Dlaczego Bóg nie odpowiada na wszystkie modlitwy?

” Tato nie wraca; ranki i wieczory
We łzach go czekam i trwodze;
Rozlały rzeki, pełne zwierza bory
I pełno zbójców na drodze”.

Czy znasz ten wiersz? Nie jestem pewien czy wciąż należy do obowiązkowego kanonu omawianego w szkołach; jeżeli nie pamiętasz – to wiersz „Powrót Taty” naszego popularnego wieszcza, Adama Mickiewicza.

Pierwsze dwie linijki cytowanej zwrotki należą do moich ulubionych powiedzonek, jednak przez wiele lat reszta wiersza niespecjalnie mnie poruszała (pewnie dlatego że niemal wszystko narzucane mi przez szkołę podświadomie uważałem za całkowicie zbędne). W pewnym momencie aczkolwiek zacząłem się nad nim zastanawiać.

Zachęcam do przeczytania „Powrotu Taty” – łatwo można znaleźć go w Internecie i cała procedura nie powinna zająć więcej niż kilka minut – jeżeli jednak masz wrodzoną lub nabytą alergię na klasykę literatury polskiej – skrócę go w kilku zdaniach. Wiersz opisuje dzieci oczekujące powrotu ojca, który wyjechał „w interesach” – jest kupcem – a okolica dokoła jest niebezpieczna. Dzieci biegną do przydrożnej kapliczki i modlą się przed cudownym obrazem o jego bezpieczny powrót i nagle słyszą nadjeżdzające wozy – a w jednym z nich jest ich ojciec. Radość jednak trwa krótko gdyż pojawia się grupa bandytów, i naturalną wtedy koleją rzeczy było ograbienie wszystkich i nie pozostawienie świadków. Następuje jednak ciekawa wolta – herszt złoczyńców odstępuje od pierwotnego zamiaru. Wyjaśnia, iż wcześniej przypadkiem słyszał dzieci modlących się o powrót ojca, i ruszyło go sumienie – tym bardziej, że sam ma rodzinę. Piękny „Happy End” 🙂

Wiesz dla niektórych może się wydawać niezbyt głęboki, i za taki również uważałem go w szkolnych latach, teraz jednak zastanawiam się, czy Adam Mickiewicz nie chciał w wierszu tym poruszyć jeden z fundamentów chrześcijaństwa.

Nie upierałbym się przy tym jednak… co prawda nazwisko Mickiewicza pojawiło się w 1848 roku w kościelnym Indeksie Ksiąg Zakazanych, w zupełnie jednak innym kontekście.

Ale wróćmy do wiersza. „We łzach go czekam i  trwodze”… Bardzo emocjonalne stwierdzenie. Większość ludzi się boi o życie najbliższych. Dzieci biegną do kapliczki i są bardzo gorliwi, całują ziemię, nie poprzestają na krótkich moditwach.

Można powiedzieć, że ich modlitwy zostają wysłuchane, ale wiersz nic nie mówi o tym, iż zostały wysłuchane przez Boga.  Modlitw wysłuchał… herszt zbójców. Czy Mickiewicz chciał coś przez to głębszego powiedzieć? Czy kwestionował to, że Bóg odpowiada na modlitwy? Nie wiem na pewno, ale… ja sam w pewnym okresie życia zacząłem to kwestionować.

W tym wierszu możemy uznać, że to jednak Bóg wysłuchał modlitw, i że skłonił serce herszta do odstąpienia od swych niecnych zamiarów. Jeżeli jednak nawet to uznamy, problem w tym, że codziennie na świecie są miliony sytuacji, gdy Bóg nie odpowiada na modlitwy ludzi.

Zanim przejrzę do rozważań filozoficzno-teologicznych, chciałbym wpierw nadmienić, iż artykuł ten ani w żaden sposób nie zamierza negować Boga, ani tego, że nas słyszy, i że chce, i może nam pomóc. Nie chcę również twierdzić, iż znalazłem jedyną prawdę, a wszyscy inni się mylą. Chcę tylko zadać kilka pytań, nad którymi mało kto się zastanawia, a myślę, że warto, aby każdy z nas miał ten (i każdy inny) temat choć trochę przemyślany.

KIEDY BÓG NIE ODPOWIADA

Jeżeli się modlisz o konkretne rzeczy, bez wątpienia znasz sytuacje, gdy Bóg „nie odpowiedział”. Jakiegolwiek eufemizmu tutaj użyjesz – fakt pozostanie faktem. Modlisz się zdany egzamin – i nie zdajesz. Modlisz się o zdążenie na czas – i spóźniasz się. Dlaczego?

Istnieje kilka quasi – chrześcijańskich mitów które starają się wyjaśnić przyczyny, dla których Bóg nie odpowiada na nasze modlitwy. Są wynikiem mieszania mądrości ludowej z teoretycznie logicznym rozumowaniem i z religijną interpretacją Biblii. Opisuję je szerzej w tym artykule.

W skrócie: chrześcijanie najczęściej przyczyny nieodpowiedzianej modlitwy każą szukać w nas samych: albo nie modlimy się wystarczająco długo, albo nie mamy czystych intencji, albo mamy jakiś niewyznany grzech w życiu. Niektórzy uważają, iż modlitwa musi być zgodna z wolą Bożą, aby była wysłuchana, ale czy możemy wtedy mówić o modlitwie z wiarą? Skąd możemy mieć wiarę, skoro nigdy nie możemy być absolutnie pewni, jaka jest ta wola?

Co na przykład z uzdrowieniem? Chociaż z większością chorób medycyna sobie jakoś poradziła, przy wielu z nich wciąż można tylko rozłożyć ręce i modlić się o szybki koniec… albo o cud.

Właśnie, jak to jest z tymy cudami? Z jednej strony codziennie umiera mnóstwo ludzi, za których uzdrowienie się modliło mnóstwo ludzi; z drugiej – również codziennie spotyka się niewytłumaczone remisje chorób w fazach zupełnie beznadziejnych.

Wspomnę tutaj o najlepiej ze znanych mi udowodnionych przypadków. Anita Moorjani została zdiagnzozowana w 2002 roku z chłoniakiem – złośliwym nowotworem układu limfatycznego. Anita próbowała zarówno standardowych jak i niekonwencjonalnych metod leczenia. Choroba się momentami zatrzymywała w rozwoju, lecz w 2006 roku uderzyła z całą mocą i wkrótce doszła do ostatniej, czwartej, fazy. W krótkim czasie nastąpiły przerzuty, niektóre z guzów miały rozmiar piłki tenisowej, i pewnego dnia Anita zaczęła umierać – po kolei wyłączały się kolejne organy w jej ciele, została podłączona do aparatury podtrzymującej życie, i rodzina została poinformowana że to ostatnie chwile Anity i że czas się z nią żegnać.

W chwili, gdy to piszę, jest rok 2017, Anita jest zupełnie zdrowa, niedawno napisała drugą książkę (bardzo do obu zachęcam) i można z nią przeczytać i zobaczyć wiele wywiadów.

Jest to przypadek bardzo nagłośniony i wyjątkowo dobrze odokumentowany, ale codziennie zdarzają się podobne historie… większość nie tak spektakularnych, z 4. fazy nowotworu, ale czy nieoczekiwane uzdrowienie nie jest zawsze cudem?

Jednocześnie jednak codziennie mnóstwo umiera przedwcześnie na choroby. Czyżby Bóg był łaskawy tylko dla niektórych?

Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie (Mt 18:19)

Dwaj z was? Co za problem. Zachoruje komuś malutkie dziecko, poprosi o modlitwę swoją wspólnotę kościelną, będą modlić się nie dwaj, a setki, tysiące może. No i… dziecko umiera.

Gdy Jezus chodził po ziemi, uzdrawiał wszystkich, którzy prosili… i jest to argumentem dla niektórych ruchów religijnych, którzy wierzą, że wolą Bożą jest też zdrowie dla każdego. Jak widać jednak, śmiertelnie chorzy ludzie na ogół umierają, czy się za nich ktoś modli, czy nie. Czyżby okres uzdrowień przeminął? Tak mnóstwo chrześcijan również wierzy. Jak jednak zatem wytłumaczyć wciąż zdarzające się uzdrowienia, z których wiele łamie mnóstwo zasad medycyny i innych gałęzi nauki?

Jeśli się obiektywnie spróbujemy zastanowić, w co większość z nas wierzy, może wyłonić nam się tak obraz: Ludzie chorują i umierają, niektórzy zaś – dość rzadko – zdrowieją. Modlitwy zwiększają w jakimś stopniu prawdopodobieństwo wyzdrowienia, cieżko powiedzieć o ile procent, ale chyba niewiele…

Dlaczego niewiele? Gdyby moje modlitwy choć miały 10% szanse powodzenia, udałbym się od razu do hospicjum dziecięcego. Jeśli na 100 umierających pacjentów mógłbym uzdrowić 10, byłby to ewenement, o którym głośno by było w mediach! Niestety. Chociaż za większość dzieci w hospicjach ktoś się modli, niemal 100% z nich wkrótce umiera.

Na marginesie – mało kto wywołuje u mnie takie negatywne emocje jak „zawodowi uzdrawiacze” – naciągacze organizujący różnego rodzaju tłumne spotkania, religijne bądź nie, na których to stosując proste sztuczki psychologiczne manipulują tłumami, dając ludziom wrażenie uzdrowienia, a sobie – ogromnej gotówki. Dawanie ludziom fałszywej nadziei jest okrucieństwem przekraczającym moje rozumienie. A jeśli nadzieja, którą dają, nie jest fałszywa, dlaczego nikt nigdy z nich nie udał się właśnie do hospicjum dziecięcego?

I tutaj pojawia się najtrudniejsze pytanie.

Dlaczego do hospicjum tego nie uda się… sam Bóg?

Przecież Jego skuteczność w uzdrawianiu wynosi 100%.

Może, a jednak nie chce? Przecież jest dobry, no nie?

Kilka lat temu mój znajomy, uważający się za ateistę, powiedział coś takiego: Jeżeli Bóg, mogąc uzdrowić chore dzieci, nie robi tego, to musi być niezłym *********. Zatrzęsło mną wtedy, ale dzisiaj wiem, że kiedy tak mną trzęsię, to znaczy, że tak naprawdę czuję się niepewnie. Ja też tego nie rozumiałem – jak Bóg, będący samą miłością i dobrocią – może odmówić błagającej na kolanach, przerażonej rodzinie?

Przy takich sytuacjach słyszymy najczęściej takie „wyjaśnienia”:

„To dziecko było potrzebne Bogu w niebie.”

Co za bzdura. Bóg mógł stworzyć kolejnego aniołka, jeśli potrzeba Mu było rąk do pracy. Poza tym zgodnie z definicją Boga, Bóg niczego nie potrzebuje.

„Być może w przyszłości dziecko to zeszłoby na bardzo złą drogę.”

 Dlaczego zatem na raka w dzieciństwie nie zachorował Adolf Hitler lub ktoś z jemu podobnych?

„Niezbadane są wyroki Boskie.”

Najlepiej w ogóle odłóżmy książki, wyłączmy mózgi i oglądajmy telenowele, skoro niczego dowiedzieć się nie możemy!

Ja nie pytam o sens istnienia miliardów gwiazd! Bez odpowiedzi na tę kwestię możemy żyć długo i szczęśliwie! Pytam o coś bardzo konkretnego i jest to zarówno temat pojawiający się często w Biblii jak i dotykający każdego z nas wielokrotnie w ciągu naszego życia. Biblia mówi sporo o uzdrowieniu. Podaje mnóstwo przykładów uzdrowienia. Większosć chrześcijan również uważa, że zachęca do modlitw o nie.

Dlaczego zatem skuteczność tych modlitw jest… tak niewielka?

Wielu wciąż upiera się, że winni są modlący się ludzie, ale przecież w kościołach często za konkretną osobę modlą się tłumy… czy wszyscy są niegodni, nieczyści? Czy może Bóg stosuje metodę odpowiedzialności zbiorowej? Wśród modlących się jest jeden zły, więc osoba będąca obiektem modlitwy nie zostanie uzdrowiona? Co za bzdura.

Bardzo chciałbym móc teraz napisać konkretne i logiczne odpowiedzi, ale nie uczynię tego. Myślę, że – przynajmniej w jakimś stopniu – poznanie tych zagadnień jest częścią misji, którą każdy musi przejść samodzielnie, i niezależnie od tego, czy to, co wiem, jest prawdą czy nie, i tak nikogo nie byłbym w stanie nikogo przekonać. Nakreślę tylko kilka zagadnień i kilka pytań które mnie osobiście pomogły.

Od razu nadmienię – owszem, kiedy widzimy kogoś chorego, nie wierzę, by modlitwa „Panie, daj mu zdrowie” została przez Boga odpowiedziana. Jeżeli ktoś twierdzi, że jestem w błędzie, proponuję przejść się jednak do hospicjum, lub chociaż do szpitala.

Dlaczego jednak cuda się zdarzają i ludzie są uzdrawiani?

Albo zadajmy to pytanie w bardziej naukowy sposób: dlaczego zdarzają się sytuacje, gdy następuje remisja choroby w przypadku, gdy medycyna stwierdziła, że choroba jest nieuleczalna?

A może… chcesz doświadczyć samodzielnie cudu uzdrawiania?

Weź sterylną igłę i ukłuj się, niezbyt głęboko, w palec. Zabolało. Pojawiła się kropla krwi, może więcej niż jedna. Następnego dnia powinien tam się znaleźć mikroskopijny strup. Później on odpadnie, później będzie tam zapewne tylko czerwona kropka, a wkrótce… możesz mieć problemy ze znalezieniem ukłutego miejsca.

Uzdrowienie?

Jedno pytanie – czy po ukłuciu pomodliłeś/pomodliłaś się o uzdrowienie? Zapewne nie. Odpowiedz – dlaczego?

Czy ukłucie po igle wydaje się mniej skomplikowane dla naszego organizmu niż przykładowo infekcja wirusem Ebola? Ciekawe, gdyż z fizjologicznego punktu widzenia wyleczenie infekcji powinno być dla naszego organizmu… prostsze.

Na jakiej podstawie kwalifikujemy, które problemy zdrowotne rozwiążemy sami a do których potrzeba cudu?

Co w ogóle oznacza „sami”? Czy tak naprawdę mieliśmy jakikolwiek świadomy wkład w leczenie zranienia igłą?

Nie bagatelizuj tych pytań! Zastanów się dobrze! W taki sam sposób jak zagoiła się twoja rana, zagoić się może ofiara wypadku samochodowego z wielokrotnymi złamaniami i innymi obrażeniami wewnętrznymi. Tak samo organizm leczy się z infekcji wirusowych i bakteryjnych. Również z nowotworów! Podziały naszych komórek co jakiś czas odbywają się z błędami, wiele z tych błędów powoduje powstanie komórek nowotworowych, jednak komórki takie albo samoczynnie obumierają, albo unieszkodliwia je system odpornościowy. Nasz organizm ma wbudowany mechanizm uzdrawiania. Korzystamy z niego non stop i nigdy nie modlimy się, aby zadziałał – kiedy się zatniemy, wiemy, że rana się zagoi.

Wiemy, a może… wierzymy?

Kiedy jednak słyszymy od lekarza, że jesteśmy w 4. fazie choroby nowotworowej, jesteśmy przekonani, że sami się nie wyleczymy, że potrzebujemy opieki medycznej, a i tak szansa na uleczenie jest marna i zapewne czeka nas szybka śmierć. Nasze przekonania w kwestii, co jest uleczalne a co nie, nie są na ogół oparte na żaden wiedzy medycznej, a bardziej na… statystkach. Wiemy, że blisko 100% drobnych skaleczeń się leczy bez komplikacji, podczas gdy blisko 100% ludzi zdiagnozowanych z 4. fazą raka nie przeżywa następnych kilku lat.

Kto powie tej górze: Podnieś się i rzuć się w morze!, a nie wątpi w duszy, lecz wierzy, że spełni się to, co mówi, tak mu się stani (Mk 11:23)

Zdarzają się jednak przykadki, gdy przez niewielkie zadraśnięcie wkrada się jakiś mikroorganizm który prowadzi do śmierci… i, co ciekawsze, zdarzają się również całkowite remisje końcowych faz raka.

Nie modlimy się o małe ranki, tak samo jak nie modlimy się, aby odkręcony kran wypuścił strumień wody a przekręcony w stacyjce kluczyk spowodował uruchomienie silnika samochodu (może w Polsce ten ostatni przykład nie jest najlepszym, wybaczcie).

Nie modlimy się, gdyż wiemy, albo wierzymy, że znamy zasady rządzące tym światem na tyle, by wiedzieć, co się stanie. O ile jednak o wiele łatwiej zrozumieć, dlaczego możemy od samochodu oczekiwać jazdy niż lotu, zrozumienie, dlaczego organizm leczy jedne problemy a nie inne, a konkretniej – leczy te same problemy u jednych ludzi a nie u innych, wciąż wykracza poza nasze możliwości i nikt nie gwarantuje, że to kiedykolwiek się zmieni.

Wszyscy niemal chrześcijanie często cytują fragmenty takie jak ten:

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam (Mt 7:7)

A co z tym?

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. (J 14:12)

Albo z tym?

Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą;  węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie.  (Mk 16: 17-18)

Te wersety – zwłaszcza ten ostatni – bardzo dzielą chrześcijan. Wielu uważa, że odnoszą się one tylko do wybranej grupy ludzi bądź też że są źle przetłumaczone lub nawet w ogóle nie powinny się w Biblii znajdować.

Konia z rzędem jednak temu, kto niezbicie wykaże, iż Mt 7:7 odnosi się nie do konkretnej sytuacji a jest uniwersalne dla wszystkich ludzi. Mało tego, kto mi udowodni, iż jakiekolwiek słowo Jezusa odnosi się bezpośrednio do nas, skoro On sam powiedział, iż został posłany wyłącznie do Żydów, i to nie wszystkich, ale tylko tych z domu Izraela (Mt 15:24)?

„Jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić” – ilu wierzących w Chrystusa z wiarą wychyli szklankę z roztworem cyjanku potasu? Niewielu. A co z kieliszkiem wódki? To również trucizna, i zabija codziennie tysiące ludzi na całym świecie. A co z wysoko przetworzoną żywnością, co z piciem wody z kranu lub oddychaniem w centrach miast? Nieustannie dostarczamy naszemu organizmowi mnóstwa trucizn, jednak w większości przypadków nasz organizm sobie z nimi radzi bez problemu. Jedni palą papierosy przez 50 lat i umierają ze zdrowymi płucami, inni dostają raka płuc choć nigdy nie wypalili ani jednego papierosa.

Znowu – nasza wiedza oparta jest na statystykach, ale statystyki dotyczą większości, pojedyncze przypadki wymykają się wszelkiej wiedzy i logice.Nasz organizm nieustannie dokonuje uzdrawiania na wielu poziomach!

Pytanie – dlaczego czasami się poddaje?

Zachęcam raz jeszcze do przeczytania książek Anity Moorjani. Spłycę teraz jej przesłanie, być może nawet wypaczę, ale to tylko moja interpretacja – Anita wierzy, że choroba, którą dostała, była wynikiem życia wbrew sobie, życia w stresie i udawaniu kimś, kim nie była, i kiedy to zrozumiała, pozbyła się stresu, i organizm się błyskawicznie uleczył.

Czy może każda choroba jest taką informacją, którą wysyła nam organizm?

Czy może każda choroba, której przesłanie zrozumiemy, może być przez nasz własny organizm uleczona?

Czy może… Bóg dał nam moc samouzdrawiania i my mamy ją odkryć, i dlatego proszenie Go o to nie ma sensu?

To tylko propozycja. Czy prawdziwa? Jeżeli nawet, to zapewne nie zawsze. Chorują i malutkie nieświadome dzieci. Nie są znane mi też przypadki uleczenia chorób geneteycznych – czy nasza moc jest ograniczona? Nie wiem. Wielkie cuda dzieją się bardzo często – jeśli nie najczęściej – a może i wyłącznie – z dala od kamer i wszelkiego rozgłosu. Anita Moorjani została popularna lata po wydarzeniu, niemal przypadkiem, ile podobnych wypadków pozostaje w ukryciu? Być może i uzdrawiane są choroby genetyczne?

Siła naszego organizmu i wiary jest wyjątkowo skutecznie widoczna przy badaniach nad placebo. Bardzo często pacjenci leczeni „niczym” osiągają lepsze wyniki niż leczeni rzeczywistymi lekami.

Pozostawmy temat zdrowia. Co z innymi kwestiami, o które ludzie się modlą? Jeśli modlitwa zdesperowanego człowieka nie dotyczy zdrowia, to niemal na pewno dotyczy albo kwestii finansowych albo relacji.

Czy bardzo często nie jest tak, iż ludzie modlą się o coś, co i bez modlitwy potrafią zmienić?

Zamiast modlić się o wygraną w totolotka, może pomyśl o zmianie pracy na taką, która przyniesie ci wystarczające pieniądze? Albo zamiast prosić o cudowną przemianę członka rodziny idź i porozmawiaj z nim; być może będziesz w stanie mu pomóc, aby sam się w stanie był zmienić?

Z całą pewnością ogromna ilość, jeśli nie większość, codziennie wypowiadanych modlitw nie ma wielkiego sensu, gdyż prosi się w nich o coś, co albo Bóg już dał, albo czego nawet nigdy nie zabierał. „Boże, nie opuszczaj mnie”, „Bądź ze mną w tym ciężkim czasie”, „Zmiłuj się nade mną”… Jeżeli Bóg, którego znasz, gniewa się na ciebie lub oddala się od ciebie, masz wypaczony obraz Boga, i od jego rewizji należy rozpocząć.

Z innej beczki: zawsze zastanawiał mnie ten werset:

Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą.  (Łk 11:13)

Jezus opowiada tutaj historię człowieka, który nachodzi znajomego w nocy i prosi o pożyczenie chleba. Dowodzi, że skoro ludzie odpowiadają na prośby, czy to z dobroci czy „na odczepnego”, Bóg tym bardziej odpowie tym, którzy Go proszą. To z tego fragmentu pochodzi jeden z najczęściej cytowanych na świecie fragmentów Biblii „szukajcie a znajdziecie” (w. 9). Cytowany jednak Łk 11:13 ma jednak coś zastanawiającego. Fragment mówi przecież o rzeczach materialnych… czyli jednych z najczęstszych i najbardziej oczywistych intencji… a co daje Ojciec z nieba? Ducha Świętego.

Ja proszę o milion w środę, milion w sobotę, a dostaję Ducha Świętego?

Moim zdaniem ten fragment świetnie uzupełniany jest przez Jakuba:

Jeśli zaś komuś z was brakuje mądrości, niech prosi o nią Boga, który daje wszystkim chętnie i nie wymawiając; a na pewno ją otrzyma. (Jk 1:5)

Czy wiesz, co to jest pokutowanie?

Powszechnie uważa się, że to coś w rodzaju umartwienia za popełnione grzechy. Pokuta jest jednak rzadziej używanym synonimem nawrócenia się i pochodzi z Biblii. Dzisiejsze tłumaczenia na ogół używają tłumaczenia „nawracać się„, jednak przykładowo Biblia Gdańska preferuje „pokutować„:

A mówiąc: Wypełnił się czas i przybliżyło się królestwo Boże: Pokutujcie, a wierzcie Ewangielii. (Mk 1:15, BG)

W oryginale użyte jest słowo „metanoiete„, które jest zlepieniem „meta” – „poza”, „na” (jak w zdaniu „wymienić coś na nowe”) oraz „nous” oznaczającego umysł. Metanoja oznacza zatem zmianę umysłu, a prościej – zmianę myślenia, zmianę zdania. Nie ma to nic wspólnego ze smutkiem i biczowaniem się.

Wiele lat byłem przekonany, że Biblia przede wszystkim zajmuje się tym wszystkim, co robimy; przełomem w moim życiu było uświadomienie sobie, że Biblia przede wszystkim skupia się na tym, jak myślimy.

To człowiek wierzący otrzymuje to co chce, nie człowiek zachowujący się poprawnie! Nie to, co wchodzi do człowieka, czyni go nieczystym, ale to co, wychodzi – m.in. złe myśli! (Mk 7:15-21) Nasze główne zadanie do przemienianie umysłu! (Rz 12:22)

Z doświadczenia swojego i znanych mi ludzi wyłania się coś takiego: Bóg w pierwszym rzędzie odpowiada na modlitwy o zmianę myślenia. Jakub w wyżej cytowanym fragmencie używa słów nie pozostawiających wątpliwości: proszący o mądrość NA PEWNO ją otrzyma!

Czy Bóg może w ogóle nie odpowiada na nasze prośby materialne, gdyż dał nam wystarczająco zasobów, abyśmy sami potrafili je spełnić? Wielu tak uważa.

Ten akapit oburzy niejednego – ale pamiętaj – ja tylko gdybam, tylko stawiam pytania – być może Bóg nie uzdrawia dzieci w hospicjum, bo stwarzając nas dał nam wystarczające zasoby do medycznego leczenia innych, albo do bycia uzdrowionym i uzdrawiania innych, tylko w nie nie wierzymy albo nie chce nam się zadać trudu by je odkrywać i pielęgnować?

Niezależnie jak odpowiesz na te pytania, musisz przyznać, iż większość ludzi nie korzysta z tego, co ma, nawet w połowie tak dobrze, jak mogliby. Mam na myśli głównie… nasze mózgi. Większość ludzi jest w stanie nauczyć się niemal czegokolwiek aby móc zmienić pracę na lepszą lub otworzyć własną firmę, jednak mało kto to robi – większość narzeka, źe jest źle. Prostszy przykład – większosć narzekających na nadmierną wagę odwraca właściwe proporcje jedzenia i aktywności fizycznej, jednak wciąż obwinia swój organizm, nie siebie.

Faktem jest, dzisiejszy świat raczej nie zachęca nas do kreatywnego myślenia. Szkoła w której nikogo nie ineresują nasze zainteresowania i najlepiej oceniani są ci, co bezmyślnie wszystko wykują. Praca, w której najczęściej obowiązuje zasada „chcesz pracować w spokoju, nie wyprzedzaj szefa w rozwoju”. Państwu, nie oszukujmy się, najbardziej zależy na ludziach nie kwestionujących niczego, regularnie pracujących i płacących podatki. A religia na ogół wszelkie przejawy myślenia traktuje mniej lub bardziej otwarcie wręcz jako zbrodnię.

DOSTANIESZ!

Olśnienie – Duch Święty – mądrość – zmiana myślenia – nawrócenie – jeżeli o to będziesz prosić Boga, bez żadnych dodatkowych warunków to dostaniesz. Nie musisz coś robić lub czegoś nie robić, chodzić do określonego kościoła ani wpłacać na biednych w Afryce. Proś, jeśli chcesz. Ale czy na pewno chcesz tego? Czasem zmiana myślenia pociągnie za sobą ogromne zmiany w życiu, czasem tylko zmianę miejsca pracy, czasem aż kraju zamieszkania… czasem zmianę przyjaciół, czasem aż rodziny. „Większość tych ludzi nie jest gotowa do odłączenia. A wielu z nich jest tak bezwładnych, tak beznadziejnie zależnych od systemu, że będą walczyć w jego obronie.„. Ten cytat pochodzi z Matrixa, ale ma też świetne zastosowanie przy procesie odłączania się od religii.

Nie chcę tego tekstu podsumować stwierdzeniem, iż Bóg nie odpowiada na nasze modlitwy, bo nie jest to prawdą. Wierzę natomiast że prawdą jest stwierdzenie, iż niedorzecznością jest proszenie Go o coś, co dał nam już w momencie narodzin!

O teorii względności, nagim cesarzu i goleniu włosów

Każda prawda przechodzi przez trzy etapy: najpierw jest wyśmiewana, potem  zaprzeczana, a na końcu uważana za oczywistą. –  Arthur Schopenhauer

Choć tematyką artykuł ten będzie odbiegał od reszty witryny, jego ogólne przesłanie jest z nią spójne – i jest nim zachęta do uruchomienia myślenia w dziedzinach, w których sądziliśmy, że inni pomyśleli za nas wystarczająco dobrze.

MYŚL! Otwórz umysł. Nie akceptuj czegoś tylko dlatego, że większość ludzi, których znasz, to twierdzi. Nie akceptuj czegoś nawet wtedy, gdy wszyscy, których znasz, to twierdzą. Tylko zdechłe ryby płyną z prądem. A jeśli to inni mają rację, a ty nie, po przebadaniu spornego tematu po prostu zmienisz zdanie. Będziesz przynajmniej dokładnie wiedzieć, dlaczego myślisz, co myślisz. Kwestionując wszystko, co się da, możesz tylko zyskać!

open mind key locked un locked brain mind human head phsycology phsycological mindlock memories therapy

W praktyce oczywiście kwestionowanie dosłownie wszystkiego jest niemożliwe, głównie z powodu braku czasu. Musimy wybrać, które z aspektów naszego życia i przekonań są dla nas najważniejsze. W każdej kulturze istnieje mnóstwo mitów, w które wierzy blisko 100% populacji, ale które nie mają żadnego wpływu na niczyje życie. Nigdy się nie dowiemy wszystkich, w które sami wierzymy, i które powtarzamy.

Wikingowie mieli hełmy z rogami. Pamięć złotych rybek trwa kilka sekund. Alkohol rozgrzewa. U rekinów nie występują nowotwory. Napoleon był bardzo niski. Wielki Mur jest jedyną budowlą widoczną z kosmosu. Ptaki porzucą pisklęta, jeśli wyczują zapach człowieka, który je dotykał. Pasy cnoty powstały w celu zapobiegania niewierności. Rzucona z bardzo wysokiego budynku drobna moneta może ci przebić na wylot głowę. Ludzie mają pięć zmysłów. Paznokcie i włosy rosną również po śmierci.

viking-helmet

 Wszystkie wyżej wymienione twierdzenia są fałszywe. Weźmy pierwsze z nich – „Wikingowie mieli hełmy z rogami”. Tak naprawdę Wikingowie musieliby mieć tendencje samobójcze, aby umieszczać na swoich hełmach rogi. Jedną z funkcji hełmu jest to, aby większość uderzeń miecza się po nim niejako ślizgała. Rogi by to uniemożliwiały. „Doprawiono” je (haha) Wikingom dopiero w XIX wieku, a uczynili to twórcy kostiumów do oper Wagnera. Wszystkie wcześniejsze rysunki i opisy Wikingów rogów nie mają.

Po przeczytaniu powyższego wyjaśnienia, niemal nikt, jak sądzę, nie upierałby się już przy tym, że Wikingowie naprawdę mieli rogi u hełmów. Po stwierdzeniu typu „ha, ciekawe!”, przyjąłby po prostu do wiadomości, że się mylił. Sprawa ta jest bowiem łatwa do udowodnienia, a wyjaśnienie jak najbardziej logiczne.

Co to jednak naprawdę oznacza „logiczne”?

Logika to proces rozumowania, który powinien nam umożliwić odróżnianie prawdy od fałszu. Natrafiamy jednak na dwa problemy – po pierwsze, logika nie jest niezależnym procesem, po drugie, możemy w różny sposób zakłócać jej działanie.

Co to znaczy, że logika nie jest niezależnym procesem? Poprawność działania logiki zależy między innymi od opierania się na faktach. Nie każdy jednak ma ich jednakową znajomość. Dwie osoby mogą dojść do różnych wniosków stosując ten sam rodzaj logicznego rozumowania, jeśli nie mają identycznej znajomości faktów.

Węźmy kolejny z wymienionych wyżej mitów – ten, że pamięć złotej rybki wynosi tylko kilka sekund. Komuś może wydać się to logiczne – no tak, mała, głupia rybka; czego można spodziewać się po zwierzęciu z mózgiem wielokrotnie mniejszym od łebka szpilki? Nie wiadomo, kto stworzył ten mit, wiadomo natomiast, że został wielokrotnie obalony. 15-letni chłopiec z Australii w prostym doświadczeniu poprzedzał karmienie złotych rybek umieszczeniem w akwarium czerwonego klocka. Początkowo ryby się go bały, później jednak nauczyły się, że oznacza on karmienie, i podpływały bliżej. Chłopiec przerwał eksperyment na tydzień – i po jego upływie rybki wciąż pamiętały, że klocek oznacza karmienie, podpływały blisko niego bez żadnych obaw. 1 A tydzień to… kilkaset tysięcy razy więcej niż kilka sekund. Nie na tym koniec jednak. W podobnym eksperymencie, tylko z użyciem dźwięku, udowodniono, iż pamięć złotych rybek może sięgać nawet pięciu miesięcy 2. Jeśli znamy tylko ten fakt, że mózg złotej rybki jest malutki, możemy wciąż wierzyć w mit kilkusekundowej pamięci. Wiedza o wykonanym doświadczeniu szybko ten mit obala.

 Logika, aby działała jak należy, powinna też być poparta doświadczeniem. Przyznajmy się – większości rzeczy, w które wierzymy, i które głosimy, nie doświadczyliśmy w żaden sposób. Ktoś nam coś powiedział, gdzieś coś czytaliśmy, i powtarzamy to dalej, z każdym kolejnym powtórzeniem wierząc w to coraz bardziej. Większość ludzi, zwłaszcza tych inteligentnych i oczytanych, lubi prezentować swoją wiedzę (eufemizm przechwałek), i lubi efekt wywierany na znajomych, kiedy uda im się zabłysnąć wiedzą i widzą podziw w ich oczach. Kiedy raz to osiągną, trudno im później przyznać się do jakiejkolwiek niewiedzy. Wolą nieco pozmyślać niż powiedzieć „nie wiem”. Boimy się rozczarować innych, że wcale nie jesteśmy tacy wspaniali, jak myślą?

Jest powiedzenie, które bardzo lubię – „mądry mówi tylko to, co wie; głupi mówi wszystko”. W obecnej dobie informacji, gdy człowiek jest zasypywany nieporównywalnie większą ilością informacji niż w całej historii ludzkości, niemożliwe jest jednak zweryfikowanie wszystkiego, zwłaszcza, iż duża część informacji, która nam jest serwowana, to umyślne kłamstwa, zwane reklamą. Najmądrzejszymi dzisiaj zatem są być może ci, którzy najmniej mówią?

Ponieważ trudno całe życie poddawać wnikliwej analizie wszystko, co słyszymy, i na pewno pewne mity będziemy powtarzać, warto zastanowić się, jak odróżnić te mało istotne od tych, które mogą odmienić czyjeś życie. A te należą najczęściej do dwóch kategorii: religii i nauki.

Wszyscy mamy potrzebę bezpieczeństwa, i niektóre z informacji, które posiadamy, mają na nią bezpośredni wpływ. Informacja o wykryciu nowotwora złośliwego w zaawansowanym stopniu rozwoju dla niemal każdego będzie wielkim szokiem i poczucie bezpieczeństwa nagle przestanie być zaspokajane. Większość ludzi będzie starać się odzyskać je bądź to przez religię, bądź naukę, bądź kombinację obydwu.

Załóżmy, że pacjent bądź to uwierzy, że Bóg go uzdrowi, bądź też, że ktoś ma lekarstwo na jego dolegliwość. Jeżeli później będziemy starali się zachwiać jego przekonaniem – odpowiednio przekonując, że Boga nie ma, lub że takowe lekarstwo nie istnieje, poczucie bezpieczeństwa tej osoby będzie zagrożone i jej reakcje będą zazwyczaj bardzo emocjonalne. W takich sytuacjach rzeczowa dyskusja jest prawie zawsze niemożliwa. Jeżeli czytelnik tego artykułu należy do osób, których poczucie bezpieczeństwa oparte jest na nauce, uprzedzam, że może ono zostać poważnie rozchwiane. Jeżeli ktoś ma w tej chwili wielką ochotę rzucić czytanie tego artykułu, sugeruję, aby to zrobić. Jakakolwiek szansa na dowiedzenie się czegoś nowego maleje w tempie astronomicznym, jeśli do tematu podchodzimy z emocjami.

GOLENIE WŁOSÓW

 

Dlaczego wspomniałem w tytule artykułu golenie włosów? Jest to jeden z mitów, do których co prawda nauka nie ma wątpliwości, że jest fałszywy, ale jest też dobrym przykładem, jak rozpowszechniona może być jakaś fałszywa informacja. Panuje bardzo powszechne przekonanie, iż golenie włosów ma wpływ na ich wzrost. Jedni uważają, iż odrastają one ciemniejsze, inni, że grubsze; wielu też uważa, iż po goleniu rosną gęściej lub szybciej. Z naukowego punktu widzenia natomiast byłoby niezwykle dziwne, gdyby którekolwiek z tych twierdzeń było prawdą. Powód jest trywialnie prosty – włos jest martwy. Możemy go golić, ciąć, palić, zanurzać w kwasie – nasz organizm nie ma możliwości nawet „dowiedzenia się”, co się z nim dzieje. Włos nie ma żadnych połączeń nerwowych. Mieszek włosowy jest, jak najbardziej, żywym organem, ale to, co z niego wyrasta, czyli to, co widać, już nie.

super-thick-beard

Jest to bardzo prosty fakt, jednak jego nieznajomość jest bardzo powszechna. Wykorzystywane to jest w reklamach, w ktorych witaminy bądź prowitaminy wnikają we włosy, lub mają je „odżywiać”. Nie da się przecież odżywić czegoś, co jest martwe. Pamiętam, jak w przeszłości wielokrotnie irytowałem się, gdy usiłowałem kogoś przekonać, iż wpływ golenia na porost włosów jest mitem. Niektórzy nawet cierpliwie słuchali moich wywodów o budowie włosa, jednak – kiedy oczekiwałem od nich zgodzenia się ze mną – stwierdzali, że oni jednak wiedzą lepiej, bo… widzieli „na własne oczy”, iż golenie wpływa na porost włosów.

Wyżej pisałem, iż poprawne działanie logiki wymaga znajomości faktów i – podkreślę „i” – doświadczenia. Nie „albo”. One muszą się ze sobą zgadzać. Jeśli się nie zgadzają, albo fakty w rzeczywistości są inne, albo doświadczenia złudne. W przypadku golenia włosów mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem. Często dorastający chłopcy zauważają, że dopóki się nie golili, ich włosy były prawie niewidoczne, zaś od czasu golenia są ciemniejsze. Byłyby jednak wciąż ciemniejsze, nawet gdyby ich nie golili, gdyż spowodowane to było zmianami hormonalnymi w ich organiźmie. Zbiegiem okoliczności było to, iż w tym czasie włosy te były golone. Owszem, odrastające po goleniu włosy wydają się twardsze i mniej elastyczne, na tej samej zasadzie, na jakiej o wiele trudniej nam zgiąć lub złamać drewnianą listwę długości centymetra niż długości metra. Nie golmy się jakiś czas i przekonamy się, że po osiągnięciu pewnej długości, włosy znów wydają się elastyczne i bardziej miękkie.

To jedno proste twierdzenie – że włos jest martwy – tak naprawdę jest jedynym potrzebnym argumentem. Jak to zatem jest, że wciąż przygniatająca większość ludzi wierzy, że golenie wpływa na porost włosów? Nawet naukowcy, choć dobrze wiedzieli, że na wpływ ten nie ma logicznych dowodów, woleli się przekonać, i wykonywali liczne doświadczenia na ochotnikach. Doświadczenie z 1970 roku dotyczyło dwóch grup ludzi [http://www.everydayhealth.com/skin-and-beauty/does-shaving-make-hair-grow-back-thicker.aspx], z których jedna nie goliła nóg przez kilka miesięcy, druga zaś goliła je regularnie. Przebadano włosy obu grup przed i po eksperymencie. Wynik – zgodny z nauką. A jednak… nauka sobie, doświadczenia sobie, a… ludzie wciąż wierzą, w co chcą wierzyć. Zwłaszcza, jeśli ich doświadczenie zdaje się przeczyć naukowym faktom. „Czucie i wiara silniej do mnie mówią, niż mędra szkiełko i oko” – któż by się odważył kłócić z Mickiewiczem?

Może łatwiej będzie kłócić z kimś, kto lubi nadużywać alkoholu, i upiera się, że go on rozgrzewa? Alkohol, owszem, rozszerza naczynia krwionośne blisko skóry, przez co skóra się ogrzewa i człowiek ma wrażenie, że jest cieplej, podczas gdy oczywiście przez rozszerzone naczynia o wiele prędzej traci się ciepło. Zamarzasz? Napij się wódki, zamarzniesz prędzej, ale przyjemniej. Prześmieszne jest to, że większość ludzi, gdy myśli o psach bernardynach, ma przed oczami obraz olbrzymiego, kudłatego psa z baryłką rumu lub whisky na szyi, podczas gdy sami mnisi z Wielkiej Przełęczy Świętego Bernarda (którzy zapoczątkowali używanie tych psów do pomocy w górskich akcjach ratowniczych) zaprzeczają, że kiedykolwiek wieszali cokolwiek psom na szyjach. Legendy…

W tytule wspominam również o nagim cesarzu. Jeśli ktoś nie zna tej baśni Andersena, służę skrótem:

new emperors's clothes

„Nowe Szaty Cesarza” jest krótką opowiastką, w której pewien uwielbiający dobre stroje cesarz daje mnóstwo pieniędzy dwóm oszustom podającym się za tkaczy o niesamowitych zdolnościach polecając, aby ci uszyli mu szaty, o niezrównanym pięknie. Oszuści deklarują, iż podołają temu zadaniu, a oprócz piękna, szaty te będą miały również bardzo ciekawą właściwość: wszelcy głupcy i ci, którzy nie nadają się do urzędu, w którym pracują, nie będą mogli w ogóle ich widzieć. Oszuści rozpoczynają pracę, zamawiają najlepsze materiały i złoto, przy czym oczywiście chowają je i kradną. Cesarz posyła swoich urzędników, aby oglądali i donosili mu o postępach pracy, a ci – choć widzą puste krosna – albo boją się zwolnienia z pracy, albo posądzenia o głupotę, więc wszyscy mówią, że szaty są przepiękne. Po niedługim czasie już mówią tak wszyscy w mieście.

W końcu i sam cesarz ogląda materiały… i też się boi własnej bądź to niekompetencji, bądź to głupoty, i… również przyznaje, że szaty są wspaniałe. Bajka kończy się sceną, gdy król paraduje nagi przed całym miastem, podczas gdy wszyscy zachwycają się nieistniejącymi szatami… do czasu, aż jedno dziecko woła „Patrzcie, przecież on jest nagi!”. Dziecko na pewno na swój urząd się nadaje, a wtedy nikt dzieciństwa z głupotą nie utożsamiał, także zamiast zbesztać dziecko za naiwność… wszyscy w końcu mu wierzą. Cesarz też zaczyna się domyślać prawdy, jednak… kończy procesję, jak gdyby nigdy nic.

Ta opowiastka jest genialna! Pokazuje i wyjaśnia mnóstwo procesów, które występują w społeczeństwach. Wyjaśnia także sporo pozornych paradoksów dziejących się w religii.

I… w nauce.

Kiedy przyjrzymy się historii nauki, zobaczymy, że niemal wszystkie przełomowe odkrycia spotykały się początkowo z największym oporem… wśród środowisk naukowych. Tylko drobny procent naukowców chciał słuchać Kopernika, że ziemia nie jest środkiem świata. A kiedy Galileusz chciał pokazywać przez teleskop kratery na księżycu lub księżyce Jowisza, większość pozostałych astronomów nawet nie chciała spojrzeć, jako że przecież oni – naukowcy – wiedzieli, jak to ma wyglądać. Wielka ilość szanowanych naukowców na początku XIX wieku była przekonana, iż cięższe od powietrza maszyny nie mają szansy na sterowane latanie, choć przecież w przyrodzie nie brak dowodów na to, iż jest to możliwe. 3

Czy jednak wielkie pomyłki nauki to kwestia przeszłości? Owszem, mamy możliwość przetwarzania milionów razy więcej danych, ale człowiek wciąż tak samo często się myli, jak tysiąc lat temu, i wciąż tak samo często ma również ochotę pokazać się w jak najlepszym świetle, nawet kosztem fałszowania danych.

W latach 80 i 90 niemal w każdej przychodni lekarskiej oraz w wielu salach szkolnych wisiały tak zwane piramidy pokarmowe, które miały pokazać, jak powinna wyglądać właściwie zbilansowana dieta. Jej podstawą były produkty zbożowe, wyżej – warzywa, później owoce, nabiał i – na samym czubku – mięso i oleje. Generalnie – im wyżej, tym tłuściej.

polska_piramida_zywnosciowa

Po jakimś czasie jednak coraz więcej naukowców zaczęło sobie uświadamiać, że tłuszcze jednak są potrzebne dla zdrowia. Więc piramidę zmieniono i na samą górę powędrowały cukier i słodycze.

nowsza_piramida_zywieniowa

To akurat wersja wegeteriańska, ale wersja „zwyczajna” umieściłaby po prostu mięso obok jajek lub nieco wyżej.

Minęło trochę lat… i zauważono, że chleb, płatki i kasza przyczyniają się do otyłości. Powędrowały więc one wyżej, tym razem ustępując miejsca warzywom.

Mięso jednak wciąż traktowane jest po macoszemu.

nieco_nowsza_piramida_zywieniowa

Ostatnie lata to następny przełom. Coraz więcej badań pokazuje, iż ani wysoka zawartość tłuszczu w diecie, ani też mięsa, nie mają bezpośredniego wpływu na otyłość ani żadną z chorób przewlekłych. Mają go natomiast węglowodany, zwłaszcza te wysoko przetworzone – jak rafinowany cukier i biała mąka. Produktom zbożowym coraz więcej ludzi po prostu dziękuje i czyniąc to ,pozbywają się wielu chorób i niechcianych kilogramów. Tak się składa, że jestem jednym z tych ludzi – i poniższa piramida przedstawia też z grubsza to, co sam jadam:

odwrotna_piramida_zywieniowa

Na diecie takiej bardzo trudno jest przytyć. Jest to dokładnie odwrotny model żywienia do tego, który podawano maluczkim do wierzenia przez ostatnie dziesięciolecia. Do dzisiaj zresztą wciąż większość popularnych serwisów internetowych poświęconych zdrowiu promuje dietę wysokowęglowodanową.

Ale przecież wpływ spożywania różnych grup produktów spożywczych na podstawowe aspekty zdrowotne jest przecież trywialnie prosty do przebadania. Do badań takich nie potrzebna jest znajomość wszystkich reakcji organizmu na poziomie molekularnym. Wystarczy odpowiednia ilość ochotników i obserwacja, jak ich organizmy reagują na to, co jedzą. Poza tym dostęp do informacji jest dzisiaj tak łatwy, jak jeszcze nigdy w historii ludzkości. Jak to zatem jest, że „naukowcy” i „specjaliści” potrafią podawać zupełnie sprzeczne informacje? I – zauważmy – że nie mówimy o kilku publikacjach w jakichś mało znanych magazynych – mówimy o planszach wiszących w dziesiątkach tysięcy szkół i ośrodków zdrowia na całym świecie z niesprawdzonymi i wprowadzającymi w błąd informacjami, które bardzo łatwo można było zweryfikować!

 Dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedź może być tylko jedna – niektórym naukowcom musi nie zależeć na dotarciu do prawdy.

Z jakich powodów? Myślę, że i tu sprawdza się genialne porzekadło – jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Dlaczego mielibyśmy założyć, że naukowcy są wolni od chciwości? Jeśli przyjdzie ktoś do marnie zarabiającego naukowca i zaproponuje milion złotych za sfałszowanie wyników badań w jakiejś mało istotnej sprawie, a w dodatku za ten czyn nie groziłaby odpowiedzialność karna… jak brzmiałaby bardzo często naukowca tego odpowiedź?

W latach 70 kilkoro amerykańskich badaczy rozpoczęło badania nad wpływem tkanki chrzęstnej (chrząstki) na rozwój raka. Zauważono, iż wstrzyknięcie jej w tkankę w okolicy rosnącego nowotworu blokowało powstawanie nowych naczyń krwionośnych, tym samym uniemożliwiając rozwój nowotworu. Wyglądało to obiecująco, i oczywiście wymagało mnóstwa badań i wielkiej ilości tkanki chrzęstnej. I tu pojawił się pomysł: rekiny – wielkie zwierzęta, których szkielet jest niej w 100% zbudowany . Świetne źródło materiału do eksperymentów! W mniej więcej tym samym czasie inny naukowiec usiłował wywołać raka u rekinów, podając im duże dawki aflatoksyn B1, które to mają silne właściwości rakotwórcze… i żadnego nowotworu nie stwierdził. Czy jednak badanie wpływu jednej substancji na zaledwie kilku osobników danego gatunku może uzasadnić wniosek „rekiny nie chorują na raka”? Nieco później, oczywiście, liczne badania potwierdziły, że u rekinów jak najbardziej nowotwory również występują.

Zanim jednak opublikowano badania ostatecznie udowadniające, iż rekinów w żaden znany sposób nie można użyć do walki człowieka z rakiem, pojawił się ktoś szczególny… lekarz mający genialną żyłkę do interesów – William Lane. Natychmiast rozpoczął produkcję różnych specyfików pozyskiwanych z chrząstki rekina, opublikował kilka książek i zaistniał w mediach.

shark tale

Wkrótce odebrano mu licencję lekarza, zabroniono głosić fałszywe informacje o sposobach leczenia nowotworów, nałożono karę w wysokości miliona dolarów… ale cóż to dla niego, skoro zarobił wielokrotnie więcej. Swoją pierwszą książkę opublikował w 1992 roku. Piszę to w 2015, i jego firma, LaneLabs 4, wciąż prężnie działa… i wciąż sprzedaje specyfiki z chrząstki rekina. Z powodu zakazu sądowego nie są one już reklamowane jako zapobiegające nowotworom, ale… opinia publiczna przecież dobrze wie od dawna, od czego one są.

Jaki jest tego wszystkiego rezultat? Poza bogactwem Williama Lane’a, drastycznie zmniejszona populacja rekinów. I zawiedzione nadzieje mnóstwa ludzi.

Pieniądze deprawują. I naukowcy nie są od tego wolni.

Jak to jest jednak możliwe, że wciąż powszechna jest wiara w coś, co ponad wszelką wątpliwość zostało udowodnione, że jest fałszywe? Akurat w kwestii walki z nowotworami myślę, że powód jest prosty – ludzie potrzebują nadziei. Jeśli nie znajdą nadziei mającej racjonalne podstawy, chwycą się czegokolwiek. Rak jest wciąż jedną z największych tragedii na świecie i miliony ludzi widzą odchodzących bliskich w sile wieku, którym w żaden sposób nie można pomóc.

Powyższe przykłady pokazują, iż fakt, że coś jest powszechnie akceptowane, wcale nie musi oznaczać, iż jest to prawdziwe. Odnosi się to zarówno do środowisk naukowych, jak i wszystkich innych. Jedni naukowcy przeczą innym; coś, czego uczymy dzieci dzisiaj, może okazać się nieprawdą jutro. Stare dzieje! Wszyscy od czasu do czasu się mylimy, ale gdy poznajemy nowe fakty, zmieniamy przekonania i idziemy dalej. A przynajmniej tak by było, gdyby ludzie działali tylko na płaszczyźnie racjonalnej. Tak jednak niestety nie jest. Nie jesteśmy komputerami.

Nadmierne emocje uniemożliwiają logiczne rozumowanie. Potrafimy rozmawiać logicznie, z rzeczową wymianą argumentów… lecz kiedy pojawia się wątek religii, zaczynają pojawiać się inwektywy, i cała miła atmosfera pryska. Nic nowego. Poczytajmy historie Giordano Bruno, Galileusza lub Kopernika (z których, wbrew kolejnemu mitowi, tylko pierwszy był spalony na stosie), tam żaden z sędziów nie zadał sobie trudu, by sprawdzić teorie naukowe, choć kwestia położenia Słońca i Ziemi nie miała z religią nic wspólnego. Próba podważenia bzdurnych dogmatów o budowie Układu Słonecznego powodowała takie kłótnie, że na żadne argumenty nie pozostawało miejsca.

Przez wiele lat obecności na najróżniejszych forach dyskusyjnych obserwowałem, jak wielkie emocje wzbudza cokolwiek mającego choć odległy związek z religią.Nie widziałem nigdzie w Internecie dysksusji o teorii ewolucji, gdzie nie byłoby słowa „idiota”. Możesz mieć inne opinie na temat ufoludków lub dostępności pozyskiwania energii z wody – każdy je szanuje i daje ci prawo do ich wyrażania – ale jeśli masz inne zdanie w temacie ewolucji, to… jesteś idiotą. Osobiście zupełnie nie widzę żadnego związku między religią a ewolucją, ale powszechny jest pogląd, że odrzucając ewolucję trzeba wierzyć, iż wszystko stworzył Bóg; podczas gdy odrzucając Boga trzeba dojść do teorii ewolucji. Ludzie dowiedli, iż potrafią wierzyć we wszystko, jeśli tylko im się to odpowiednio poda. Niedawno przeczytałem, iż 10% Amerykanów nie wierzy, iż ich rodacy wylądowali na Księżycu. Istnieją natomiast zrzeszające tysiące członków Towarzystwo Płaskiej Ziemi (Flat Earth Society). Tak, oni naprawdę nie wierzą, że Ziemia jest kulista. 5

O wojnie ewolucja kontra kreacjonizm jednak pisać nie będę, jako że istnieje mnóstwo książek, witryn i for dyskusyjnych, gdzie temat jest wałkowany dzień w dzień. Chciałbym natomiast skupić się na innym temacie, który pozornie nie ma nic wspólnego z religią.

 Teoria względności Alberta Einsteina.

Wyraz „Einstein” funkcjonuje dzisiaj jako synonim geniusza. Być może dlatego znakomita większość ludzkości spędza całe życie bez zamartwiania się tym, że nie rozumie tego, z czego Einstein jest najbardziej znany – teorii względności (TW). Nadmienię tutaj, że ilekroć będę odnosić się do TW, będę miał na myśli wyłącznie szczególną, nie ogólną teorię wzlędności.

einstein

Jakże przecież my, Misie O Małych Rozumkach, możemy aspirować do rozumienia tworu geniusza? Jest to często powtarzana obiegowa opinia, jednak tak naprawdę zrozumienie założeń TW nie jest wcale trudne. Ale o tym za chwilę.

Wyżej wspominam, iż nie widzę żadnego związku między religią a teorią ewolucji. To nieprawda, że Biblia przeczy ewolucji, gdyż Biblia nie precyzuje, czy akt stwórczy trwał sekundę czy milion lat i w jaki dokładnie sposób to stwarzanie się odbywało. Ci z naukowców, którzy teorię ewolucji odrzucają, odrzucają ją nie dlatego, że Biblia im każe, ale dlatego, że znajdują w niej luki niemożliwe do wytłumaczenia. Bardzo poważny związek widzę natomiast między religią a TW. I religia, i TW, ma dogmaty. Dogmaty – czyli rzeczy podawane do wierzenia, które nie wymagają uzasadnienia.

Dogmaty różnych religii są rozmaite i często wzajemnie sobie przeczą, ale jeden dogmat jest wspólny – dogmat o istnieniu Boga – lub bogów. TW również ma różne dogmaty, ale jeden z nich jest najważniejszy.

Dogmat o stałej prędkości światła.

TW głosi, iż światło, niezależnie od położenia i prędkości obserwatora, będzie miało zawsze taką samą prędkość. Nieważne czy poruszać się będę w tym samym kierunku, co promień światła, lub w przeciwnym, bądź w ogóle – zawsze zmierzę tę samą prędkość. Z obliczeń TW wynika również, iż niemożliwe jest jej przekroczenie – prędkość światła jest prędkością absolutnie maksymalną we wszechświecie.

Nie zajmując się jeszcze kwestią, czy dogmat ów jest prawdziwy czy nie, zauważmy, że dogmat ten przeczy zdrowemu rozsądkowi. Załóżmy, że jestem w poruszającym się autobusie, w którym oprócz mnie jest tylko jeszcze jeden pasażer. Ja siedzę na początku autobusu, on na jego końcu. W pewnym momencie pasażer ów wstaje i idzie w moim kierunku. Idzie tempem spacerowym, powiedzmy – 5 km/h. Autobus porusza się natomiast 60 km/h.

Z jaką prędkością będzie mnie się wydawało, iż pasażer idzie? A jaką prędkość pasażera zmierzy ktoś stojący na ulicy? I co zobaczy kierowca samochodu osobowego wyprzedzającego autobus, jeśli samochód ten będzie jechał z prędkością 65 km/h?

To bardzo proste. Prędkość pasażera zmierzona przeze mnie wynosić będzie 5 km/h, osoby z ulicy – 65 km/h, a kierowcy wymijającego autobus – 0 km/h.

Co się jednak dzieje, jeśli nadamy naszemu sympatycznemu pasażerowi nazwisko Światło?

Wtedy – zgodnie z dogmatem – prędkość zmierzona przeze mnie będzie wynosić miliard km/h, zmierzona przez osobę z ulicy – miliard km/h, a osoby z wymijącego nas samochodu – również miliard km/h (tak, prędkość światła – 300 000 km/s to nieco ponad miliard kilometrów na godzinę).

Weźmy przykład z rzeczywistym użyciem światła: jeżeli na rakiecie lecącej z prędkością światła ktoś zapaliłby latarkę, świecąc jej promieniem w kierunku lotu, obserwator zewnętrzny według TW zauważyłby, że promień tej latarki nie poleciałby zgodnie z logiką dwa razy szybciej od światła, ale również z prędkością światła. Czy zatem pilot tej rakiety widziałby ten promień światła z latarki stojący w miejscu obok latarki? Nie jest to możliwe, gdyż przecież każdy obserwator musi widzieć światło poruszające się z tą samą prędkością. Ten pilot również widziałby, że promień światła wystrzelił z… prędkością światła. Skoro latarkę skierował w kierunku ruchu rakiety, widział, jak promień wyprzedza rakietę, bo przecież światło pokonało długość rakiety w kilka nanosekund, i jaka siła kazała by mu zatrzymać się magicznie na jej końcu? No właśnie! Niemożliwe jest, aby osoba czekająca w punkcie docelowym mogła to zaobserwować, bo zakładałoby to, że osoba ta zobaczyłaby promień światła zanim zobaczy samą rakietę, a więc promień ten poruszałby się szybciej, niż rakieta, a przecież… dogmat TW mówi, iż to niemożliwe.

 (Zgadzam się, że powyższy akapit jest niezwykle zagmatwany i może wymagać wielokrotnego przeczytania, ale zachęcam do wysiłku, gdyż jego zrozumienie jest niezbędne, aby pojąć istotę tego problemu).

Jesteśmy troszkę w punkcie bez wyjścia. Promień światła z latarki nie może jednocześnie opuścić rakietę (według jej pilota) i jej nie opuścić (według obserwatora zewnętrznego). Jest to urągająca logice sprzeczność, niemniej fizycy się tym nie przejmują. Zapisując mnóstwo stron skomplikowanymi obliczeniami udowadniają, iż niemożliwe bywa możliwe, tylko tylko że… do jednego absurdu musimy dołożyć jeszcze kilka. A zwłaszcza dwa. Dylatacja czasu i transformacja Lorentza.

 

Teoria dylatacji czasu głosi, iż im szybciej się poruszamy, tym czas płynie wolniej. Jeżeli mój brat bliźniak wyruszyłby w trwającą wiele lat podróż z ogromną prędkością, to po powrocie będzie o kilka lat młodszy ode mnie. Tranformacja Lorentza natomiast (konkretniej chodzi o tzw. skrócenie Lorentza – Fitzgeralda), zwana również w skrócie kontrakcją, mówi nam, iż im szybciej ciało się porusza, tym robi się… krótsze w kierunku ruchu. Przykładowo – jeżeli mam 180 cm wzrostu, to leżąc głową w kierunku ruchu w rakiecie poruszającej się z prędkością wynoszącą 87% prędkości światła, mój wzrost wynosiłby 90 cm. Nie wiem, jak zareagowałyby moje organy na coś takiego. Fizycy jednak nie będą tracić czasu na taką błachostkę.

 Te trzy dogmaty – stała prędkość światła, dylatacja czasu i kontrakcja – są ze sobą nierozerwalnie złączone w TW, to znaczy obalenie dowolnej z nich obala pozostałe – i w rezultacie – całą TW. Wszystkie trzy również… przeczą logice i doświadczeniu. Czy jednak fakt, że coś nam się wydaje nielogiczne, przeświadcza o nieprawdziwości tego czegoś? Oczywiście, że nie. Logika może zawieść, gdyż opiera się na znajomości faktów, a ta może być niedoskonała. W przypadku TW jednak trochę trudno mówić o faktach, gdyż fakty są tylko wtedy bezsporne, gdy każdy może je z łatwością zaobserwować, a prawdziwości TW nie sposób zaobserwować, bowiem wszystkie te arcyciekawe zjawiska dopiero pojawiają się w dostrzegalny sposób przy prędkościach zbliżonych do prędkości światła, a nam do tego bardzo daleko. Najszybszy zbudowany przez człowieka pojazd poruszał się z prędkością nieco ponad 16 km/s (pojazdy z ludźmi) i 70 km/s (bezzałogowe). 70 km/s brzmi imponująco, ale wciąż blado przy 300 000 km/h. Osiągnęliśmy zaledwie 0.0002 prędkości światła. Dlatego cała ta teoria istnieje tylko na papierze. Przykładami, które rzekomo teorię tę udowadniają w praktyce, zajmę się za moment.

Fizykom jednak do szczęścia nie jest potrzebne ani obserwowanie TW w praktyce, ani nawet jakiekolwiek inne jej udowodnienie. Obecnie wiodącą metodą udowadniania teorii naukowych jest tak zwana weryfikowalność. Krótko mówiąć – teorię uznaje się za prawdziwą tak długo, jak nikt nie udowodni, iż jest fałszywa. Jeśli zatem poprosimy fizyków o wytłumaczenie TW, mogą nam pokazać kilkadziesiąt stron pokrytych wzorami, których tylko garstka ludzi na świecie potrafi zrozumieć. Jeżeli jednak poprosimy o dowód doświadczalne, wzruszą ramionami. Nie muszą nic udowadniać.

Teraz zaczyna się najciekawsze.

W literaturze popularnonaukowej podaje się kilka przykładów „praktycznego zastosowania teorii względności”, i doprawdy zabawnym faktem jest to, że wszystkie wynikają z zupełnego niezrozumienia tematu i opierają się nie na nauce, a na wymyślonych historyjkach.

Zajmijmy się kilkoma najczęściej wymienianymi.

GPS

Jest to zdecydowanie najpopularniejszy przykład. Utrzymuje się, że gdyby w systemie nawigacji GPS nie zastosowano poprawek, obliczanych dzięki TW, błąd GPS codziennie rósł by o kilkanaście kilometrów, ponieważ prędkość satelitów GPS – choć wciąż niewielka w porównaniu do prędkości światła – jest jednak na tyle duża, iż trzeba ją brać pod uwagę jako że zachodzi na nich dylatacja czasu w stosunku do odbiornika GPS na ziemi. Po zastosowaniu obliczeń TW i założeniu, że satelity GPS poruszają się względem odbiorników GPS na ziemi, otrzymalibyśmy różnicę 38 mikrosekund na dobę, a że w ciągu 38 mikrosekund światło przebywa 11 km.

gps-logic

Krótko mówiąc – jest to wierutne kłamstwo i tylko osoby znające technologię GPS bardzo powierzchownie mogą się na nie nabrać.

Jakikolwiek sens takie rozumowanie miałoby tylko wtedy, gdyby na satelitach – oraz na odbiorniku GPS na ziemi – zainstalowano zegary atomowe – i przy obliczeniach pozycji brałoby się pod uwagę różnicę ich wskazań. Ponad wszelką wątpliwość jednak w malutkich odbiornikach GPS zainstalowanych w samochodzie lub telefonie komórkowym nie ma zegarów atomowych! Niedawno co prawda słyszałem o wyprodukowaniu zegara atomowego niewielkich rozmiarów, jednak w czasach, kiedy te historie powstawały, zegary atomowe miały rozmiar sporych szafek i konsumowały tysiące razy więcej energii niż pozwalają na to możliwości współczesnych urządzeń przenośnych.

Zegary atomowe są wyłącznie instalowane na satelitach, a i tak nie polega się do końca na ich dokładności i są one sychronizowane ze sobą wiele razy każdego dnia. Odbiorniki GPS otrzymują jedynie informację o czasie wysłania sygnału, więc nie ma absolutnie żadnego znaczenia, czy satelity się względem odbiornika poruszają, czy nie. Reasumując – technologia GPS ani nie potwierdza, ani nie zaprzecza TW! Słyszałem też historie, jakoby GPS po zbudowaniu nie działało jak trzeba do czasu, gdy naukowcy wpadli na pomysł, „No tak, zapomnieliśmy o TW” – i wszystko nagle zaczęło działać. Nigdy jednak nie udało mi się znaleźć źródeł tych informacji. Papier wszystko przyjmie.

Proponuję też poszukać w Internecie argumentów, których użył nie kto inny a Ronald R. Hatch, prezes i współzałożyciel firmy Systemy Nawigacyjne i dyrektor Instytutu Nawigacji, gdyż uważa on, że TW nie tyle umożliwa działanie GPS, ale wręcz – gdyby była prawdziwa – by je uniemożliwiała. Tak naprawdę nawet fizycy znający TW wiedzą doskonale, że nie ma ona nic wspólnego z GPS, to bajka wymyślona przez jakiegoś pseudonaukowca powtarzana przez miliony.

Miony

Wyobraźmy sobie, że naukowcy odkryli na księżycu nowy rodzaj istot żywych. Nazwijmy ich mionkami. Są zbudowane zupełnie inaczej niż wszystkie znane ziemskie zwierzęta i ich zachowanie jest również odmienne. Natychmiast po urodzeniu zaczynają lecieć z prędkością 100 km/h, nigdy nie zmieniając kierunku. A ich życie wynosi dokładnie 10 dni.

beta-minus-decay

Po jakimś czasie naukowcy znajdują mionki również na ziemi! Ale jak to możliwe? Dotychczas naukowcy byli pewni, że mionki są w stanie rodzić się i żyć wyłącznie na księżycu. A skoro są w ciągu życia w stanie przebyć tylko 10 razy 100 = 1000 km, nie mogły dotrzeć tu z księżyca, okrążającego ziemię z odległości prawie 400 razy większej.

Możliwe rozwiązania tej zagadki:

  1. Mionki żyją jednak również także na ziemi. Naukowcy się mylili.
  2. Na księżycu rodzą się również inne mionki, które mogą podróżować znacznie szybciej.
  3. Na księżyciu rodzą się również inne mionki, które mogą żyć o wiele dłużej niż 10 dni, więc mogły dotrzeć na ziemię.
  4. W czasie pierwotnych obserwacji mionków zepsuły się przyrządy i dane na temat ich prędkości lub czasu życia są niepoprawne.
  5. W czasie podróży z księżyca na ziemię czas stanął w miejscu, odległość się skurczyła, i dlatego mionki mogły dotrzeć na ziemię.

Proszę teraz o uważne przeczytanie powyższych punktów i wybranie najbardziej sensownej odpowiedzi.

Na tysiąc zapytanych ludzi, 999 wybierze jeden z pierwszych trzech punktów. Ta jedna z tysiąca będzie fizykiem.

A teraz naukowo – miony (nie mionki, ale mionki brzmią sympatyczniej, czyż nie?) to nie żyjątka, miony to cząstki elementarne z kategorii leptonów (bardziej znane leptony to m.in. elektrony i neutrino). Miony tworzą się głównie podczas bombardowania górnych części atmosfery promieniowaniem kosmicznym. Ich okres połowicznego zaniku wynosi około 2 mikrosekund, to znaczy ich ilość co 2 mikrosekundy powinna maleć o połowę.

Przeprowadzono liczne doświadczenia w których badano ilość mionów na szczycie góry i u jej podnóża. Różnica wysokości wynosiła 1,9 km. Badano miony o prędkości bardzo zbliżonej do prędkości światła (0.995 c). Przy tej prędkości mionom zajmuje około 6 mikrosekund, aby przebyć tę odległość. Jeżeli naliczymy przykładowo 100 mionów na szczycie tej góry, na dole ich ilość według teorii zmniejszy się trzykrotnie o połowę, czyli ze 100 do 50, dalej do 25 i 12 1/2. . Czyli na dole powinno dolecieć 12-13 mionów.

Doświadczenia jednak wykazują, iż dolatuje 80 procent mionów. Po obliczeniach wychodzi, iż w takim razie okres połowicznego zaniku mionów wynosi około 20 mikrosekund – 10 raz więcej niż wcześniej było obliczone – a tak się składa, że obliczenia TW wykazują, iż przy prędkości 0.995 c czas powinien wydłużyć się dziesięciokrotnie. Czyż nie udowadnia to niemal idealnie precyzyjnie, iż TW jest prawdziwa?

Analogicznie do przykładu z mionkami – oczywiście, możemy przyznać, iż udowadnia, jeśli z mnóstwa możliwych wytłumaczeń wybierzemy te najmniej logiczne.

Skąd w ogóle wiadomo, że to miony się poruszają? W myśl teorii względności wszystko przecież zalezy od układu odniesienia, od obserwatora. Może to miony stoją w miejscu a ziemia się porusza? Wiemy przecież, że zarówno ziemia, jak i cały układ słoneczny i galaktyka się poruszają z zawrotnymi prędkościami? Jeżeli to miony stoją w miejscu, to ich czas powinien płynąć szybciej, a nie wolniej?

A może czas połowicznego rozpadu jest poprawnie obliczony, ale miony są po prostu… (miłośnicy TW – proszę zatkać uszy) – szybsze niż światło? No tak, to niestety niemożliwe, bo tak głosi TW.Niemożliwością też jest, aby zmierzona prędkość rozchodzenia się fal radiowych pulsarów była większa od prędkości światła… 6, choć… ją właśnie tak zmierzono.

Skąd w ogóle wiemy, jaka może być prędkość lub czas połowicznego zaniku mionów? Otóż obliczenia pochodzą z akceleratorów, gdzie powstające miony mogą przecież mieć inne właściwości niż te, które powstają na wysokości 16 km. Wiadomo na pewno, że te powstające w atmosferze mają o wiele większą energię. Może to jakoś wpływa na ich czas połowicznego zaniku? Może dzięki temu są nawet szybsze niż światło… oczywiście o ile by to mogło być możliwe 🙂  Nikt tego nie roztrzygnął. Badania cząstek elementarnych nie moga się odbywać w sposób bezpośredni – wytworzona przez nas aparatura nie jest w stanie cząstek tych zobaczyć, możemy tylko badać efekty, które one wywołują. Nigdy żadnego wyniku nie można stwierdzić ze 100% pewnością.

Podsumowując temat mionów – zbyt duża ilość ich przy powierzchni ziemi może być wyjaśniona na wiele sposobów, z których TW jest sposobem najmniej intuicyjnym i najmniej logicznym.

Zegary na pokładzie samolotu

W 1971 Amerykanie fizyk Joseph Hafele i astronom Richard Keating umieścili 4 bardzo dokładne zegary cezowe na pokładach samolotów, które następnie okrążyły kulę ziemską w różnych kierunkach. Jak możemy dzisiaj wyczytać w większości książek o fizyce, założyli oni, iż zegary lecące na wschód powinny stracić 40 nanosekund a te lecące na zachód – 275 nanosekund. Oficjalnie podane wyniki okazały się niemal idealnie dokładne – te pierwsze straciły 59 zamiast 40 nanosekund, te drugie – zyskały nie 275 nanosekund zamiast spodziewanych 273.

No i debata zamknięta, czyż nie? Tak wspaniała dokładność danych wykazuje niezbicie, iż wyliczenia TW są poprawne i dylatacja czasu odbywa się zgodnie z przewidywaniami.

Niestety. Wyniki tych badań zostały sfałszowane i fakt, iż bardzo trudno znaleźć o tym informacje, jest dowodem na swojego rodzaju inkwizycję panującą w nauce. Przecież sfałszowanie wyników przez twórców tego ekseperymentu wcale nie dowodziło fałszywości teorii! Należałoby po prostu powtórzyć eksperyment, co przy postępie technologii dzisiaj powinno być o wiele łatwiejsze. 7

Udało mi się znaleźć szczegółowe dane z tych eksperymentów. Przykładowo pierwszy z zegarów, mających kod 408, miał zgodnie z TW utracić 59 nanosekund, podczas gdy w rzeczywistości zyskał 165 nanosekund. Wszystkie dane można znaleźć m.in. tutaj: http://www.debate.org/debates/The-Hafele-Keating-Experiment-Supports-Special-Relativity/1/

Hafele i Keating niestety zmanipulowali danymi. Nikt na 100% dzisiaj nie powie, na ile było to celowe oszustwo, na ile nie; jeżeli naukowiec jest bardzo mocno przekonany, że zegar powinien coś pokazać, a pokazuje coś zupełnie innego, może zawsze dojść do szczerego przekonania, iż zegar ten jest zepsuty, i go wyrzucić, biorąc dane z innego zegara. Nawet jeśli okaże się, że 80% zegarów jest zepsutych. Co w 1971 roku nie byłoby tak naprawdę dziwne.

Ciekawe natomiast też to, że nawet, jeśli dane z zegarów okazałyby się zgodne z TW, nie byłoby to też w pełni dowodem na dylatację czasu, gdyż założenie, iż zegary cezowe są tak samo dokładne niezależnie od różnych czynników związanych z podrózą samolotem, są jedynie pobożnym życzeniem. Dokładność tych zegarów udowodniono jedynie na ziemi, w warunkach stacjonarnych. Ich ilość w eksperymencie również pozostawia sporo do życzenia – czy zgodziłby się ktoś na leczenie specyfikiem, który przebadano by zaledwie na czwórce ochotników?

* * *

Oto trzy najpopularniejsze „dowody” na poprawność TW. Jak widać, nie są to żadne dowody. W chwili obecnej nie dysponujemy sprzętem, który w łatwy sposób potrafiłby obalić lub udowodnić TW, jako że przy prędkościach, które uzyskujemy, dokładność naszej aparatury pomiarowej nie jest na tyle duża, aby tego dokonać.

Prawda jest taka, że zdecydowana większość fizyków uważa, iż TW jest prawdziwa, ale wielu też wie, że to nie jest ostatnie słowo, jakie fizyka ma do powiedzenia na temat świata i zależności między prędkością, grawitacją, polem elektromagnetycznym i innymi zjawiskami lub wielkościami fizycznymi. Nikt nie wie do końca, ilu fizyków w TW nie wierzy zupełnie, jednak tacy istnieją. Tak, jak mechanika Newtona okazała się niedoskonała i Einstein potrafił więcej rzeczy wytłumaczyć swoją teorią, przeczącą w niektórych miejscach newtonowej, tak samo jutro może ktoś się pojawić, kto wyłoży nową teorię, która zaprzeczy w wielu miejscom TW. Fizycy kłócą się nieustannie i czasami cienie tych dyskusji są publikowane w literaturze popularnonaukowej… jednak dzieje się to rzadko. Fizykom zależy na tym, aby traktowano ich śmiertelnie poważnie, gdyż im ważniejsza jest ich praca, tym większą mają szansę na dotacje. Smutne jest tylko to, iż w sztuce tego oszustwa są tak dobrzy, że ich teorii uczy się w szkołach jako pewników. Czy w którejkolwiek szkole uczy się przykładowo, że mechanika kwantowa jest również nieudowodnioną teorią? Teorią, dodam, której niedociągnięcia widział nie kto inny, a sam Einstein, i która zdaniem przynajmniej niektórych fizyków nie może współistnieć z TW?

Z niezwykłym zainteresowaniem śledziłem wypowiedzi prasowe w 2011 roku. Otóż Europejska Organizacja Badań Jądrowych (CERN) podała, iż zmierzona prędkość cząstek neutrino w eksperymencie „Opera” okazała się szybsza niż światło. Neutrino miało pokonać odległość 760 km i jeśliby osiągnęłoby prędkość światła, trwałoby to dwie tysięczne sekundy (2 milisekundy). Okazało się, że przybyło ciut wcześniej – zaledwie o 60 miliardowych sekundy (o 60 nanosekund), więc nie jest to wiele – jednak o wiele więcej, niż zakładany błąd pomiarowy.

Wiele miesięcy później CERN podała, iż obliczenia były błędne i ich powodem było złe zamocowanie jednego z kabli podłączonych do komputerów. Czy to prawda, czy nie, i dlaczeto tak długo zajęło wykrycie błędu – tego nie wiem i nie chcę spekulować – najciekawsza jest jednak reakcja środowisk naukowych.

Reakcja opinii publicznej była prosta do przewidzenia – no tak, więc jednak prędkość światła nie jest maksymalną prędkością we wszechświecie. Naukowcy się mylili. Nie pierwszy raz, nie ostatni.

Po środowiskach naukowych jednak spodziewałbym się czegoś zupełnie innego, skoro TW jest powszechnie akceptowana. Tak naprawdę nie zdziwiłoby mnie, gdyby CERN w ogóle nie podała wyników tych badań do wiadomości, tylko intensywnie zaczęła poszukiwać źródła pomyłki. Zrozumiałbym też, gdyby po podaniu wyników pomiarów całe środowisko naukowe orzekłoby – to oczywista pomyłka, nie ma czego komentować, poczekamy, aż pomyłkę się wykryje i usunie.

 Tak się jednak nie stało.

Owszem, większa część naukowców odniosła się do tych wyników sceptycznie. Ale nie wszyscy. Wielu proponowało inne rozwiązania, w tym i takie, które zmieniają lub rozszerzają TW – krótko mówiąc – które jej obecne postulaty uznają za nieprawdziwe. 8

Reakcja ta pokazuje niezbicie, iż to wcale nie jest prawda, jakoby TW była jednogłośnie przyjęta w świecie naukowym. Dogmat o niemożliwości przekroczenia prędkości światła nie jest co prawda najważniejszy w teoretycznych rozważaniach TW, jest jednak niezbędny przy jej obliczeniach. Według nich bowiem masa obiektu rośnie do nieskończoności zbliżając się do prędkości światła, a nie może istnieć masa większa od nieskończoności.

Po co w ogóle napisałem ten artykuł? Nie jestem fizykiem. I jeżeli miałoby do tego zależeć moje życie, nie upierałbym się przy tym, że TW jest błędna. Głównym polem moich badań jest religia i metody masowej manipulacji ludźmi. Moim celem było wykazanie istotnej analogii manipulacji społeczeństwem religii i nauki. Zarówno biskup jak i naukowiec w niektórych momentach każą sobie wierzyć na słowo, obaj oburzą się i zareagują emocjonalnie, kiedy podważy się ich dogmaty, i obaj z ogromną trudnością przyznają się do błędów.

Zachęcam do przeczytania książki Herberta Dingle’a „Science at the Crossroads”. Herbert Dingle był cenionym fizykiem. Był m.in. prezesem brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego. W pewnym okresie życia zaczął dostrzegać rażące wewnętrzne sprzeczności w TW, i nikt nie mógł mu ich wyjaśnić. Pisał liczne listy do różnych czasopism naukowych, prosząc specjalistów od TW o komentarz… i prawie nigdy nie doczekiwał się nawet odpowiedzi. Swoją historię zawarł w powyższej książce.

TW w wielu aspektach zupełnie urąga logice i jest absolutnie nieweryfikowalna, jednak jest na tyle zagmatwana, iż niewielu ludzi ma wystarczającą wiedzę, by w sposób absolutnie naukowy ją podważyć. Tacy ludzie jednak istnieją. Oprócz TW istnieje mnóstwo innych teorii, które podaje się maluczkim do wierzenia, choć są jedynie spekulacjami. Pochodzenie życia. Pochodzenie materii. Z czego naprawdę składa się jądro ziemi. Budowa planet. Wspomniana wyżej mechanika kwantowa. W tych wszystkich dziedzinach tak naprawdę nauka nie posiada żadnej wiedzy, a jedynie mnóstwo spekulacji, jednak z pewnych powodów spekulacji tych naucza się w szkołach i nadaje im miano FAKTÓW.

To, że wszyscy naukowcy coś mówią, nie jest jeszcze dowodem, że to jest prawda. Tak samo jeśli jest to nauczanie jakiegoś Kościoła, niezależnie od tego, iloma latami historii i tradycji Kościół ten się podpiera. Mamy prawo do własnego myślenia i poiwnniśmy uciekać ilekroć ktoś próbuje nam to prawo zabrać lub gdy obraża nas tylko za to, że mamy inne zdanie na jakiś temat, jakikolwiek oczywisty ten temat mógłby się dla kogoś nie zdawać.

Zanim zakończę ten artykuł, pozwolę sobie jeszcze na dokończenie tematu fałszywych twierdzeń, które wymieniłem we wstępie, bo wiem, że dla niektórych mogła to być najciekawsza część.

Napoleon Bonaparte nie był bardzo niskim człowiekiem. Nie był też bardzo wysokim. Mierzył 168 cm. Obiegowa opinia bierze się stąd, iż ktoś mylnie nie przełożył francuskich miar długości na amerykańskie (stosowane też w większości innych krajów). Po śmierci zmierzono ciało Napoleona, że miało 5 stóp i 2 cale. Według miar amerykańskich to 157 cm, ale według francuskich – 168 cm. To wciąż wydaje się niewiele w porównaniu do średniego wzrostu Europejczyków, ale średnią wysokością mężczyzn we Francji wtedy było 165 cm, czyli Napoleon mógł być nazwany osobą dość wysoką.

eartf_from_space_night

Wielki Mur w Chinach nie jest widoczny z kosmosu. Jest widoczny z najniższych orbit satelitów, ale to jeszcze nie kosmos. Z orbit tych widać też autostrady, mosty czy lotniska. Istnieją natomiast inne ludzkie dzieła widoczne z kosmosu. Najważniejszy tu jest kontrast z otoczeniem – im mniejszy, tym trudniej coś dostrzec z dużych wysokości. Wielki Mur jest w dużej części podniszczony, brudny, i nie stanowi wielkiego kontrastu z otoczeniem.

Najlepiej widocznymi z kosmosu budowlami są: zespół 200 km2 szklarni w hiszpańskiej Almerii, budynek parlamentu w Rumunii i kopalnia miedzi Kennecott w USA.

Ptaki nie porzucą dotkniętych przez człowieka piskląt ponieważ nie mają wystarczająco dobrego węchu. Mit ten wziął się prawdopodobnie stąd, że niektórzy próbowali włożyć z powrotem do gniazd pisklęta, które z nich wypadły, podczas gdy mogłyby one być celowo wyrzucone przez ptaka, choć to rzadkie – zdarza się jednak, gdy pisklęta są bardzo chore,lub gdy brak wystarczającej ilości pokarmu dla wszystkich. Czasami matki wyrzucają pisklęta gdy nadchodzi czas, by uczyły się latać. Gdy widzimy pisklę na trawie, zwłaszcza jeśli nie ma ono jeszcze piór, być może wypadło przypadkiem i możemy je spróbować włożyć z powrotem do gniazda bez obaw, iż matka je przez to odrzuci.

Czy mamy pięć zmysłów? Jeśli byśmy mieli pięć, bylibyśmy bardzo upośledzeni. Wymieńmy nasze najważniejsze zmysły. Pięć najczęściej znanych spisał już Arystoteles – wzrok, słuch, smak, węch i dotyk. Ale nauka posunęła się „nieco” od jego czasów. Mniej znane dodatkowe cztery to zmysł temperatury, równowagi, nocycepcja (odczywanie bólu) i propriocepcja (odczuwanie, gdzie znajdują się w danej chwili poszczególne części naszego ciała, nawet jeśli ich w danej chwili nie widzimy). Dzisiaj też wiadomo, iż odczuwanie nacisku, poczucie łaskotania, napięcia mięśniowego lub głodu odbywa się w dedykowanych receptorach i również zasługuje to wszystko na miano zmysłu.

Pasy cnoty nie służyły oryginalnie zapobieganiu zdradom, a jedynie… masturbacji.

Drobna moneta rzucona z wysokiego budynku nie przebije nikomu głowy. Może osiągnąć około 200 km/h; osiągnięcie większych prędkości jest niemożliwe z uwagi na tarcie powietrza. Twórcy Myth Busters próbowali przebić głowę zrobioną z żelu monetą wystrzeloną z trzykrotnie wyższą szybkością – i też się to nie powiodło. Zarówno prędkość jak i specyficzny kształt monety nie pozwolą jej na uszkodzenie ludzkie głowy.

Włosy i paznokcie przestają rosnąć w momencie śmierci człowieka, tak samo jak i wszystkie jego tkanki i organy. Często jednak widać odrastające, niepomalowane części paznokcia, jednak widać je, ponieważ skóra na palcach, tracąc wodę, obkurcza się, odsłaniając normalnie niewidoczne części paznokcia.

Takich mitów fukcjonuje mnóstwo – w życiu codziennym, w religiach i w nauce. Każdy z nas powtarza niektóre z nich i nie ma w tym nic złego, o ile tylko mity te nie będą pogarszały jakości czyjegoś życia. Nie czyniły nas nieszczęśliwymi. A człowiek powinien dążyć do bycia szczęśliwym z jak najbardziej altruistycznego powodu – nie będąc szczęśliwym jesteśmy najczęściej przykrymi dla innych i niezdolni do niesienia im pomocy.

A man offers a rose to a woman to mark International Women's Day in Belgrade

Otwórzmy oczy! Pomyślmy zanim się odezwiemy! Analizujmy zwłaszcza te z naszych przekonań, które uprzykrzają życie – nam lub innym. Może okazać się, że problem leży nie w nas lub w kimś innym, a jedynie w błędnym myśleniu, a jego naprawienie zaowocuje nowym, szczęśliwym życiem.

Bóg cię kocha, ale…

pigeons

Młoda kobieta przyszła do psychologa. Powiedziała, że coś chyba z nią nie tak, bo chociaż tyle co poślubiła swojego męża, nie czuje już do niego żadnej miłości. Czuje natomiast strach, gdy o nim pomyśli.

Poproszona przez psychologa opowiedziała, co dzieje się w ich domu. Mąż nieustannie zapewnia ją o swojej miłości i wierności, i że dotrzyma przysięgi małżeńskiej, że nie opuści jej aż do śmierci. Bezwarunkowo. Mówi to wszystko codziennie, następnie dodaje –

 ALE,

Ale jeżeli ty nie będziesz mi wierna, lub nie będziesz mnie kochała tak, jak ja tego chcę, lub nie będziesz robić tego, co chcę, wrzucę cię do piwnicy, zwiążę, i będę przypalał papierosami!

Czy psycholog powinien rozpocząć terapię tej kobiety… czy zawiadomić policję i zalecić jej nie wracanie do domu?

Jeszcze jedna historia – pewien chłopiec wykrzyczał swojemu ojcu, że go nienawidzi. W odpowiedzi na to, ojciec przywiązał go do łóżka i torturował przez wiele dni. Czy powinniśmy ukarać ojca; czy może syna, a ojciec dobrze zrobił, karząc syna za jego nienawiść?

Wymyśliłem obie te historie. Czy masz jakiekolwiek wątpliwości, że w powyższych historiach to z mężem (z pierwszej) i ojcem (z drugiej) jest coś poważnie nie tak? Jeśli nie, gratuluję. Ale przeważająca większość chrześcijan w podobny do nich sposób zachowania rozumie miłość Bożą.

Bóg cię kocha, ale… jeśli ty nie będziesz Go kochać, wrzuci cię do piekła na wieczne tortury.”
Bóg wybacza wszystkie grzechy… ale jeśli przekroczysz jedno z niezliczonych przykazań w jakiś określony sposób, żegnaj niebo, witaj piekło.”
Bóg przyjął cię do swojej rodziny… ale jeśli trochę za bardzo narozrabiasz, wyrzuci cię z niej bez możliwości powrotu.”
Bóg kocha dzieci… zanim nie osiągną wieku odpowiedzialności, wtedy – albo nawrócenie – albo piekło.”

Bóg – doktor Jekyll czy pan Hyde?

Trudno mi pojąć, jak prawie wszyscy chrześcijanie są w stanie godzić „uosobienie miłości” z sadystycznym tyranem, karzącym za byle co w sposób nieproporcjonalnie okrutny. Pojąć mi to tym trudniej, że… sam wiele lat tak o Bogu tak myślałem.

Aby ratować ten wewnętrznie sprzeczny obraz Boga w naszych umysłach, na ogół rozdzielamy miłość Bożą od naszej miłości i rozumiemy przez nie zupełnie inne rzeczy.

Weźmy dla przykładu miłość rodziców do naszych – w jej idealnym przykładzie rodzice są czuli, delikatni, nastawieni na najwyższe dobro dziecka. Codziennie o miłości swej dziecko zapewniają wielokrotnie. Zawsze są gotowi wszystko przebaczyć, i nawet jeśli muszą dziecko ukarać, to tylko po to, by je czegoś nauczyć, aby później żyło szczęśliwiej.

mother-love-her-baby

Boża miłość natomiast – według tego schematu – jest zupełnie inna. Przebacza tylko po spełnieniu określonych warunków. Nigdy do końca tak naprawdę nie możemy być pewni, czy Bóg nam wszystko wybaczył. I jeśli nie wybaczył, to kara czeka nas niesamowita – nie w celu poprawy, ale w celu – nie wiem – zemsty? Nieskończone tortury, lub – w niektórych łagodniejszych odmianach doktrynalnych – wieczne oddalenie od Boga w jakimś ponurym miejscu?

Czyja miłość wydaje nam się doskonalsza?

Tak! Nasza własna! Potrafię być lepszym rodzicem, niż taki „bóg”. Bluźnię? Jeśli tak, to nie bluźnię przeciwko Bogu, ale temu bożkowi stworzonemu przez religię.

Dobra nowina – dla kogo?

Wyraz „ewangelia” w oryginale greckim oznacza „dobra nowina”. Dobra dla kogo? Może dla bezgrzesznych ludzi, ale takowych nie ma. Poza tym nawet gdybym był bezgrzeszny, mógłbym trafić do takiego Kościoła, który bardzo szczegółowo opisuje, jaki to rodzaj wiary jest „zbawczą wiarą” i mógłbym się do ich definicji nie załapać. Zauważmy, że z około tysiąca denominacji chrześcijańskich niełatwo znaleźć dwie, które by się w 100% zgadzały co do kwestii, jak można się znaleźć w gronie szczęśliwców, którym przypadnie w udziale życie wieczne.

Która denominacja mówi prawdę?

A może… żadna?

Wśród zarzutów, które chrześcijanom wysuwają ateiści, agnostycy i ludzie innych wyznań, przodują dwa:

Jak miłosierny Bóg może dopuszczać do takiego ogromu cierpienia na świecie?
Jak Bóg może skazywać ludzi na wieczne męki w ogniu piekielnym?

Nie będę udawać, że znam doskonale poprawną odpowiedź na pierwsze pytanie. Wiem, że ma to coś wspólnego z naszą wolną wolą, ale daleki jestem do zrozumienia tego wszystkiego. Znam jednak odpowiedź na pytanie drugie.

Jeżeli całe życie coś ci „nie grało”, coś nie pasowało w obrazie wiecznych tortur z rąk Boga, który jest miłością…

MASZ RACJĘ.

To nie pasuje. Nie przejmuj się opinią większości. Posłuchaj swojej logiki.

Nie słuchaj idiotycznych tłumaczeń w stylu „Bóg nikogo nie wrzuca do piekła, ludzie sami Go odrzucają i wybierają piekło”. Nie ma takiego człowieka, który po kilku minutach (a może i sekundach) siedzenia w ogniu dalej chciał tam siedzieć. Już mniejsza o to, że ani słowa na ten temat nie znajdziesz w Biblii.

hell02

Piekło zostało wymyślone przez ludzi, którym nie mogło się pomieścić w głowie, że Bóg może wybaczyć wszystkim ludziom, bez powodu, bez warunków. Większość ludzi projektuje Boga opierając się głównie na własnych opiniach na temat dobra i zła. Kiedy ktoś nie potrafi wybaczyć innym, lekko przechodzi do twierdzenia, że Bóg też taki jest. Więcej na temat piekła przeczytasz tutaj.

Zostaliśmy stworzeni na obraz Boży! Popatrz na matkę tulącą niemowlę. Popatrz na szał radości dwojga zakochanych, którzy widzą się pierwszy raz po długiej przerwie. Zaobserwuj zachwycony, zakochany wzrok rodzica, kiedy dziecko robi pierwsze kroki. Albo idącą pod rękę parę 80-ciolatków, patrzących sobie w oczy z czułością większą niż para zaświergolonych nastolatków…

aging

To tylko cień miłości, jaką ma do nas Bóg.

 W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy.
My miłujemy [Boga], ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował. (1 J 4:10.19)

 

Nas” nie oznacza katolików, chrześcijan, baptystów. Oznacza również ateistów, muzułmanów, narkomanów i dewiantów.

Jego miłość oznacza dla nas głównie to, że nie musimy się obawiać kary za grzechy! Jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości, że dla Boga jakimkolwiek problemem jest wybaczenie nam grzechów zobacz, jak robił to Jezus, obraz Boga na ziemi. Pewnego dnia przynieśli do Niego sparaliżowanego człowieka.

 Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy. (Mk 2:5)

Jezus nie wymagał pójścia do spowiedzi, obietnicy poprawy, zadoścuczynienia, ofiary na biednych.

Wybaczył, chociaż nie był o to nawet proszony.

I taka właśnie jest miłość Boża.

A man offers a rose to a woman to mark International Women's Day in Belgrade

Religia = strach

Scared face
Niniejszy artykuł kieruję do tych z was, którzy wątpią w to, co słyszą co niedziela w kościele, ale boją się wątpić, myśląc, że Bóg ich potępia za te wątpliwości.

Wydaje się, że przeważająca większość ludzi nie ma tego problemu… a może udało im się samym sobie wmówić, że nie mają? Kiedyś im zazdrościłem, zwłaszcza w trudnych chwilach, kiedy przechodziłem wewnętrzne katusze, zastanawiając się, czy za swoje wątpliwości nie pójdę do piekła, a prawie wszyscy znajomi pukali się w czoło. Raczej pukali-BY się, bo oczywiście nikomu się nie przyznawałem, o czym myślę.

Dzisiaj moja perspektywa się jakże zmieniła! Obecnie uważam, że wątpliwości to wspaniała sprawa, i jedyny problem jest z tym, że zbyt rzadko z prawa do nich korzystamy.

Temat wątpienia w ogóle towarzyszy mi całe życie. Kiedy pierwszy raz kwestionowałem różne zasady religijne, wszyscy pukali się w czoło. Niektórzy mówili, że ‘mam diabła’. Nierzadko stawałem przed wyborem – iść z większością albo iść zupełnie samotnie. A ja byłem w swoich wierzeniach zupełnie odosobniony (było to jeszcze przed erą Internetu i szukanie ludzi o niestandardowych poglądach było zadaniem niełatwym). Prawie wszyscy znajomi sugerowali mi, że coś ze mną nie tak; a ja mnóstwo razy zadawałem sobie pytanie – czy jest możliwe, bym był jedyną osobą w tłumie, która ma rację? Czy to nie pycha – tak myśleć o sobie?

Bałem się. Nie wiedziałem wtedy, że ten strach był celowo we mnie wywołany.

Z pomocą przyszło mi… graffiti z jakiegoś muru. Było napisane:

Jedzcie g***o, miliony much nie mogą się mylić!

Odkąd zobaczyłem ten tekst, towarzyszy mi on całe życie. Uważam, że jest absolutnie genialny! „Większość” nie jest żadnym argumentem. Możesz być jedyną osobą z miliona i wciąż mieć rację. I nie jest to kwestia pychy i pokory. To kwestia prawdy.

(Oprócz tego tekstu o muchach widziałem też podobny, który też moim zdaniem świetnie ujmuje temat: tylko zdechłe ryby płyną z prądem.)

Jest powiedzenie:  jeśli ktoś cię nazwię osłem raz, zignoruj go. Jeśli stanie się to dwa razy w ciągu jednego dnia, zastanów się nad tym. Jeśli trzy, idź i kup sobie siana.

Jakkolwiem mądre (choć niespecjalnie biblijnie uzasadnione) przysłowie to się wydaje, uważam, że z tych trzech porad, które podaje, tylko środkowa ma sens.

Załóżmy, że mieszkasz od urodzenia w jakiejś wiosce, gdzie wszyscy wyznają jakąś zabobonną religię. I wszyscy, których znasz, to ekstremiści, głoszący potrzebę nawracania świata z jedyną możliwą alternatywą – śmiercią dla niewiernych. Nie znasz innego światopoglądu. Nie masz radia, Internetu, nie masz możliwości konfrontacji swoich poglądów z nikim innym.

Najprawdopodobniej przeżyjesz swoje lata i umrzesz w przekonaniu, że znasz prawdziwą religię. I bardzo możliwe, że nigdy nie będziesz miał żadnych wątpliwości. Większość ludzi nie ma. Albo ma tylko przez ulotne chwile.

A co jeśli… któregoś dnia poznasz chrześcijanina, usłyszysz o prawdziwym Bogu i uwierzysz w Niego?

Czy pobiegniesz z radością do swoich bliskich i opowiesz im o tym? Nie, bo wiesz, że mogą cię za to zabić. Zakładam, że nie jesteś w tym jednym może promilu ludzi chętnych do męczeństwa. Będziesz miał wybór – zachować swoje przekonanie do siebie i żyć z wewnętrznym konfliktem, czując się wyobcowanym wśród ludzi praktykujących obcą ci już religię… albo spróbować przekonać siebie samego, że jednak to twoja rodzina i przyjaciele mają rację.

Blisko 100% ludzi wybiera drugą opcję. Nawet w Polsce, gdzie śmierć za zmianę wyznania nie grozi.

Dlaczego? Przyczyną jest zawsze strach. Jeśli nawet nie musimy w Polsce obawiać się śmierci z powodu innych poglądów religijnych, boimy się wytykania palcem, wyśmiewania, kłopotów w przyszłości (np. ksiądz może odmówić ślubu w kościele). Boimy się alienacji.

Ale to dopiero początek strachu. Najbardziej bowiem… boimy się Boga.

A nie powinniśmy. Bóg jest dobry. Strach wywołała religia, nie Bóg.

preacher

 Prześledźmy mechanizm, jak to się dzieje.

O ile głęboka wiara w Boga to dzisiaj rzecz rzadka, to życie wiarą, nacechowane troską o bliźnich i pokornym dążeniem do doskonałości nie dlatego, aby być najlepszym ale dlatego, aby lepiej pomagać innym, występuje rzadziej, niż urodziny cielęcia z dwiema głowami. Normy moralne narzucane przez niemal wszystkie religie są natomiast bardzo wysokie. A na domiar złego, ilość ludzi określających się jako religijnych, jest procentowo w Polsce ogromna. Rocznik Statystyczny z 2013 roku podaje, że wciąż mamy oficjalnie 86% katolików. Porównanie z innym krajami można zobaczyć na http://en.wikipedia.org/wiki/Religions_by_country – Polska jest w czołówce, a wyprzedzają nas głównie malutkie kraje Trzeciego Świata, o których przeciętny Polak nawet nie słyszał.

We wszystkich miejscach, w których istnieje Kościół większościowy lub narodowy, niemal wszyscy jego członkowie należą do niego tylko powierzchownie i nie jest z tym związana żadna duchowość. W  Polsce większość katolików chodzi do kościoła machinalnie i na tym ich związek z Kościołem się kończy. Są natomiast miejsca w USA, gdzie katolicy stanowią poniżej procenta populacji – i często są to nadzwyczaj żywe wspólnoty, których członkowie celują w znajomości Biblii i ofiarnej pracy na rzecz bliźnich. Z Kościołem baptystycznym jest odwrotnie – w Polsce stanowi jedynie ok. jednej setnej procenta populacji i wspólnoty baptystyczne są bardzo żywe, podczas gdy w USA, gdzie jest prawie 70 tysięcy kościołów baptystycznych i gdzie mieszka połowa baptystów świata, jest powiedzenie, że baptysta jest w Kościele tylko dwa razy w życiu – na swoim chrzcie i na swoim ślubie.

Czy duchowni lub inni liderzy wspólnot religijnych nie wiedzą, że zdecydowana większość ich wiernych wcale nie jest zbyt wierna? Nie są przecież ślepi. Nie wyrzucają jednak nikogo z kościoła z powodu duchowej bylejakości. Dlaczego? Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to oczywiście chodzi o pieniądze. Skreślenie kogoś z listy to pozbawianie się części dochodu, a każda „duszyczka” to przecież dochód dla parafii. Dzisiaj mało kogo da się przekonać do dziesięciny i większość kościołów lokalnych swój dochód opiera na niedzielnej tacy.

I tu niedzielna obecność wiernych bardzo popłaca. Przynajmniej dla księdza czy pastora.

Wyobraź sobie, że jesteś takim duszpasterzem w średniej wielkości mieście, i twoja wspólnota stanowi 1000 głów. Wystarczy, że co druga osoba będzie obecna w kościele co niedzielę, i da 5 złotych.  I już masz dochód 10 tysięcy miesięcznie (500 ludzi razy 5 złotych razy 4 niedziele w miesiącu), co wystarczy na rachunki i godziwe życie. A co gdy będzie długi weekend z piękną pogodą, i do kościoła nie przyjdzie 500 osób, a jedynie 100? Już masz 2 tysiące mniej. A co, jeśli lato jest nieznośnie długie i piękna pogoda jest co niedziela?

Masz dwie opcje – sprawić, by ludzie albo zechcieli przychodzić do kościoła, albo by uwierzyli, że muszą to robić.

Ta pierwsza opcja jest niesamowicie trudna. Wiem z doświadczenia, swojego i cudzego. Czasem zaś prawie niemożliwa. Niektóre grupy ludzi są niemożliwe do reformowania. Nigdy oczywiście do końca nie można przewidzieć, jak dana wspólnota się zachowa, i należy do końca próbować, co robił choćby apostoł Paweł, ale czasami skutki będą bliskie zerowym.

Jak można zatem sprawić, by ludzie musieli chodzić do kościoła?

 Postraszyć karą Bożą!!!

I taki przykładowo Katechizm Kościoła Katolickiego dobrowolną rezygnację z pójścia do kościoła w „dni nakazane” nazywa grzechem ciężkim (KKK 2181), zaś kto umrze w stanie grzechu ciężkiego, idzie do piekła (KKK 1033).

Całą młodość nad tym rozmyślałem! Dziwiłem się, czy to jest sprawiedliwe, że całe życie mogę starać się żyć jak należy, a jednego dnia nie zechce mi się iść do kościoła, umrę, i… czekają mnie wieczne męki piekielne?

A ktoś, kto żyje byle jak, ale zdarzy mu się pójść do spowiedzi tuż przed śmiercią… ląduje „w niebie”?

Oczywiście upraszczam tu teologię katolicką, niemniej takie wnioski własnie płyną z różnych katechizmów lub „Kieszonkowych rachunków sumienia”.

Kościoły protestanckie odrzuciły większość zabobonów, ale trudno, myślę, wyobrazić sobie jakąkolwiek instytucję bez choć niewielkiej ilości tradycji, a każda tradycja zawiera zabobony. Niektóre wspólnoty przykładowo nauczają, że chrzest jest niezbędny do zbawienia (na marginesie zawsze ciekawiło mnie, dlaczego ci, którzy w to wierzą, nie chrzczą dzieci zaraz po urodzeniu, ale czekają najcześciej wiele tygodni, albo i miesięcy?). I chociaż zdecydowana większość Kościołów protestanckich naucza, iż zbawienie jest darem i zapracować na niego nie jest się w stanie, teologowie używają różnych sztuczek interpretacyjnych, by jednak jakieś warunki zbawienia postawić.

Zbawienie jest darmowe, ale…

  •  Trzeba wypowiedzieć „modlitwę grzesznika”
  •  Trzeba odwrócić się od absolutnie wszystkich grzechów
  •  Trzeba mieć poprawną doktrynę
  •  Trzeba wytrwać w zbawieniu
  •  Nie wolno popełniać grzechów świadomie
  • – Nie wolno popełniać grzechów wymienionych w 1 Koryntian 6:9-10

Religia wymyśliła (tak! wszystkie powyższe punkty to wymysły nie uzasadnione w żaden sposób Biblią!) te (i inne) warunki, by trzymać wiernych „w ryzach”. Wystarczy zasiać w umyśle ziarno niepewności, aby uniezależnić człowieka od kościoła. Będzie tam chodził co niedziela, choćby po to, by usiłować rozwiać te same wątpliwości, które zostały tam zasiane.

screaming_at_child

Część Kościołów poszła w rozwoju dalej, i przyznała, że zbawienie nie ma nic wspólnego z tym, czy nie palimy papierosów i czy pomagamy staruszkom w przechodzeniu przez ulicę. Jeżeli zatem nie da się utracić zbawienie, to może da się utracić… relację z Bogiem? Jego błogosławieństwo?

Czyli – jeżeli będę za dużo grzeszyć, Pan Bóg nie będzie mnie lubił. Powiązana jest z tym bardzo popularna idea tzw. kary za grzechy.

 Nie zdałem egzaminu na prawo jazdy, bo wcześniej ściągałem na klasówce w szkole. Wyrzucono mnie z pracy,co było karą Bożą za to, że nie płaciłem podatków. Zgubilem portfel, bo miałem myśli nieczyste… Pan nie będzie mi błogosławił, jeśli nie będę się regularnie modlił/czytał Biblii/głosił Chrystusa…

 Jeśli masz szczęście być we wspólnocie, która żadnej z wyżej wymienionych bzdur nie naucza – ceń ją jak diamenty. To wielka rzadkość.

Tych, którzy wierzą, że Bóg dziś karze ludzi za grzechy, chciałbym się spytać, dlaczego Bóg pozwolił na długie życie i dostatek wielu zbrodniarzom, którzy odpowiedzialni są za cierpienia tysięcy lub nawet milionów?

No i w ogóle  dlaczego karze za grzechy, skoro obiecał, że o nich zapomni (Hbr 8:12.10:17)?

Nie bój się myśleć samodzielnie! To ludzie będą wściekli, nie Bóg, bo Bóg cię nie utraci, a twój ksiądz/pastor może! Mogą czekać cię niełatwe chwile; wielu ludzi wybaczyłoby ci łatwiej zabójstwo niż samodzielne myślenie (oni nazywają to herezją), ale później osiągnąć możesz pokój w sercu, którego religijni ludzie nigdy nie doświadczą!

Bardzo możliwe, że nie będziesz miał nikogo, kto rozumie twoje wątpliwości. Świetnie się stanie, jeśli kogoś takiego znajdziesz, niemniej musisz pamiętać, że znajomości Boga nie poprawią teologiczne dyskusje. Źródłem wiedzy o Bogu jest przede wszystkim sam Bóg, a On jest w stanie nauczyć cię wszystkiego, co potrzebujesz, bez niczyjej pomocy!

 Jeśli zaś komuś z was brakuje mądrości, niech prosi o nią Boga, który daje wszystkim chętnie i nie wymawiając; a na pewno ją otrzyma. (Jakuba 1:5)

 

Świątynia – co to jest?

Ten artykuł będzie krótki i prosty, być może jednak ciężko będzie ci w niego uwierzyć.

Pojęcie świątyni jest nierzadko używane w języku polskim. Najczęściej chyba w odniesieniu do kościoła – budynku, gdzie chodzi się co niedzielę. Wielu też słyszało o budowanej Świątyni Opatrzności Bożej i zżymało się nad ileś-tam-set milionami złotych wydanych na nią do tej pory.

Zaraz wykażę, że znaczenie pojęcia ‚świątynia’ jest tylko jedno.

W języku polskim, podobnie zresztą jak w koine – języku oryginalnym Nowego Testamentu – wyraz ‚świątynia’ jest pochodną wyrazu ‚święty’, ‚oddzielony’. Biblijnie rzecz ujmując, autorem prawdziwej świętości jest tylko Bóg. Święty – oddzielony od naszej niedoskonałości -jest tylko Bóg – ale również to, co On sam uzna za święte – oddzielone przez Niego.

I tak przykładowo świętymi nazywa się wszystkich chrześcijan. Tak, wszystkich! Zwrotu tego w ten sposób używa często Apostoł Paweł (na przykład w Rzymian 1:7, 2 Koryntian 6:1, Efezjan 1:1).

Paweł wielokrotnie nazywa też wierzących – jako ogół – świątynią. Porównaj 1 Koryntian 3:16-17.

I z wyjątkiem fragmentów z Listu do Hebrajczyków i Księgi Objawienia, gdzie mowa jest o miejscu w Niebie, wszystkie pozostałe przypadki użycia w Biblii wyrazu ‚świątynia’ odnoszą się tylko i wyłącznie do pojedynczego budynku w Jerozolimie!

I tu dochodzimy do sedna – nie ma ‚świątyń’ w liczbie mnogiej! Świątynia to jeden, jedyny budynek – wybudowany w połowie X wieku pne, zniszczony przez Babilończyków w 586 roku pne. Odbudowany ponownie w 516 roku pne, ostatecznie zburzony w czasie najazdu rzymian z 70 roku ne.

Zdaniem chrześcijan dosłownie traktujących pewne proroctwa biblijne, świątynia odbudowana będzie po raz kolejny, i będzie to jednym z ostatnich znaków ‚końca czasów’.

Świątynia określana była jako miejsce zamieszkania Boga i miała specjalnie oddzielone miejsa –  ‚święte’ i ‚najświętsze’ – natomiast dzisiejsze kościoły nie mają nic takiego! Nazywanie ich ‚świątyniami’ to jakaś koszmarna mieszanka Starego i Nowego Testamentu!

Jeśli popatrzymy, jak rozwijał się Kościół chrześcijański na początku, zobaczymy, że ludzie po prostu spotykali się po domach (Dzieje Apostolskie 2:46) i jakkolwiek uzasadnione może wydać się postawienie jakiegoś budynku, kiedy liczba chrześcijan przewyższy pojemność domów, o tyle nazywanie takich budynków ‚świątyniami’ dowodzi zerowej znajomości Biblii.

Pomyśl. Większość ludzi bezmyślnie nazywa kościół świątynią, choć to tak odległe pojęcia. Ile innych rzeczy w ich religijności nie ma żadnego związku z prawdą, i powtarzają to, co usłyszeli od innych?

Ile takich rzeczy powtarzam ja? Ile ty?

Początek

Blog ten skierowany będzie dla wszystkich chrześcijan oszukanych przez współczesne systemy religijne.

Dla Ciebie, jeśli chcesz być uczniem lub uczennicą Chrystusa, ale zmagasz się z pytaniami, na które nikt nigdy nie udzielił Ci odpowiedzi.

Albo zmagasz się z fragmentami Biblii, które zdają się sobie przeczyć, lub przeczyć logice.

Sam się zmagałem przez wiele, wiele lat, aż… znalazłem jednego bloga, który odpowiedział na moje pytania i uspokoił moje serce.

Tamten blog był po angielsku. Ponieważ nie znalazłem niczego podobnego po polsku, postanowiłem stworzyć go sam.

Nie reklamuję żadnego Kościoła, nie namawiam do zmiany religii, nie będę w ogóle tu pisał o Kościołach. Chcę pisać o zbawieniu, i o Tym, który zbawił świat – o Jezusie Chrystusie.