt w Biblii nie stawia sobie pytania „czy jestem zbawiony”. Nikt nie boi się tego, co po śmierci. Jedyne teksty, które traktują o tym, co wtedy będzie, wyrażają oczekiwanie w radości, podekscytowaniu, bo choć tak niewiele szczegółów mamy na temat tego, co tam nas czeka, wiemy, iż będzie to coś niesamowicie dobrego, gdyż Bóg jest dobry, i Bóg jest miłością.

Pewność zbawienia możesz mieć opierając się tylko na jednym fakcie – że Bóg jest miłością. Jeżeli miałbyś jakiekolwiek wątpliwości, zobacz, co uczynił Jezus, aby nam tę miłość pokazać. I jak ty byś nie zaprzestał starań o swoje dziecko, tak i Bóg nie zaprzestanie starań o ciebie.

(tekst ostatnio edytowałem 29 lipca 2015)

Darmowe zbawienie?

dar

Chlubą niemal każdego chrześcijanina jest wykazywanie, jak to chrześcijaństwo się od wszystkich innych religii różni. Sam zresztą tak uczyłem innych setki razy – i nie myślę, że przesadzam z tą liczbą.

Jedną z najczęściej przytaczanych cech wyróżniających chrześcijaństwo jest to, że w pozostałych religiach człowiek musi robić różne rzeczy dla Boga i w ten sposób osiągnąć zbawienie, a w chrześcijaństwie to Bóg robi wszystko i zbawienie jest darmowe. Nie trzeba ani w ogóle nie da się na nie zasłużyć.

HA HA HA!

HAHAHA!

To śmiech sarkastyczny. Mam nadzieję, że widać 🙂

Uwaga! Ten tekst nie będzie o zbawieniu jako takim. Nie będę pisał o tym, czym jest zbawienie, czy są jakieś rodzaje zbawienia czy nie; a jedynie o tym, jak w ujęciach różnych Kościołów wygląda fakt, iż zbawienie to jest darmowe.

KOŚCIOŁY TRADYCYJNE

W większości Kościołów tradycyjnych (rzymskokatolickich, prawosławnych i niewielkiej części protestanckich, głównie ewangelickich) naucza się mniej więcej tak – zbawienie jest darem od Boga, ale Bóg dał nam ludziom wiele „środków pomocniczych”. Niemowlę należy ochrzcić, później pierwsza komunia, bierzmowanie, jak najczęstsze przystępowanie do spowiedzi i komunii, a przed śmiercią najlepiej, jak załapiesz się na tzw. namaszczenie chorych (wbrew obiegowym opiniom, nie istnieje coś takiego jak „ostatnie namaszczenie”). Oprócz tego staraj się żyć dobrze, wybaczaj innym, bo inaczej Bóg ci może nie wybaczyć, módl się regularnie. Kiedy zaś umrzesz, dobrze mieć na wszelki wypadek grono znajomych, którzy będą się modlić o twoje zbawienie. Zanim zaś umrzesz, powinieneś prosić o to zbawienie różnych zmarłych, co do których Kościół stwierdził, że są święci, i są też w stanie wysłuchać jednocześnie wszystkich modlących się do nich ludzi.

Kiedy to wszystko zrobisz, masz dość duże szanse na niebo, choć oczywiście pewności mieć nie możesz, bo zbawienie jest zależne od wyroku Bożego. Przy czym nie można, oczywiście, zapomnieć, że zbawienie to jest darem, i przejawem łaski Bożej.

I tak mniej więcej wierzy mnóstwo członków tradycyjnych Kościołów. Może nie większość, bo – zwłaszcza ostatnio, odkąd globalny przepływ informacji jest banalnie prosty – coraz mniej ludzi daje się ogłupiać, że prawda ich Kościoła to jedyna i najlepsza prawda na świecie. Niemniej miliony ludzi wciąż tak wierzą. I najsmutniejsze jest to, że mnóstwo z nich to ludzie szczerzy, chcący kochać Boga, których otumaniono i zastraszono wmawiając im, iż ich religia jest głosem Boga. I zamiast Boga, którego chce się kochać i czcić mają obraz Boga, którego przede wszystkim trzeba się bać.

Dzisiaj jeszcze nie jest tak najgorzej… w dawniejszych czasach – zwłaszcza w okresie patrystycznym chrześcijaństwa (do XVII wieku) – dość powszechny był pogląd, że tylko ekstremalna asceza jako tako zagwarantuje wstęp do nieba, i wielu ludzi się biczowało, głodziło lub torturowało na inne sposoby, byle by „dostąpić zbawienia”, jednocześnie głosząc miłosiernego i łaskawego Boga, który darmo oferuje zbawienie. Vide: Szymon Słupnik.

szymon slupnik

PROTESTANTYZM

Kościoły protestanckie mają co prawda o wiele mniej zasad, co te tradycyjne, co nie oznacza jednak, że zasady te są łatwiejsze. Ilość zasad lub ich prostota nie musi determinować ich trudności. Mogę komuś nakazać przeskoczyć wysokie drzewo, co jest prostym nakazem, ale nie do końca łatwym – delikatnie mówiąc – chyba, że się by było na jakiejś planecie kilkukrotnie mniejszej od Ziemi.

Zdecydowanie najbardziej szkodliwą i niszczącą dla ludzi jest doktryna zwana po angielsku „Lordship Salvation„. Nie spotkałem się z polską nazwą owej nauki, jednak – nawet bez szczególnej nazwy – mnóstwo chrześcijan w Polsce ją wyznaje. Lordship Salvation mniej więcej oznacza „Zbawienie tylko dla tych, co uznali Jezusa za Pana swojego życia” – czyli nie jest zbawiony ten, który nie odwróci się z całych sił od wszystkich swoich grzechów i nie uczyni Jezus Panem swego życia.

Rzecz można ująć bardzo krótko – Biblia nic o takiej doktrynie nie mówi. Apostoł Paweł pisał do Koryntian korzystających z usług prostytutek, upijających się na wspólnych spotkaniach (nabożeństwach, jak kto woli) i kłócących się o byle co, i nie straszył ich nigdzie, że najwyraźniej nie uczynili Jezusa Panem tych dziedzin, i że nie będą zbawieni!

Doktryna ta także urąga logice. Nie urągałaby tylko wtedy, gdyby ktoś był praktycznie bezgrzeszny. Jeżeli znasz kogoś, kto wyznaję doktrynę podobną do LS (Lordship Salvation), zauważ, czy jego życie cechuje radość? Czy ma pokój w sercu? Czy raczej nie ma pokoju w ogóle; ma za to zupełny brak poczucia bezpieczeństwa, przez co z zazdrości pała gniewem w stosunku do wszystkich, którzy wierzą w bardziej miłosiernego Boga, niż on?

Możesz wtedy z przekąsem takiej osobie napomknąć, że niepokój i kłótnie to grzech, a więc w tych dziedzinach najwyraźniej Jezusa Panem nie uznała, wobec tego powinna się zastanowić, czy jest zbawiona…

Pomyśl – osoby wyznające LS muszą być wiecznie niespokojne, gdyż wciąż zastanawiają się, czy jakiś problem w ich życiu nie pokaże, że nie są zbawieni. Wielu nigdy się do tego nie przyzna, mówiąc, że są absolutnie pewni, że Jezus ma kontrolę nad całym ich życiem. Sugeruję, by z takimi superświętymi nie rozmawiać, bo jeszcze przez samą swoją obecność zbrukasz ich swoją grzesznością…

smiley with halo

LS doprowadzi każdego do stanu pełnego zgorzknienia, totalnego skupienia się na uczynkach – i nieustannego porównywania się do innych, myśląc, czy nie są lepsi od nas; czy nasze braki przy ich wspaniałości nie pokazują, że to oni są zbawieni, a my nie.

Wiele Kościołów podchodzi do tego mniej radykalnie, mówiąc tylko, że dowodem (nie powodem) zbawienia jest przemienione życie. Problem w tym, że choć każdy ma swoją definicję przemienionego życia, Biblia jej… nie ma. Czy jeśli ktoś przestanie pić na umór, ale wciąż przeklina, ma przemienione życie? Czy ograniczenie codziennego cudzołóstwa do dwóch razy w miesiącu nie brzmi jak przemienione życie? Albo przejście z twardych narkotyków na miękkie?

Wiele wyznań chrześcijańskich wprowadziło jeszcze inne „warunki darmowego zbawienia”. Może to być chrzest, może to być posiadanie umiejętności „mówienia językami”, abstynencja od alkoholu lub innych używek… lista jest długa.

Zanim przejdę do najważniejszego „warunku darmowego zbawienia”, podsumuję to, co napisałem dotychczas.

Niemal wszystkie chrześcijańskie Kościoły głoszą całkowicie nielogiczną teologię „darmowego” zbawienia, na które trzeba naprawdę solidnie pracować, wciąż nie mając przy tym pewności, czy odniosło się w tym sukces! Mówienie o darmowym zbawieniu jest bezsensem, jeśli zbawienie to uwarunkowane jest czymkolwiek!

Jeżeli powiem ‚jeśli kiwniesz palcem, to dostaniesz milion złotych’, jakkolwiek by się to wydawało dziwne, milion złotych jednak nie będzie darmowy. Będzie zapłatą za kiwnięcie palcem. Nieproporocjonalnie wielką, ale zapłatą.

Jeśli zatem Kościoły chciałyby zachować spójność i logikę w swojej doktrynie, albo powinny przestać głosić darmowe zbawienie, albo wyeliminować warunki zbawienia.

Sporo chrześcijan zgodzi się zapewne z powyższymi wywodami. Żeby nie było nudno, napiszę teraz coś, z czym nie zgodzi się prawie nikt!

Jest jeszcze jeden warunek „darmowego” zbawienia.

WIARA.

I temu tematowi będę chciał poświęcić osobny artykuł, jako że wyrazy „wiara” i „zbawienie” występują obok siebie w Biblii stosunkowo często, i nawet lekkie dotknięcie tematu w tym artykule byłoby jego spłyceniem.

Rozumu i logiki jednak i w wypadku tego zagadnienia nie wolno nam odłożyć na półkę. Nie można jednocześnie utrzymywać, że „jeśli się uwierzy, będzie się zbawionym” i nazywać zbawienia darmowym!

Ktoś może powiedzieć, że czepiam się szczegółów, czepiam się słówek… Czy to jest SZCZEGÓŁ, że w głównych doktrynach kościelnych brak jest logiki?

Oczywiście, Bóg często wybiera to, co głupie w oczach tego świata, jako mądre, ale nie o logikę tu chodzi! Żydzi oczekiwali Chrystusa, który pokona ich przeciwników, a ich samych uczyni ludem panującym. Czyż nie logicznym byłoby oczekiwać Chrystusa – supermena, z bronią i umiejętnościami do walki, który po prostu wytraciłby wszystkich nie chcących się podporządkować? Nie, to byłoby logiczne tylko, gdyby założenie „siła zwycięża” było prawdziwe. Ale to nie siła, a miłość zwycięża, i logika Żydów zawiodła, gdyż była oparta na fałszywych przesłankach. Prawdziwa logika, jak matematyka, jest niezmienna.

Istnieje również pogląd mówiący, że doktryny nie są łatwe do zrozumienia, gdyż zawierają element wiedzy ponadnaturalnej, i ludzki rozum i logika ich nie są w stanie pojąć. Lecz, jeżeli doktryny muszą być nielogiczne, to… po co w ogóle je formułować? Jeżeli logika nie jest kluczem do zrozumienia doktryn, co jest? Objawienie Ducha Świętego? Któż w takim razie sprawdzi, czy ktoś je ma, czy nie?

Wcale nie przeczę temu, że objawienie Boże niezbędne jest do zrozumienia pewnych rzeczy, ale w żadnym momencie objawienie to nie może urągać logice, gdyż rozum nam nie tylko jest przez Boga dany, ale i jego użycie jest zachęcane w Biblii bardzo często.

Zastanów się – jeśli twój Kościół głosi darmowe zbawienie, a później dodaje do niego warunki, przeczy sam sobie. Jeżeli zaś czyni to w kluczowej przecież kwestii – zbawienia- to jaką masz gwarancję, że nie przeczy sobie również w wielu innych?

Nie, nie nawołuję do porzucenia swojego Kościoła, nie zakładam też swojego… Apeluję jedynie do używania swojego rozumu. Mądrzy tego świata używają błyskotliwie swojego rozumu w różnych dziedzinach, a na ogół wyłączają go zupełnie w kwestiach religii. Ty tak nie musisz. Oczywiście, wszyscy są omylni, i nie możesz liczyć na to, że znajdziesz wspólnotę doskonałą i bezbłędną, jednak warto zastanawiać się nad doktryną Twojego Kościoła! Zwłaszcza wtedy, jeśli nie daje ci ona pokoju w sercu.

Niech też pokój Chrystusowy włada w waszych sercach (Kolosan 3:15)

mother-love-her-baby

Piekło (1/2) – czy to jest logiczne?

hell01

To mój pierwszy, ale niewątpliwie nie ostatni artykuł o niezwykle wdzięcznym temacie piekła.

Pierwsze dwadzieścia kilka lat mieszkałem w Polsce i pamiętam, jakie na temat piekła krążą obiegowe opinie.

Ludzie niewierzący lub słabo wierzący na ogół mówią, że piekło to jest na ziemi, albo że nie potrafią sobie wyobrazić by Bóg, będący miłością, mógł skazywać ludzi na wieczne męczarnie.

Ludzie głębiej wierzący traktują z reguły piekło jako pewnik, a każdego, kto odrzucałby jego istnietnie, traktują na równi z najgorszymi sekciarzami. Przypomnę tu tylko najsłynniejszy cytat z bajki o Panu Twardowskim – „hulaj dusza, piekła nie ma!”. Już jako dziecko słyszałem go mnóstwo razy i zakodowały mi się w umyśle dwie rzeczy: że niewiara w istnienie piekła to bardzo zła rzecz i że strach przed piekłem jest najważniejszą rzeczą, która motywuje nas do porządnego życia.

Dzisiaj piekło niejako jednoczy różne Kościoły chrześcijańskie. Różne odłamy katolików i protestantów róźnią się w mnóstwie rzeczy, jednak – prawie jednogłośnie – zgadzają się co do idei piekła.

Co do szczegółów nauki na temat „jak wygląda piekło” albo „jak tam nie trafić” – tu już każdy ma swój pomysł – czytałem kiedyś książkę „Cztery sprawy ostateczne. Śmierć, sąd, piekło, niebo” Martina von Cochema. Tam jest ze wszelkimi szczegółami opisane jest dokładnie, jak wygłąda piekło… Diabły smażą delikwentów w siarce, wyzywając ich przy tym i bijąc czym popadnie, ale to dopiero początek – są bowiem bardzo pomysłowe w wymyślaniu różnych ciekawych tortur – pamiętam, że byłem w szoku, iż książka miała zgodę na druk biskupa (imprimatur), podczas gdy cała była taką kosmiczną bzdurą, że bajka o Czerwonym Kapturku wydaje się przy niej bardzo realistyczną opowieścią.

Prawie wszystkie wyznania chrześcijańskie zgadzają się, że piekło to miejsce wiecznego oddalenia od Boga. Większość głosi też, że jest to miejsce dosłownego cierpienia w ogniu. Każdy doświadczył przenikliwego bólu oparzenia. Myśl, że miałoby to objąć całe ciało, może przerazić, nawet jeśli miałoby to trwać pięć minut. Ale wieczność w takim stanie? Nogi się uginają.

A zatem – jak miłosierny Bóg może torturować ludzi w nieskończoność w taki sposób?

Popularnych odpowiedzi jest kilka:

1. Bóg jest wieczny, więc i kara musi być wieczna.

Ktoś kiedyś wymyślił te genialne zdanie, jednak nie znajdziemy nic takiego w Biblii. Spekulacje.

2. Grzech przeciwko nieskończonemu Bogu wymaga nieskończonej kary.

Argumentacja obalana w ten sam sposób, co w punkcie 1. To niczym nie poparta spekulacja. Tylko dlatego, że coś ładnie brzmi i że można to wyczytać w tysiącu książek, nie oznacza to, że staje się to automatycznie prawdą.

3. Bóg nikogo nie skazuje na piekło, ludzie sami tam chcą iść.

Nie spotkałem nikogo, kto by się celowo chciał oparzyć i cierpieć przez to godzinę. Mam uwierzyć, że ktoś chciałby cierpieć wieczność?

4. Bóg jest nieskończenie miłosierny, ale i nieskończenie sprawiedliwy.

Miłosierny… ale??? Przywodzi mi to na myśl sytuację, gdy mąż mówi żonie – kocham cię, ale muszę odejść, zakochałem się w kimś innym. Co żonę w tym momencie obchodzi to ‚kocham cię’? Czy przez to się lepiej poczuję? Ja także dziękuje za takie miłosierdzie!

 Jeżeli Bóg jest miłosierny, oczekuję od Niego miłosierdzia!

Miłosierdzia oczekuje od nas przecież Bóg! Każe nam miłować nieprzyjaciół, wybaczać wszystkim bez końca…

 Czy Bóg wymaga od nas, byśmy byli lepsi od Niego samego?

Nie! W Ewagelii Mateusza, poczynjąc od 5:43, Jezus mówi, że czyniąc dobrze naszym wrogom upodabniamy się do Boga!

Gdyby mój syn ukradł mi pieniądze, a ja bym go zamknął w piwnicy i przywiązanego bił kilka dni, co myślicie, by się ze mną stało?

Poszedłbym za to do więzienia. I raczej nikt z cywilizowanych ludzi o zdrowych zmysłach by tego nie zawkestionował. Nasze wrodzone poczucie sprawiedliwości podpowiada nam, że sposób, w jaki ukarałem dziecko, byłby niewspółmierny do czynu, jakie popełniło.

W przypadku piekła mamy coś nieskończenie (dosłownie!) więcej nieproporcjonalnego. Ludzie, którzy wbrew swej woli urodzili się grzesznikami, mają iść na nieskończone męki choćby całe życie poświęcili pracy dla innych, tylko dlatego, że odrzucili Ewangelię? Ewangelię, na ogół zresztą fatalnie i w sposób nie zachęcający do niczego przedstawianą przez ludzi, którzy swym zachowaniem stanowią zaprzeczenie głoszonych wartości?

Sporo chrześcijan uważa również, że do piekła pójdą nie tylko ci, którzy świadomie Ewangelię odrzucili, ale również wszyscy ci, którzy jej nie przyjeli, włączając ludzi, którzy nigdy jej nie słyszeli, w  tym i… dzieci/niemowlęta?

Tak na marignesie, większość chrześcijan wyznań tradycyjnych – jak katolicy lub ewangelicy – głoszą, że nawet niemowlę nie będzie zbawione bez chrztu.

Pytanie:

Dlaczego nie chrzci się zaraz po urodzeniu, ale większość polskich rodziców czeka z chrztem wiele tygodni, jeśli nie miesięcy?

Gdzie tu logika?

 

Tylko nieliczni wrzucają jednak dzieci do piekła; większość wierzy w doktrynę wieku odpowiedzialności, tzn. jeżeli dziecko było za małe, by mogło odróźnić dobro od zła i zostać świadomym chrześcijaninem od zła, to będzie ono zbawione w momencie śmierci. Jeżeli jednak swoją sytuację zrozumiało, i chwilę później umarło, pójdzie do piekła…

Logicznie rzecz ujmując, powinniśmy zatem… mordować nasze dzieci, zanim osiągną ten wiek! Pozwalając dziecku osiągnąć ‚wiek odpowiedzialności’, prawdpopodobnie (bo większość chrześcijan wierzy, że tylko niewielu będzie zbawionych) trafią one do piekła! Będą nam zatem mogły kiedyś wykrzyczeć swemu ojcu z płomieni – dlaczego mnie nie zabiłeś, gdy byłem mały? Teraz muszę cierpieć w nieskończoność!

Oczywiście, jest drobny problem, bo większość chrześcijan wierzących w piekło wierzy również, że trafia się tam, jeśli kogoś się zamorduje. Co więc wolisz? Wiecznie cierpieć w ogniu po wsze czasy, czy by cierpiało twoje dziecko?

Jeśli masz troje dzieci, rachunek wydaje się łatwiejszy.. Choć świadomość palenia się bez końca nie do końca do ciebie przemawia, nawet jeśli chodzi o twoje dzieci…

Co za myśli? Oczywiście, że dobry rodzic odda życie za swoje dzieci! Czy ty je w ogóle kochasz, jeśli przychodzi ci do głowy dać im smażyć się w wiecznym ogniu?

I co, obmyślasz w tej chwili morderstwo?

Czy nie masz ochoty krzyczeć: to jest chore?

No tak, tyle logicznego myślenia. Ale jest jeden argument, nad którym trzeba się zastanowić. Argument mówiący, że opierając się na logice nie możemy podważać prawd Biblijnych.

devil_sign

Oczywiście, logika to poprawne działanie umysłu, danego nam przez Boga, ale każdy wie, że w pewnych okolicznościach ludzie, a nawet całe ich grupy, narody, za logikę zaczęły uznawać coś zupełnie nielogicznego. Krótko mówiąc – logika zawodzi, czego nie można powiedzieć o Biblii. Poprawnie odczytywanej Biblii, rzecz jasna, i tu zaczynają się schody…

W następnym artykule na temat piekła opiszę wszystko, co – zdaniem zwolenników Biblii – jest w niej na ten temat. Na razie wspomnę tylko o jednym bardzo ciekawym fakcie.

Czy wiesz, kto jest nazwany ‚Apostołem pogan’?

Czy wiesz, kto jest autorem dwóch trzecich ksiąg Nowego Testamentu?

Czy wiesz, kto napisał jedyną w Biblii księgę zawierającą całość doktryny i zasad chrześcijaństwa?

Oczywiście, Paweł.

Jednak nigdzie, ani jednym słowem, Paweł nie wspomina o piekle, o wiecznych mękach, o ogniu nieugaszonym, w którym znajdą się wszyscy niechrześcijanie.

Więcej – Paweł nigdzie nie zachęcał czytelników, by koniecznie przekonywali swoich bliskich do zostania chrześcijanami, bo jak umrą bez tego, to…

Czy to nigdy cię nie zastanowiło?

Pamiętaj, większość adresatów Listów Nowego Testamentu nigdy nie widziało na oczy ani jednego fragmentu Biblii. Nie mieli konkordancji ani programów biblijnych, które wyszukają wyrazu ‚piekło’ w calej Biblii. Pisząc List do Rzymian, Paweł zawarł w nim całą doktrynę niezbędną człowiekowi do bycia chrześcijaninem. Fakt, że o piekle nie wspomina, jest dla mnie wystarczającym powodem, by całkowicie odrzucić ideę piekła. A zwłaszcza piekła rozumianego jako miejsce wiecznych, świadomych, strasznych tortur.

Apostoł Paweł nazywany był bowiem również ‚Apostołem miłości’, a obojętność wobec tłumów zdążających na wieczne męki byłaby przecież miłości brakiem.

hell02