Sąd Boży – bać się czy nie? (część I)

Zeszłej zimy byłem bliski zabicia człowieka. I to dwukrotnie. Dwa dni pod rząd!
Nie, nie jestem policjantem ani ochroniarzem fabryki kokainy jednego z ważniejszych mafiozów południowoamerykańskiego kartelu narkotykowego.

Jestem jedynie… kierowcą.

Gdy wyjeżdzałem z pracy, a było to po zapadnięciu zmroku, ktoś postanowił zaparkować w ciemnym miejscu, wyjść z auta i popatrzeć w niebo, nie bacząc na to, że stoi w nieoświetlonym miejscu na środku ulicy i ubrany jest na czarno.

Następnego dnia natomiast ktoś inny (choć w sumie nie mogę mieć pewności że to nie była ta sama osoba, nietrudno uwierzyć że wielu marzy o byciu przejechanym przeze mnie) również po zmroku jechał na rowerze, który nie miał nawet świateł odblaskowych, no i oczywiście… jechał środkiem drogi. Zdołałem przyhamować a widząc moje światła rowerzysta łaskawie zjechał na pobocze…

To jednak nie wszystko…

Chwilę później, spomiędzy domów ten sam rowerzysta nagle znów wjechał mi niemal pod koła, tym razem przeciął drogę niemal pod kątem prostym, i moje hamowanie raczej było zbędne, ale gdybym tak akurat przyśpieszał, do czego miałem prawo, to mogłoby być niewesoło.

Załóżmy teraz, że mieszkam w jednym z jedenastu stanów USA, w którym marihuana jest zupełnie legalna (w tym, w którym mieszkam, jest legalna tylko w celach medycznych), no i poprzedniego dnia zjadłem sobie ciasteczko z niewielką ilością kannabinoidów, i z jakichś powodów mój organizm miał problemy z prędkim pozbyciem się ich z organizmu. Przejeżdzam człowieka, badają moją krew, i – jak to się w hameryce mówi „DI JU AJ” – DUI, Driving Under Influence – jazda pod wpływem – za co generalnie można dostać do 15 lat więzienia (zakładając że to moje pierwsze przestępstwo tego typu, bo jeśli nie, to mogę dostać dożywocie).

Teraz wszystko zależy od tego, ile mam pieniędzy w banku, bo zależność czasowa między ilością spożytej substancji a jej poziomem we krwi są w wypadku marihuany o wiele bardziej skomplikowane niż w przypadku alkoholu, i adwokat na którego wyda się 100 tysięcy dolarów może wywalczyć uniewinnienie a darmowy adwokat z urzędu najwyżej wywalczy zmniejszenie wyroku z 15 do 5 lat.

O ile ma tego dnia dobry humor i nie boli go tego dnia ząb.

Także mamy ciekawą sytuację – choć na szczęście hipotetyczną, niemniej bardzo realną wystarczy w nieodpowiednim momencie poczuć jakiś skurcz mięśnia czy inną bolesną dolegliwość, instynktownie sięgnąć tam ręką i (jakby to mogło w czymkolwiek pomóc) spojrzeć w kierunku bolącego miejsca. Nie zauwżysz, że przed maską samochodu ktoś stoi albo jedzie na rowerze.

Oto, magicznie, podczas jednej chwili zmieniam się ze zwyczajnego, „porządnego”, niekaranego człowieka w przestępcę, zabójcę, i zamieniam swe wygodne życie na wiezienną celę.

I chociaż do tej pory raczej rzadko (mam nadzieję) wywoływałem u ludzi bardzo negatwne uczucia, będą teraz o mnie myśleć jak o narkomanie który bezmyślnie lekkomyślnie zabił człowieka i zostawił członków jego rodziny i przyjaciół w nigdy do końca nieutulonym żalu, być może osierocił kilkoro dzieci…

A jak ja z tym będę żyć? Czy nie będę mieć codziennie w nocy koszmarów i budzić się rano marząc, by koszmarem zaledwie byłaby ta cała sytuacja?

Dobra, dość już tych negatywów na mój temat, porozmawiajmy o tobie!


Jeśli jesteś kierowcą, czy prowadząc samochód, zerknąłeś kiedyś na swój telefon w momencie, w którym nie tylko wiedziałeś, że jest to sprzeczne z prawem, ale czułeś też, że nie było to w 100% bezpieczne, ale wiadomości na które czekałeś były zbyt ciekawe, by czekać?

Ta jedna sekunda mogła również uczynić cię zabójcą.

W listopadzie ubiegłego roku w USA stanie w New Jersey niejaka Alexandra Mansonet zerknęła na swój telefon prowadząc samochód i spowodowała wypadek, w którym zginęła jedna osoba. Będzie sądzona tak, jakby była „DUI” – pod wpływem alkoholu albo innych środków odurzających – i jej sprawa jest traktowana jako zabójstwo drugiego stopnia; grozi jej 10 lat więzienia.

To mogłem być ja, to mogłeś być ty. To mogła być zupełnie twoja wina (jak w wypadku używania telefonu), choć oczywiście bez premedytacji; równie dobrze to mógł być wręcz „przypadek”, gdyby mnie wczoraj czy przedwczoraj niefortunnie zakłuło w boku nie w tej sekundzie, co trzeba.

Większość pozna tylko niektóre fakty. Skazany na 10 lat więzienia za zabójstwo drugiego stopnia. Odurzony narkotykami. WINNY.

Opinia publiczna rzadko kiedy ma wątpliwości. Przeczytam kilka słów w gazecie i już wiem wszystko co potrzebuję…

Skąd taka postawa?

Istnieje powiedzenie „niedaleko pada jabłko od jabłoni”. W dużym stopniu jesteśmy tacy, jak nasi rodzice, i na ogół tylko bardzo mocna praca nad sobą jest w stanie to zmienić- a i tak nigdy w 100% – ale jesteśmy też tacy… jak bóg, w którego wierzymy.

Właśnie – „bóg”, nie Bóg, bo choć głęboko jestem przekonany iż Bóg istnieje, jestem również pewny że nasze poznanie Go jest w równym stopniu doskonałe, jak poznanie słonia w wykonaniu mrówki, która po nim chodzi.

Czasem mrówka jednak może założyć okulary wirtualnej rzeczywistości i zobaczyć jak ten słoń naprawdę wygląda. O tym jednak będzie… na deser.

Jeżeli osądzamy innych bez zastanowienia bardzo możliwe jest że taki właśnie jest nasz bóg.

Boga poznać nie możemy, wykonał On jednak pewien krok, który daje nam szanse cokolwiek o Nim wiedzieć.

Boga nikt nigdy nie widział, lecz jednorodzony Bóg, który jest na łonie Ojca, objawił go (J 1:18)

A co mówi ów jednorodzony Bóg?

Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. (Łk 6:37)

Wiem, wiem, ten artykuł wydaje się zmierzać w kierunku kiepskiego, moralizatorskiego kazania. Ale to tylko pozory. Nie chcę poruszać kwestii, ile w tobie jest osądzania innych, ile we mnie; wszyscy to robią – jedni rzadziej, drudzy non stop. O wiele ciekawsze jest zastanowienie się, dlaczego to robimy. I dlatego zapraszam do zastanowienia się nad dwiema kwestiami – czym jest sąd według Biblii i czym jest sąd według religii.

Omówię je jednak w odwrotnej kolejności, gdyż pociąga mnie prostota, a nie ma nic prostszego niż kwestia „czym jest sąd według religii”.

Paradoksalnie – choć chrześcijaństwo szczyci się posiadaniem – i to wyłącznym – „dobrej nowiny”, sąd w jego ujęciu to niewątpliwie coś złego; o coś, czego trzeba się bać. Teoretycznie sąd nie dotyczy chrześcijan… ale jednak dotyczy. Religia nigdy nie opisuje jednak tego tematu w prosty, nie pozostawiający wątpliwości sposób. A bierze to się z… kiepskich tłumaczeń.

Jeśli bowiem zajrzymy do najczęściej używanego tłumaczenia protestanckiego, Biblii Warszawskiej, wyczytamy w nim zarówno pocieszająće słowa:

Kto słucha słowa mego i wierzy temu, który mnie posłał, ma żywot wieczny i nie stanie przed sądem (J 5:24b)

jak i … mniej pocieszające:

My wszyscy musimy stanąć przed sądem Chrystusowym (2 Kor 5:10 a)

Czy jednak pierwszy z powyższych cytatów jest pocieszający? Bo przecież zaczyna się od „kto słucha słowa mego” – czy słucha w senie „słyszy”? czy „jest posłuszny”? I co to znaczy być posłuszny Jezusowi? Przestrzegać Jego przykazań? Oddać wszystko co się ma ubogim?

I co to znaczy „wierzyć temu, który Go posłał”? Wierzyć przez 100% życia? Nie mieć wątpliwości?

I takimi pytaniami mógłbym parę stron wypełnić.

DLACZEGO?

Czy nie wydaje się dziwne, że w tak ważnym temacie jak życie wieczne, Biblia nie rozstrzyga wielu wątpliwości? A może rozstrzyga, ale my tego nie widzimy?
Jak to nie widzimy! Obruszysz się. Przecież znasz Biblię świetnie, no nie?

W 2005 MIT, jeden z najbardziej cenionych naukowych centrów badawczych na świecie, opublikował wyniki badań, które pozwalają nam dodać coś do wiedzy, którą posiadamy o działaniu umysłu. Eksperyment przeprowadzono na szczurach, ale późniejsze badania wykazują iż w pewnych aspektach zachowania nie ma większej różnicy między nami a szczurami.

Zaimplementowano w mózgach szczurów elektrody które badały aktywność mózgu i umieszczono te szczury w prostym labiryncie. W jednym z jego zakamarków czekał kawałek czekolady. Początkowo szczury, czując zapach czekolady, z ogromną energią rzuciły się na badanie nowego miejsca – obwąchując i oglądając ściany, chodząc we wszelkich możliwych kierunkach, i czyniły tak aż znalazły czekoladę.
Eksperyment ten powtarzano, i to nie kilka, a kilkaset razy. I co się okazało? Na samym początku mózgi szczurów pracowały normalnie. Na końcu – nie pracowały niemal wcale. Aktywność wykazywała jedynie malutka część mózgu zwana jądrami podstawnymi, cała reszta mózgu była jakby uśpiona.

Poznanie tych faktów wnosi wiele do naszej wiedzy o kształtowaniu nawyków ale również pozwala nam uświadomić sobie, że choć na zewnątrz może wydawać się, iż intensywnie myślimy, gdyż wykonujemy skomplikowane zadania, w praktyce nasz mózg może być uśpiony.

Jeśli od dziecka powtarzanoby mi, że moim stwórcą i bogiem jest Wielki Minion, i że jeśli go nie będę czcić, po śmierci kopnie on moją duszę w kierunku Słońca tak mocno, iż doleci tam ona i ulegnie spaleniu, i jeżeli w dodatku te same wierzenia miałaby moja rodzina i więszość znajomych, zapewne nigdy by mi nie przyszło ich kwestionować. Mógłbym zapewne wyrecytować swoje wyznanie wiary i nawet rozmawiać o niej… bez angażowania móżgu!

Reasumując – to, że w coś wierzę i że jestem do tego przekonany, nie oznacza w ogóle, że jest to mój pogląd. Może to być pogląd innych, który bezkrytycznie przyjąłem.
I jeżeli od dziecka słyszałem, iż po śmierci staniemy wszyscy przed sądem, który zdecyduje o losach naszej wieczności, kwestionowanie tego może wydać mi się tak absurdalne, że… nigdy tego nie uczynię.

Zwłaszcza, jeśli religia, w której jestem, uczy mnie, że każda wątpliwość przyczynia się do obniżenia prawdpodobieństwa szczęśliwego życia wiecznego.

SĄD WEDŁUG BIBLII

„Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny” Mt (25:41b)

Te słowa Jezusa z Ewangelii Mateusza kiedyś wywoływały we mnie strach… strach który czuje niemal każdy wierzący chrześcijanin, który widzi lub słyszy słowo „sądzić”. Sąd kojarzy się z jednym – kiedy umrę, stanę przed wielkim, strasznym Tronem Bożym, i Bóg pokaże palcem w prawo albo w lewo…

A gdy przyjdzie Syn Człowieczy w chwale swojej i wszyscy aniołowie z nim, wtedy zasiądzie na tronie swej chwały. I będą zgromadzone przed nim wszystkie narody, i odłączy jedne od drugich, jak pasterz odłącza owce od kozłów. I ustawi owce po swojej prawicy, a kozły po lewicy(…) Wtedy powie i tym po lewicy: Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny, zgotowany diabłu i jego aniołom. (Mt 25:31n.41)

Ha ha! Dzisiaj autentycznie się śmieję, kiedy widzę ten fragment, a śmieję się głównie dlatego, iż przez wiele lat zupełnie nie zauważałem w nim jednego wyrazu…

NARODY

To nie jest sąd jednostek! To sąd narodów. Syn Człowieczy odłączy jedne od drugich – a nie „jednych od drugich”, nie „Pawła Kowalskiego” od „Jana Mazura”. O czymkolwiek ten tekst mówi, jest tu obraz sądu zbiorowego, gdzie nikt się nie przejmuje tym, czy kradłeś lub mordowałeś – jeśli należysz do tego narodu, co trzeba, będziesz nazwany owcą i ustawiony po prawicy!

A ja właśnie przez lata wyraz „narody” ignorowałem, bo mój mózg był przekonany, iż fragment ten znam świetnie.

Zresztą mój mózg był wtedy zbyt zajęty radzeniem sobie z poczuciem strachu, który się pojawiał kiedy ten fragment widziałem.

Ale chwila. Skąd tyle strachu? Toż Biblia do znudzenia powtarza „nie lękajcie się”, a niemal wszystkie Kościoły chrześcijańskie głoszą, iż zbawieni jesteśmy z wiary, wię skoro wierzymy, przed żadnym sądem nie powinniśmy stanąć. Tak by może było logicznie, ale religia ma w głębokim poważaniu logikę i jakoś godzi zbawienie z wiary z sądem nad chrześcijanami…

Poza tym, cóż oznacza „zbawienie z wiary”?

Niemalże ilu teologów, tyle interpretacji! Czy wystarczy wierzyć w istnienie Jezusa Chrystusa? Czy wierzyć, że umarł za mnie? A co, jeśli moja wiara jest czasem przerywana okresami niewiary? Albo, jeśli mam wątpliwości? Może się tylko łudzę, że wierzę? Przecież Jezus powiedział tak:

Wielu powie mi w owym dniu: Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia? Wtedy oświadczę im: Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości! (Mt 7:22n)

Nigdy do końca tego nie rozumiałem… to jak to jest, zbawieni jesteśmy z wiary, ale wciąż nie możemy się dopuszczać nieprawości, bo wtedy wiara przestanie działać? Kto jak kto ale ludzie wyrzucający złe duchy mocą imienia Jezusa wydają się wierzący jak mało kto…

O co tu chodzi?

Przez wiele, bardzo wiele lat myślałem o tym, ale próby rozwiązania tego problemu były z góry skazane na porażkę. Poznałem różne wersje intepretacji tych fragmentów i zastanawiałem się, która jest poprawna, podczas gdy dzisiaj jestem pewien, że poprawna nie była żadna z nich.

Gdziekolwiek w Biblii widzimy temat sądu, zawsze, ale to zawsze, mowa jest o wydarzeniach odbywających się tu, na ziemi, za życia ludzkiego, i niemal zawsze jest to jakieś wydarzenie „militarne”. Bitwa, wojna, oblężenie, zdobycie jakiegoś miasta itp.

Kilka przykładów.

Pierwsze wystąpienie w Biblii słowa „sąd” znalazłem w Księdze Wyjścia: 6:6:

A tak rzecz do synów Izraelskich: Jam Pan, a wywiodę was z ciężarów Egipskich, i wyrwę was z niewoli ich, i wybawię was w ramieniu wyciągnionem, i w sądziech wielkich. (Wj 6:6 BG).

Bardzo często we współczesnych tłumaczeniach jaskrawo widoczne są manipulacje tłumaczy. Oryginalne hebrajskie lub greckie terminy tłumaczone są jako „sąd” wszędzie tam, gdzie w jakiś pokrętny sposób można to odnieść do losów człowieka po śmierci; ale tam, gdzie bez wątpienia chodzi o losy człowieka na ziemi, nie po śmierci, tłumaczenie już będzie odmienne. I tak w tym miejscu słowo „szefet” Biblia Gdańska tłumaczy jako „sąd” (wszystkie słowniki, które widziałem, również tak je tłumaczą), podczas gdy Biblia Tysiąclecia mówi o „karach” a Warszawska o „wyrokach”. Pozostanę zatem przy Biblii Gdańskiej, choć dla niektórych jej język może wydawać się niezjadliwy 🙂

O czym mówi ten fragment Księgi Wyjścia? Jak nastąpiło uwolnienie z jarzma egipskiego? Zawierało w sobie sporo elementów militarnych, zginęło od miecza sporo ludzi, a wojsko, które ścigało Izraelitów, zginęło w otchłaniach Morza Czerwonego.
Szefet”, występuje też 2 Księdze Kronik 24:24:

Bo w małym poczcie ludu przyciągnęło było wojsko Syryjskie; a wżdy Pan podał w ręce ich bardzo wielkie wojsko, przeto, iż opuścili Pana, Boga ojców swoich. A tak nad Joazem wykonali sądy. (2 Krn 24:24, BG)

Popatrzmy też do 1 Kronik 16:14:

On jest Pan, Bóg nasz; po wszystkiej ziemi sądy jego. (1 Krn 16:14, BG)

Ha! Tu mamy wręcz łopatologicznie wyłożone, że sądy odbywać się miały nie w niebie lub piekle, ale po prostu na ziemi, wśród żyjących ludzi!

Zajrzyjmy jeszcze do Księgi Izajasza:

Albowiem opojony jest na niebie miecz mój; oto zstąpi na Edomczyków, i na sąd ludu przeklętego odemnie. (Iz 34:5, BG)

Mowa jest tu również, oczywiście, o ziemskich wojnach i bitwach, nie o tym, co się będzie z Edomczykami działo po ich śmierci. Zresztą nikt w Starym Testamencienie przejmuje się tym, co się stanie z nim po śmierci. Niewiarygodne ale prawdziwe jest też to, że w Nowym Testamencie też nikt.

Zanim zajrzymy jednak do Nowego Testamentu, spójrzmy na sytuację polityczno-militarną czasów, w którym działy się wydarzenia tam opisywane. Izrael był pod panowaniem rzymskim od 63 roku przed naszą erą, i choć byli potężni liczbą, Rzymianie przewyższali ich kolosalnie pod względem wyszkolenia i wyposażenia. Żydzi wielokrotnie usiłowali się zbuntować i wyrwać z jarzma niewoli (największe powstania były w latach 66, 115, 132, 136 i 351) lecz za każdym razem ich wysiłki były natychmiast krwawo tłamszone.
Jezus przyszedł ostrzec przed strasznym wydarzeniem, które miało nastąpić w roku 70. Wojska Rzymian otoczyły wtedy Jerozolimę i wkrótce ją zdobyły, mordując w okrutny sposób ogromną ilość jej mieszkańców (różne źródła podają od 200 tysięcy do nawet ponad miliona).

Wydarzenie to było jedną z największych w historii ludzkości hekatomb i zdecydowanie najczarniejszym dniem w historii Izraela. Nic dziwnego, że i ono nazwane było – głównie w Ewangeliach – nadchodzącym sądem… a jeśli jeszcze dodamy, iż Jerozolima i jej świątynia były palone i wielu ludzi umarło w płomieniach, nietrudno domyśleć się, że zapowiedzi sądu jerozolimskiego można interpretować jako ogień, w którym po wieczność smażyć się będą wszyscy ludzie, którzy ośmielą się przeciwstawić religii.

A teraz…

Jeżeli jesteś chrześcijaninem należącym do jednego z popularnych katolickich lub protestanckich wyznań, nie będzie ci łatwo w to uwierzyć. Religii bardzo zależy na tym, abyś widział sąd jako coś, co czeka cię po śmierci. Jakkolwiek jestem przekonany, iż istnieją szczerzy księża i pastorzy, którzy traktują swoją pracę jako misję pomocy ludziom, religia generalnie jest stworzona po to, by ludzie wierzyli, że jest im niezbędna i że bez niej niemal na pewno skończą w piekle, i że to, co słyszą w niedzielę, ma jakąś szansę zapobieżenia temu.
Poza tym istnieje w nas mnóstwo mechanizmów psychologicznych, które starają się nas zniechęcić do zmian, zwłaszcza takich, które oznaczać mogą kłopoty lub niewygodę. I mechanizmy te są na tyle skuteczne, że na ogół działają w 100% skutecznie, a nasza świadomość ich działania wynosi… 0%.
Opiszę, jak to działa – przeskocz ten fragment (zaznaczyłem go na fioletowo) jeśli cię to nie interesuje.

Załóżmy, że pewien pastor wykonuje swoją misję od 40 lat, i dzisiaj, w wieku 60 lat ma swój mały kościółek i grupę 100 wiernych. Każdy z nich średnio przekazuje w ofierze 100 zł miesięcznie, co daje 10 tysięcy złotych wpływających na konto. Opłaty za prąd, wodę, podatki od nieruchomości i inne koszta zamykają się w 6-7 tysiącach, co pozostawia mu wystarczającą ilość pieniędzy na życie i może nawet trochę odkładać na „spokojną starość”.
Wyobraź sobie jednak, że pewnego dnia ów duszpasterz doznaje olśnienia, iż Biblia wcale nie naucza o piekle, i że tak naprawdę Chrystus zbawił wszystkich ludzi. Uświadamia jednak też sobie, że wielu, a może i większość członków jego wspólnoty do kościoła chodzi raczej niechętnie, i istnieje spore zagrożenie, że postąpią według dewizy „hulaj duszo, piekła nie ma”, i po prostu wystąpią ze wspólnoty.
Zdarzają się wyjątki, jednak większość 60-letnich duszpasterzy nie ma raczej biznesu na boku i kilku innych wyuczonych chodliwych zawodów. Bohatera naszej opowieści czeka zapewne popadanie w długi, przejęcie budynku kościelnego przez banki lub wierzycieli i bardzo biedna starość.
Jest jednak coś, co dla wielu jest o wiele gorsze od biedy. Być może nasz pastor ufa Bogu, że materialnie go zawsze będzie wspomagać, ale co powie wielu wiernych, ba – członków rodziny – jeśli zacznie głosić coś, co uważane jest za herezje? Wciąż nierzadkie są sytuacje, gdzie dzieci wyrzekają się rodziców lub rodzice dzieci;gdzie dochodzi do rozwodów, tylko dlatego, że ktoś zdecydował się zmienić religijne poglądy. Co, jeśli wszyscy znajomi tego człowieka to ludzie konserwatywni albo i fanatyczni? Czekać go będzie pogarda, ostracyzm, nierzadko i przemoc.

Jakbyś się zachował na miejscu tego człowieka?

Odpowiedź na to pytanie, uważam, może być przedmiotem długich i fascynujących rozważań lub dyskusji! Sam uważam, iż w momencie, gdyby pastor miał doznać tego olśnienia czytając Biblię, jego podświadomość by błyskawicznie przeanalizowała sytuację, i ze strachu przed niepewną przyszłością wysłałaby taki przekaz do jego świadomości:

NIEPRAWDA
To nieprawda, co wyczytałem w Biblii.
Błędnie to wszystko odczytałem.
Całe chrześcijaństwo przecież nie może się mylić.

Rzeczywiście jednak nasza podświadomośc zna prawdziwe powody:
Nie chcę być przez ludzi wyszydzany, pogardzany, nie chcę też żyć w biedzie do końca życia.

To tylko jeden z możliwych mechanizmów, które mogą powodować, że przy czytaniu Biblii czasem nasze logiczne myślenie jest zupełnie wyłączane. Kiedy je zacząłem poznawać, zrozumiałem też, dlaczego przez tak wiele powtarzałem tak wiele wierutnych bzdur, uczylem ich i broniłem ich… Po prostu = wierzyli w nie niemal wszyscy, których znałem, i w obawie przez pozostaniem samotnym na placu boju moja podświadomość blokowała świadomość przed dostępem do logicznych wniosków.

Kiedy zacząłem analizę tekstów Nowego Testamentu, od samego początku widziałem, że coś jest nie tak. Tak na ogół łatwo dostrzegalna doskonała harmonia między Starym i Nowym Testamentem w temacie sądu wydaje się nie mieć miejsca. Ale po kolei.
W Nowym Testamencie słowem tłumaczonym jako sąd/sądzić jest „kriseis” – z którego pochodzi nas swojski „kryzys”, czasownikiem „sądzić” jest zaś „krino” „Kriseis” występuje w różnych odmianach w NT 48 razu, „krino” – 115. Analiza ich występowania i kontekstu może zniechęcić – choć przeważająca większość fragmentów jest prosta do przetłumaczenia i zrozumienia, sporo z nich brzmi bardzo dziwnie i niektóre wydają się nawet sobie wzajemnie przeczyć. Wkrótce jednak postaram się wykazać, że temat sądu jest bliźniaczo do siebie podobny zarówno w ST jak i NT, i problem leży nie tyle w zrozumieniu Biblii, co w jej kiepskich tłumaczeniach. Jako że temat jednak jest bardzo zawiły… do zobaczenia w drugiej części!

(Ostatnia edycja – 21 sierpnia 2020)

O czym jest Biblia?

Pozwól, że zapytam cię o twoją ulubioną książkę. Jaki jest jej tytuł?

***

A o czym ona jest?

***

Prawdopodobnie przeleciałeś te pytania w 2 sekundy i moje trzy gwiazdki nie zmusiły cię do odpowiedzi. Zachęcam jednak do odpowiedzenia na nie, i nie powinno zająć ci to dłużej niż kilkanaście sekund. Góra minutę 🙂

W przypadku większości książek nie jest problemem udzielnie krótkiej odpowiedzi na pytanie, o czym one są – czyli da się ich tematykę podsumować w jednym lub w kilku zdaniach tak, aby ktoś, kto nigdy o tej książce nie słyszał, cokolwiek o niej charakterystycznego wiedział.

Przykładowo, moja ulubiona książka z gatunku science fiction, „Powrót z gwiazd” Stanisława Lema, opowiada historię człowieka, który powrócił na Ziemię po podróży trwającej 10 lat czasu pokładowego – ale z powodu dylatacji czasu – 150 lat czasu ziemskiego – i opisuje zaskakująco odmienione po tych 150 lat realia życia na naszej planecie.

O czym zatem jest Biblia?

Odpowiedzi istnieje mnóstwo i jeśli popytasz ludzi możesz ze zdziwieniem zauważyć, że niemal każdy ma inną! Raz jeszcze – naprawdę uważam, że ciekawym eksperymentem dla ciebie samego może być zadanie sobie samemu tego pytania… jaki masz ogólny obraz Biblii? Jak można by ją podsumować?

***** (może 5 gwiazdek będzie większą zachętą)

Podam ci kilka odpowiedzi, które ja przez lata innym serwowałem:

  • Biblia to list miłosny Boga do ludzi
  • Biblia opowiada historię zbawienia ludzkości przez Boga
  • Biblia do zbiór ksiąg, pisanych na przestrzeni dwóch tysięcy lat, opisujących postęp objawienia Boga ludziom.

A mój ulubiona kiedyś „definicja” Biblii to „instrukcje, jak dostać się do nieba”.

Ciekawe to jednak, albowiem nigdy w Biblii nie znalazłem ani jednego miejsca, w którym byłoby napisane, że ludzie po śmierci idą do Nieba…

Gdyby jednak zapytać chrześcijan, skąd wiadomo, jak nie trafić po śmierci do piekła, wielu, a może i większość, wskazałaby Biblię jako najpewniejsze źródło informacji.

Zastanówmy się, czy jednak rzeczywiście – i w jakim stopniu – Biblia zajmuje się ludzkim losem po śmierci?

Nawet główny nurt chrześcijaństwa,przyznaje, iż temat „życia po życiu” w Starym Testamencie jest praktycznie nieobecny. Objętościowo Stary Testament to niemal wyłącznie historie/opowiadania, trochę proroctw i poezji i poza kilkoma zdaniami (i ich setkami różnych interpretacji) nie zajmuje się w ogóle teologią.

Owszem, sporo w niej o przykazaniach – ich opis z Prawa Mojżeszowego znajdziemy w Księgach Mojżeszowych (II, III i IV) ale po pierwsze – prawo to dane było tylko Izraelowi, po drugie – tylko na określony czas (Gal 3:19), po trzecie – jego przestrzeganie nagradzane było nie po śmierci, a za życia:

Przeto starajcie się wypełniać [wszystko], co wam nakazał Pan, Bóg wasz: Nie odstępujcie od tego ani na prawo, ani na lewo. Idźcie dokładnie drogą wyznaczoną wam przez Pana, Boga waszego, byście mogli żyć, by dobrze wam się wiodło i byście długo przebywali w ziemi, którą macie posiąść. (Pwt 5:32n)

Jako że ponad 60% Starego Testamentu stanowią opowiadania, można by tę część Biblii podsumować jako „opis losów Izraela ze szczególnym uwzględnieniem kilkunastu najciekawszych jego przestawicieli”.

A co z Nowym Testamentem?

Nowy Testament zaczyna się również od opowiadań. Ewangelie to księgi napisane w celu zaznajomienia z osobą i misją Jezusa Chrystusa ludzi, którym nie było Go dane poznać osobiście. Między Ewangeliami i opowiadaniami ze Starego Testamentu istnieje oczywiście spora różnica – Jezus z autorytetem interpretuje Stary Testament, formułuje ponadczasowe prawdy, i – można by rzec – kreuje nową teologię – niemniej wciąż jest to wszystko spisane w formie opowiadania.

Kluczowe pytanie – dla kogo ta teologia jest przeznaczona i czego dotyczy?

Choć dla wielu chrześcijan wydawać się to może bluźnierstwem (dla mnie troszkę lat temu zdecydowanie by to tak brzmiało), Jezus nie przyszedł do wszystkich ludzi. Można oczywiście widzieć Jego misję w ujęciu ponadczasowym, duchowym – niemniej materialnie rzecz ujmując, na pewno nie przyszedł do wszystkich ludzi. Nie przyszedł do tych, którzy umarli przed Jego przyjściem, do tych, którzy za daleko mieszkali by o Nim na czas usłyszeć – ale okazuje się, że nie przyszedł nawet bezpośrednio do tych, którzy widywali Go na ulicach. I sam o tym mówi:

Lecz On odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela (Mt 15:24)

W porządku, no więc Jezus przyszedł głosić Ewangelię Żydom. Co jednak jest jej treścią? „Uwierzcie we mnie, bo inaczej po śmierci pójdziecie do piekła?” Ani jednego słowa wspominającego o tym w Ewangeliach jednak nie znalazłem. Jeśli wydaje ci się, że Jezus gdziekolwiek przestrzega przed piekłem, przeczytaj artykuły „Piekło – czy to jest logiczne” i „Piekło – czy to jest biblijne„.

Od samego początku Jezus zaczyna głosić coś, co można nazwać Ewangelią Królestwa:

Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie. (Mt 4:17)

Czymże jednak jest owe Królestwo Niebieskie? Na pewno niczym, co się dzieje z człowiekiem po śmierci – w Biblii czasem używane jest dosłownie, czasem przenośnie, ale za każdym razem dotyczy ono ludzi żyjących na ziemi. W przypadku zaś „cielesnego” rozumienia królestwa temat dotyczy wyłącznie Żydów, gdyż tylko im to królestwo było obiecane. Temat ten omawiam w artykule Królestwo Boże – jak je odziedziczyć.

Owszem, Jezus mówi też o swojej śmierci – ale zauważmy, (mało kto to zauważa), że robi to dopiero pod koniec swojej misji. Tak, jakby nie było to początkowo w planie (choć oczywiście w pewnym sensie wszystko zaplanowane było przed wiekami) – i kto wie, jak potoczyłaby się historia ludzkości, gdyby Izrael nawrócił się i przyjął ofertę Królestwa.

Generalnie jednak wciąż Ewangelie kontynuują pod względem gatunku przeważające w Starym Testamencie opowiadania. Dołączymy tu też oczywiście Księgę Dziejów Apostolskich, które są drugą częścią Ewangelii Łukasza.

Pokaźną objętościowo część Nowego Testamentu stanowią Listy apostolskie i stanowią one unikalny w Biblii gatunek literacki. Ponieważ każdy z Listów jest na nieco odmienny temat, nie sposób jednym słowem podsumować ich tematyki, ogólnie zaś wszystkie dotyczą moralności albo doktryny.

No i zostaje nam jeszcze na deser…

Księga Objawienia.

Scared face

Apokalipsa.

O czym ona jest?

Jeszcze bardzo niedawno wierzyłem, iż jest to opis końca świata i tego, co w jego trakcie i po jego zakonczeniu będzie się dziać z ludźmi.

Księga ta zaczyna się od następujących słów:

Objawienie Jezusa Chrystusa, które dał Mu Bóg, aby ukazać swym sługom, co musi stać się niebawem (Obj 1:1)

Jak przygniatająca większość chrześcijan, bez mrugnięcia okiem przez wiele lat ignorowałem wyraz „niebawem”. W pewnym jednak momencie… przestałem… i  uwierzyłem, iż owe „niebawem” rzeczywiście oznacza „niebawem” i Apokalipsa jest księgą zapowiadającą losy Narodu Wybranego – którym już staje się przede wszystkim Kościół Chrystusowy, nie tylko Izrael – ale nie po tysiącach lat, a za życia jego pierwotnych odbiorców!

Temat Księgi Objawienia omawiam szczegółowo tutaj.

Podsumujmy zatem.

Stary Testament – to przede wszystkim historie i opowiadania, opisujące losy narodu Izraela.

Nowy Testament – oprócz Listów Apostolskich, które zawierają nauki, to przede wszystkim historie i opowiadania, opisujące losy narodu Izraela (przez kilka lat po zakończeniu misji Chrystusa apostołowie wciąż kierowali Dobrą Nowinę wyłącznie do Izraelitów, dopiero apostoł Paweł rozpoczął jej głoszenie wszystkim ludziom).

Jakbyśmy na to nie patrzyli, Biblia jest księgą o Izraelczykach, przez nich spisanych i do nich kierowanych.

Czy to obniża jej wartość w naszych oczach? Ależ czemuż miało tak być? Czy to, że kakao odkryto w Meksyku sprawia, iż nie powinienem jeść czekolady, bo nie jestem Meksykaninem?

I nie powinienem pić kawy, bo nie jestem Arabem?

Bbilia to najpoczytniejsza księga świata; pisarz James Chapman natrudził się niedawno i obliczył, że przez ostatnie 50 lat sprzedano ją w prawie 4 miliardach egzemplarzy. A w dodatku większość, a może pokuszę się o stwierdzenie „niemal wszystkie” pozostałe książki świata dziś pisane mają do Biblii jakieś odniesienie, jakiś cytowany mniej lub bardziej świadomie fragment.

Niesamowicie mnie, przyznam, bawi, gdy podczas rozmowy z ateistami słyszę, jak używają oni arugmentów lub odniesień biblijnych… Tak, jak Osoba i nauka Chrystusa wpłynęła na cały świat w stopniu nieporównywalnym do kogokolwiek innego i nawet zatwardziali ateiści odpowiadając na pytanie, który mamy rok, muszą pamiętać, od czyich to narodzin ten rok jest liczony; tak i Biblia, której Chrystus jest najważniejszą – choć nie jedyną – częścią – to książka o wadze i wpływie nieporównywalnych do czegokolwiek innego.

Wiedząc to wszystko można wciąż traktować Biblię jako Słowo Boże, jako genialną i nadnaturalną Księgę napisaną pod natchnieniem, i można z niej czerpać kosmicznie ogromną ponadczasową mądrość. Uświadomienie sobie jednak, że my, ludzie żyjący w XXI wieku, nie jesteśmy jednak ani pierwotnymi adresatami Biblii, ani jej przedmiotem opisu, zdejmuje z nas wielki cieżar.

Owszem, w Biblii opisane jest PRAWO, ale to nie jest nasze PRAWO i nie będziemy z jego łamania rozliczani.

Owszem Biblia zapowiadała proroctwa, nierzadko katastroficzne, ale nie opisują one naszego życia i i nie musimy się ich bać.

Świadomość, czym dokładnie Biblia jest, nakłada na ich czytelników jednak innego rodzaju ciężar… Ciężar interpretacji. Już samo tłumaczenie tekstów, które mają tysiące lat, to zajęcie niezwykle trudne. A skuteczne pokonanie przepaści kulturowej i poznawczej i zaprezentowanie Biblii w sposób prosty dla przeciętnego czytelnika… to moim zdaniem zadanie, które jeszcze przez nikogo nie zostało nawet w 90% zrealizowane.

Niezależnie od trudności, tak się jednak składa, że wciąż pojedyncze fragmenty lub choćby wersety biblijne mają moc zmieniać ludzkie życia na całym świecie i wierzę, że tak będzie zawsze.

Wierzę również, że Biblia kiedyś wróci do dzieł czytanych chętnie przez ludzi wszystkich światopoglądów, a stanie się to wtedy, gdy upadnie religia – zorganizowana, chciwa i bezlitosna maszyna która włada ludzkością starając się wykazać iż w Biblii jest mnóstwo czegoś, czego tak naprawdę nie ma wcale – gróźb!

(Ostatnia edycja – 27 listopada 2020)

Jedyny powód, dla którego wierzysz w piekło.

Dzisiaj bardzo wyjątkowy artykuł! Nie dość że niedługi, to jeszcze zupełnie nie ma w nim teologii! Teologicznie temat omówiłem lata temu tutaj. Po kilku latach nagle przyszła mi ochota na postawienie kropki nad „i”.

Wyjątkowo – bez wstepów i do rzeczy!

Jeżeli wierzysz w istnienie piekła… dlaczego w nie wierzysz? Skąd wiesz, że naprawdę istnieje?

  • Czy wiesz to z Biblii?
  • Czy ktoś ci powiedział?
  • Może sam Bóg ci to objawił?
  • Wyczytałeś gdzieś?
  • To twój własny wniosek?

Może… wszystkiego po trochu?

Zapewne na niejedno z powyższych pytań wielu ludzi wierzących w istnienie piekła odpowie twierdząco, ale co jeśli prawda jest o wiele prostsza?

Wierzysz w piekło dlatego, że urodziłeś się w Polsce.

I nie, to nie dowcip. Najwyżej – pewne uproszczenie.

Wierzysz w piekło, bo urodziłeś się w rodzinie rzymskokatolickiej na przełomie XX i XXI wieku, w kraju jeszcze wtedy w ponad 9\0% katolickim, i bardzo możliwe, że nawet nie znałeś ludzi wierzących inaczej, a jeżeli znałeś, to wszyscy traktowali ich z pogardą, To wszystko spowodowało, że zmiana tego poglądu wiązać by się mogła z takimi problemami, różnego rodzaju ostracyzmem lub prześladowaniami, że twoja świadomość w ogóle nie brała pod uwagi jego kwestionowania.

Zanim jeszcze poznałeś tajniki posługiwania się ludzką mową zapewne uczestniczyłeś w coniedzielnej albo częstszej Mszy Świętej. Wkróte, kiedy jeszcze miałeś kilka lat i krytyczne myślenie było ci obce, zaczęto cię uczyć, że piekło istnieje, i nigdy nawet nie starano się zaznajomić cię z alternatywnymi wierzeniami, a jeśli już, to wyśmiewając je i potępiając.

Kiedy przybyło ci trochę lat i włączyłeś krytykę do swojego repertuaru postaw, czasem i może przychodziły ci do głowy pytania lub wątpliwości, ale kiedy się nimi dzieliłeś, albo cię wyśmiewano, albo nikt nic sensownego nikt nie umiał ci odpowiedzieć.

Bardzo możliwe jednak że te wątpliwości się nigdy nie pojawiały i nie ma w tym nic dziwnego. Ja na przykład nigdy nie kwestionowałem potrzeby oddychania. Nasz mózg umarłby z wycieńczenia gdyby próbował kwestionować wszystko dokoła.

Wszyscy, których znam, oddychają? Nie muszę nad tym myśleć, oddycham i tyle.

Wszyscy, których znam, wierzą w piekło? Nie muszę nad tym myśleć, wierzę i tyle.

Zmieńmy teraz dowolny niemal szczegół z twojego życiorysu:

Przenieśmy go o kilka tysięcy kilometrów w dowolnym kierunku geograficznym.

Przesuńmy go ponad 1000 lat do tyłu albo o kilkadziesiąt lat do przodu.

Zmieńmy wyznawaną religię twojej rodziny.

Oceniłbym na oko, że szanse, iż wierzysz w piekło, spadają z 95% do 5%.

Być może nawet nie słyszałbyś nigdy żadnych szczegółów o doktrynie piekła; może tylko tyle, że gdzieś tam są ludzie którzy wierzą, że po śmierci Bóg będzie ich karał.
I jeżeli o piekle usłyszałbyś pierwszy raz, kiedy już byłeś dorosły, i gdyby ktoś ci opowiedział, jak to będący nieskończoną miłością Bóg, uczący wszystkich ludzi wybaczać wszystko bez granic, nadstawiać drugi policzek i odpłacać dobrem za zło; jak to ten miłosierny Bóg stworzył jezioro ognia, w którym większość Jego umiłowanych dzieci będzie smażyć się bez końca, wysyłając przy tym resztę ludzi do raju, gdzie będą oni ucztować bez ustanku, być może łaskawie odbierając im pamięć o ich rodzinie i przyjaciołach cierpiących nieopisane męki…

Jakby ci to wszystko ktoś powiedział…

Powiedziałbyś, że to najgłupsza opowieść, jaką kiedykolwiek słyszałeś; niespójna, pozbawiona sensu i że nie ma mowy, by ktoś normalny na świecie w to uwierzył.

No, ale ktoś wierzy. Według statystyk, ponad 2 miliardy ludzi są chrześcijanami.

Oczywiście – dzisiaj istnieje mnóstwo liberalnych odłamów chrześcijaństwa, odrzucających zupełnie ideę piekła, i nawet wśród ludzi wciąż będących członkami największych Kościołów uczących piekła, jak rzymsko-katolicki, anglikański, luterański czy baptystyczny – i wśród nich jest coraz więcej ludzi piekło kwestionujących – przy czym często utrzymują to w tajemnicy bo wciąż zdarza się, że „nieprawowierność” można przypłacić prześladowaniem. Ja nie raz przy kwestionowaniu nawet drobnych „dogmacików” słyszałem od znajomych czy rodziny, że niewątpliwie szatan mnie opętał, jednak trudno nazwać to prześladowaniem. Prześladowania bałem się z innej strony – ze strony Boga – pomimo tego, że już w wieku 20-kilku lat miałem za sobą kilka zmian Kościołów, doktryna o piekle była tak cudownie wprana i wprasowana w mój mózg, że pomimo ogromu pytań i wątpliwości lat mi zajęło kolejne 20, aż ostatecznie zrozumiałem, że…

Hola hola.. .bo z tego zaraz następny akapit powstanie, i następny.. tak naprawdę już skończyłem swoją puentę. I nie rozpisuję się dalej!

Wszystko, co istotnego miałem do powiedzenia, zawiera się w tym jednym zdaniu:

Wierzyłem w piekło tylko dlatego, że urodziłem się w Polsce.

 

Ostatnia edycja – 10 grudnia 2019

Straszące wersety: Bez świętości nikt nie ujrzy Pana (Hbr 12:14)

Każdy, kto kocha Biblię, ma swoje ulubione wersety.  Biblijne internetowe programy i wyszukiwarki podają często zestawienia najpopularniejszych i najczęściej wyszukiwanych – i królowałby tu dla większości chyba chrześcijan zapewne werset z Ewangelii Jana 3:16 (ale nie króluje, gdyż niemal każdy zna go doskonale na pamięć):

Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. (J 3:16)

jest jeszcze Jeremiasza 29:11, który pociesza bojących się o jutro:

Jestem bowiem świadomy zamiarów, jakie zamyślam co do was – wyrocznia Pana – zamiarów pełnych pokoju, a nie zguby, by zapewnić wam przyszłość, jakiej oczekujecie. (Jer 29:11)

jak i również początek Psalmu 23 dla tych, którym brakuje pieniędzy:

Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. (Ps 23:1)

Na wysokiej pozycji w popularności wyszukiwań jest też werset z Listu do Filipian 4:13 dla tych, którzy często upadają:

Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia. (Flp 4:13).

Moim ulubionym fragmentem, odkąd pamiętam, a musiało to być na początku szkoły podstawowej albo i wcześniej, była fragment z końcówki 6. rozdziału Ewangelii Mateusza:

Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się zbytnio o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym się macie przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie?  Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one? (Mt 6:25-26)

A najbardziej werset 33:

Starajcie się naprzód o królestwo /Boga/ i o Jego Sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. (Mt 6:33)

Fragment ten towarzyszył mi całe życie i stanowił dla mnie niesamowitą pociechę w trudniejszych momentach finansowych, i chociaż w dzieciństwie w mojej rodzinie się bynajmniej nie przelewało i często powtarzano, że brakuje pieniędzy, nie poddawałem się pesymizmowi i mocno wierzyłem, że wystarczy mi na wszystko, czego potrzebuję.

Gdy później zacząłem dokładniej poznawać Biblię, moim ulubionym wersetem został ten z Listu do Rzymian 8:28:

Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamiaru. (Rz 8:28)

Stanowił dla mnie jak gdyby kontynuację i niejako ulepszenie Mt 6 – i rozumiałem go tak, iż Bóg ma baczenie nie tylko na moje finanse ale i całe życie – i wszystko, co mnie spotyka, w jakiś sposób obróci się ku dobremu.

Ten werset był jak plaster na duszę w najtrudniejszych momentach życia.

Wiele innych fragmentów Biblii również pomagało mi przejść przez życie z optymizmem, i podobnie się dzieje w życiu milionów innych chrześcijan na całym świecie. Istnieje sporo fragmentów biblijnych uznawanych nawet przez współczesną psychologię jako świetne afirmacje i ponadczasowe sentencje, których powtarzanie może przynieść ulgę w trudnych chwilach.

Gdyby na tym kwestia się kończyła, mógłbym zakończyć pisanie tego artykułu i… zlikwidować tę witrynę.

Ale nie mogę.

Istnieje również wiele fragmentów biblijnych, których przeczytanie powoduje u ludzi falę lęku. Ta sama Biblia dla tych samych ludzi czasami jest źródłem pociechy i inspiracji, czasami – ogromnego strachu. I przez wiele lat należałem do tej grupy.

Abym w ogóle w jakimkolwiek stopniu ufał Biblii, musiałem wierzyć, że nie ma w niej sprzeczności. Jakakolwiek sprzeczność byłaby również błędem, a jeśli znalazłbym w niej choć jeden błąd, kto zagwarantuje mi, że nie ma ich tam miliona? I że na przykład cała historia o Jezusie Chrystusie nie jest wymyślona?

Wszystko, albo nic.

Biblię wciąż jednak uważałem za księgę dającą światu radość, a gdy widziałem fragmenty, które napawały mnie lękiem, mówiłem sobie,  że na pewno mówią coś innego niż widzę; po prostu ich nie rozumiem.

Co bardzo znamienne, ilekroć dorwałem się do jakiegoś komentarza Biblijnego (a znajdywanie ich nie było łatwe – mówię o czasach przed-Internetowych), z ogromnym zdziwieniem zauważałem, iż najbardziej niepokojące mnie fragmenty Biblii są po prostu na ogół… pomijane. Czyżby rozumienie ich było aż tak oczywiste… dla wszystkich, tylko nie dla mnie? A może… autorzy komentarzy też ich nie rozumieli i nie chcieli się do tego przyznać?

Później, kiedy korzystałem już z Internetu, potrafiłem nierzadko znaleźć wytłumaczenie jakiegoś fragmentu, które mnie uspokajało, ale – o dziwo – nie na długo. Kilka tygodni później w jakiś magiczny sposób moje rozumienie danego fragmentu znów napawało mnie lękiem, a „pozytywne egzegezy” ulatniały się z głowy bez śladu.

Wiele lat musiało upłynąć, zanim zrozumiałem, dlaczego tak się działo. I jak paradoksalna, i to na wielu płaszczyznach, była to sytuacja.

Głównym powodem mojego dwoistego widzenia Bibilii był… dwoisty sposób, na który widziałem Boga.

Z jednej strony – uosobienie miłości. Tak, jak Jezus na ziemi – nikogo nie potępiał, każdemu wybaczał, pocieszał, leczył.

Z drugiej… twórca piekła, gdzie większa część ludzkości będzie się smażyć bez końca.

Tak długo jak w swojej głowie przedstawiałem Boga jako takiego hipokrytę, tak długo Biblia też stanowiła dla mnie zbiór sprzecznych ze sobą stwierdzeń.

A dlaczego tak szybko zapominałem kojące mnie egzegezy? Nie wiedziałem jeszcze, że nasz mózg traktuje powtarzanie jako wykładnię wiarygodności i wagi danego zagadnienia (repetitio est mater studiorum – powtarzanie jest matką nauki!). Jeżeli z kazalnic słyszałem sto lub dwieście razy, że dany fragment grozi mi piekłem, i później czytałem go w Biblii i przypominałem sobie w pamięci wiele setek, jeśli nie tysięcy, razy, negatywne rozumienie było we mnie tak mocno zakorzenione, że szaleństwem byłoby spodziewanie się, iż jednokrotne przeczytanie innego komentarza spowoduje u mnie zmianę zdania.

Fakt, którego znajomość bardzo by mi pomogła, jest taki, iż…

 Tłumaczenie Biblii to niezwykle trudne zadanie.

Mamy do czynienia z językami w wersjach od wielu setek lat nie używanymi; poszczególne księgi osadzone są w wielu różnorodnych kulturach, kompletnie odmiennych od znanych nam dzisiaj, no i Biblia spisywana była przecież na przestrzeni co najmniej półtora tysiąca lat, a język zawsze zmienia się z czasem. Najstarsze jej fragmenty (niektórzy uważają, iż najstarsza jest Księga Hioba, pisana blisko XX wieku p.n.e.) mogą mieć bardzo odmienny język od najmłodszych (przykładowo Księgi Malahiasza, która spisywana była pod koniec V wieku pne).

Co to oznacza w praktyce dla nas? Ano że albo pół życia poświęcimy studiowaniu Biblii: jej języków, kontekstu kulturowego, politycznego i wielu innych) aby móc powiedzieć coś z niemal pewnością… albo zaufamy tlumaczom i egezegetom.

Teoretycznie nie miałbym problemu z tym zaufaniem… gdyby nie okazało się, że  ten sam tekst może przez to różne grona zaufanych ekspertów z tytułami naukowymi tłumaczony lub interpretowany na krańcowo odmienne sposoby.

Podawano mi „jedynie słuszne” tłumaczenie nie informując nawet, że są inne, alternatywne, albo że pojawiło się ono niedawno. Niekwestionowana niemal w środowiskach protestantów ewangelikalnych koncepcja porwania Kościoła (głosi ona z grubsza, iż wszyscy wierzący chrześcijanie znikną z powierzchni ziemi przed stanowiącymi początek końca świata prześladowaniami) pojawiła się zaledwie w XVIII wieku i dopiero stosunkowo niedawno uświadomiłem sobie, że jest w całości oparta ja jednym, jedynym wersecie (1 Tes 4:17) – a przecież już jako nastolatek wiedziałem, iż nie wolno żadnych doktryn budować na pojedynczych wersetach.

Co jest bardziej prawdopodobne – że przez prawie 2000 lat od napisania Listu do Tesaloniczan nikt nie wpadł na to, o czym pisał Paweł, czy że… ktoś dopuścił się nadinterpretacji?

I wtedy z moich oczu opadła zasłona. Zrozumiałem, że to, co wiem o Biblii, może mieć wiele wspólnego z moim Kościołem, ale z samą Biblią – niekoniecznie.

Okazało się, że muszę…

Nauczyć się czytać Biblię od nowa.

Do każdego fragmentu podejść tak, jak gdybym nigdy o nim wcześniej nie słyszał. Nie było to bardzo łatwe, zwłaszcza na początku, ale i tutaj można nabrać wprawy! I po takim czytaniu z radością odkryłem, że Biblia jednak jest spójna, i że nie głosi niczego takiego, co powinno dziś u kogolwiek wywoływać lęk. Niepokojące interpretacje są tylko i wyłącznie wymysłem religii, gdyż spętanych strachem łatwiej kontrolować, łatwiej trzymać w niewoli i… łatwiej doić z nich pieniądze.

Kiedy dzisiaj widzę wersety, które wywoływały u mnie dosłownie ciarki na plecach, z jednej strony mam ochotę się śmiać z własnej naiwności, z drugiej jednak nie do śmiechu mi gdyż pamiętam, ile autentycznego cierpienia we mnie wywołały, i wiem, że w wielu ludziach wywołują wciąż.

Artykuł ten miał być początkowo tylko o tytułowym Hbr 12:14. Dostaję pytania od czytelników bloga i ten werset, z prośbą o wytłumaczenie, o co w nim chodzi, pojawia się w nich dość często. Mógłbym to zrobić w kilku zdaniach, jednak jak wyżej opisałem, mnie samemu kiedyś takie wytłumaczenia na niewiele się zdawały. Podczas emailowych konwersacji, jeśli wyjaśnię komuś jeden werset, w następnym emailu z reguły dostaję kilka następnych, i nierzadko kręcimy się w kółko.

Jak przestać bać się Biblii?

Istnieje kilka podstawowych zasad, po zrozumieniu których nawet jeśli zobaczymy jakiś podejrzanie wyglądający fragment Biblii, przyznamy najwyżej, że go nie rozumiemy, ale nie będzie spędzał nam on snu z powiek!

Najważniejszą kwestią do rozważenia jest odpowiedź na pytanie…

Czy Bóg rzeczywiście jest miłością?

Jeżeli tak, to według Rz 13:10 „miłość nie wyrządza zła bliźniemu” i niczego złego z rąk Boga obawiać się nie musimy – tak samo, jak nie musi niczego złego z naszej ręki obawiać się dziecko, które naprawdę kochamy.

Nie musimy się zatem bać wiecznego ognia, tortur, czyścca, sądu – bo jeśli Bóg jest miłością, to miłość tylko od Niego otrzymamy.

Kiedy naprawdę  w to uwierzymy, i pamiętać również będziemy o trudnościach w tłumaczeniu i interpretacji Biblii, bez problemu już zaakceptujemy fakt, iż Biblia rzeczywiście jest, jak czasami się ją określa, „listem miłosnym Boga do ludzi”, i jeśli po przeczytaniu jakiegoś fragmentu wydaje nam się że tak nie jest, to wiemy, że…

…tak nam się tylko wydaje.

Kiedy dzisiaj spoglądam na wersety, których się kiedyś bałem, widzę, że prawie wszystkie one mają następujące cechy wspólne:

  1. Nigdy ich nie analizowałem, słowo po słowie, tak naprawdę ich zatem nie znałem, znałem tylko ich interpretację.
  2. Zupełnie nie znałem ich kontekstu bezpośredniego, czyli kilku, kilkunastu wersetów występujących przed i po wersecie/fragmencie będącym meritum sprawy
  3. Nie zdawałem sobie sprawy, jak sprzeczna z logiką jest interpretacja, którą nauczyła mnie religia.

I świetnym przykładem będzie tutaj właśnie Hbr 12:14.

Przyjrzyjmy się tekstowi:

Starajcie się o pokój ze wszystkimi i o uświęcenie, bez którego nikt nie zobaczy Pana. (Hbr 12:14)

Jest to werset, który spędza sen z oczu wielkiej liczbie chrześcijan – wystarczy przejrzeć fora dyskusyjne by zobaczyć, jak często się pojawia.

Jego interpretacja religijna jest następująca:

„Starajcie się z całych sił nie grzeszyć, bo jak nie będziecie, to nigdy Boga nie zobaczycie i skończycie w piekle”.

„Uświęcenie” bowiem oznacza, w rozumieniu większości chrześcijan, zwłaszcza tych, którzy Biblię uważają za jedyne w pełni wiarygodne źródło objawienia, proces „upodabniania się do Chrystusa”, a z Biblii wynika, iż Chrystus był podobny do nas w 100% – z wyjątkiem grzechu.

Kiedy jednak przyjrzymy się tekstowi w taki sposób, jak gdybyśmy widzieli go po raz pierwszy, co widzimy?

Widzimy dwa terminy, które mogą do końca nie wydawać się jasne:

– co to znaczy dążyć do uświęcenia?

– co to znaczy zobaczyć Pana?

I trzecia kwestia, która wynika z tych dwóch – czymkolwiek uświęcenie jest, jaki jest procent wypełnienia jest niezbędny, aby zobaczyć Pana? 100%? 90%? 10%?

I jak to ma się też do licznych wersetów, w których uświęcenie przedstawiane jest jako rzecz skończona, dokonana – przykładowo 1Kor 6:11?

Dzisiaj już umiem stawiać takie pytania, kiedyś nie przychodziły nawet mi do głowy. Wydają się głupie? Nie upierałbym się za cenę życia że powiedzonko „nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi” jest zawsze prawdziwe, w tej sytuacji jednak myślę, że ma świetne zastosowanie!

Gdyby ktoś mi dzisiał pokazał Hbr 12:14 i powiedział, że on mnie przestrzega przez utratą zbawienia, jeśli się nie uświęcę, spytałbym od razu: czy aby zobaczyć Pana wymagane jest 100% uświęcenie? Bezgrzeszność? I tutaj prawie zawsze usłyszę „nie” więc będę dalej ciągnąć – więc ile? Czy może samo dążenie już się liczy? I może upodobnienie się do Chrystusa w 0.001% – uniknięcię jakiegoś jednego grzeszku – już wystarczy?

A jeśli nie to… proszę pokazać mi, który fragment Biblii mi to wyjaśnia, bo ten najwyraźniej NIE! Czy mam uwierzyć, że w tak istotnej kwestii, jak moje zbawienie, Biblia pozostałaby niejasna?

Ktoś powie, że się czepiam. Że przesadnie analizuję każde słowo i celowo staram się nie widzieć jasnego przesłania, który werset głosi. Moim jednak zdaniem niełatwo znaleźć jakąkolwiek wypowiedź, która będzie jednakowo jasna dla wszystkich.

Pomyślmy przez chwilę:

Jaka jest najlepsza forma komunikacji?

Jeżeli myślisz „słowa”, pomyśl jeszcze raz.

Wyobraź sobie, że widzisz po raz pierwszy w życiu jakąś osobę.

Chcesz ją przekonać, że ją kochasz.

Czy po prostu pójdziesz do niej i powiesz „kocham cię”?

No tak, ona cię nie zna i spojrzy na ciebie jak na wariata. Załóżmy więc, że jakoś ją zapoznasz, spędzicie kilka godzin na miłych rozmowach przy kawie i wtedy jej powiesz, że ją kochasz.

Uwierzy ci?

Załóżmy jednak – z nutą szaleństwa – że osoba ta ci uwierzyła!

Jak jednak dokładnie zrozumie twoje stwierdzenie?

Czy „kocham cię” oznacza „kocham cię jak bliźniego i zrobię wszystko dla twojego dobra”?

Czy może „zakochałem się w tobie i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie?”

Więcej przykładów podałbym gdybym pisał ten artykuł po angielsku, bo „I love you” może jeszcze mieć o wiele więcej znaczeń; przykładowo czasami oznacza zwykłe „lubię cię”, a czasem jest żartem, który można przetłumaczyć jako „jesteś niemożliwy”.

Słowa nie są idealną formą komunikacji.

Słowom można uwierzyć, można je też odrzucić. Słowa można zinterpretować na mnóstwo różnych sposobów, czego dowodem jest chociażby jedna Biblia i kilkaset chrześcijańskich denominacji, nie licząc sekt, z których każda rozumie jej słowa w nieco odmienny sposób.

A czy w obrębie jednego Kościoła wszyscy członkowie rozumieją Biblię w dokładnie taki sam sposób? Ha ha! Dobry żart. Prowadziłem kilka lat grupy biblijne – i na ogół wszyscy uczestnicy chodzili do tego samego kościoła – i po tym doświadczeniu mogę stwierdzić, że trudno wręcz znaleźć doktrynę, którą wszyscy rozumieją tak samo.

Kolejny aspekt komunikacji:

Czy wierzysz, że Bóg komunikuje się z każdym człowiekiem, czy tylko z wybranymi?

Wydaje mi się, że wierzenie, iż Bóg przemawia tylko do nielicznych, jest łatwym sposobem na zrzucenie odpowiedzialności z siebie. „Nie jestem wybrany, Bóg mi nic nie powiedział, więc nic nie wiem”.

Większość ludzi, którzy określają się jako wierzący, uważają dzisiaj jednak, że Bóg komunikuje się z każdym. Różni ludzie określą to na różne sposoby – kontakt bezpośredni, poprzez myśli, doświadczenia lub uczucia. Głos Boży nazwą Duchem Świętym, albo też intuicją, duszą lub sercem.. Popatrzmy teraz jednak, ile na przestrzeni historii człowieka było sytuacji, kiedy Bóg bezpośrednio, przy użyciu zwykłej rozmowy, komunikował się z ludźmi?

Chrześcijanie wymienią Adama i Ewę, patriarachów, proroków, apostołów, i może to wydać się sporo, ale patrząc na wszystkie tysiące lat historii człowieka dojdziemy zaraz do wniosku, że tę formę komunikacji – rozmowy przy pomocy słów – Bóg wybierał wyjątkowo rzadko. Nawet jedna na milion żyjących ludzi Boga ani nie widziała, ani nie słyszała.

Czy to nie sugeruje, iż Bóg nie sądzi, iż słowa są idealnym sposobem komunikacji? Często jednak są jedynym, jaki mamy – i autor Listu do Hebrajczyków uznał, że ten sposób będzie najlepszym z dostępnych.

Pamiętajmy tylko, iż dojście od „co autor chciał przekazać Hebrajczykom” do „co Bóg chce przekazać mnie dzisiaj” może być o wiele mniej oczywiste i bardziej zawiłe, niż się wydaje.

No dobrze. Spójrzmy na kontekst omawianego wersetu. Wpierw kontekst bezpośredni. Co widzimy?

Cały rozdział 12 to jakaś przestroga. Ale przed czym? Zaczyna się on tymi słowami:

I my zatem mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków, odłożywszy wszelki ciężar, [a przede wszystkim] grzech, który nas łatwo zwodzi, winniśmy wytrwale biec w wyznaczonych nam zawodach. (Hbr 12:1)

Tutaj drobna uwaga – niemal zawsze, kiedy widzę coś dodanego w nawiasach kwadratowych (czyli nie występujące w tłumaczonym tekście), wyczuwam jakąś chęć przekłamania ze strony tłumaczy. W wersecie nie ma słów, które zdaniem tłumaczy być powinny, więc je dodali, abyśmy rozumieli dany fragment… tak samo jak oni!

O jakie zawody chodzi? Wyznaczone…nam? To znaczy komu? Wszystkim chrześcijanom? A może tylko adresatom Listu? Potrzebuję się więcej dowiedzieć o Liście do Hebrajczyków.

Zaglądam na jego początek, na ogół znajdziemy tam autora i adresatów. Niestety, pudło. Większość dzisiejszych badaczy Biblii stwierdza, że autorstwo tego listu jest nieznane, choć styl miejscami przypomina apostoła Pawła.  Podobieństwo to wskazywać może na kogoś z jego najbliższych współpracowników i być może List ten był pisany przez jednego z jego uczniów lub… Paweł dał go komuś do edycji. Różnica stylu między Hbr a Listami Pawła jest jednak bardzo duża. Apostoł Paweł pisze wprawdzie poprawnym językiem, na tyle dobrym, iż wielu biblistów uważa, iż greka była jego rodowitym językiem, jednak Hbr jest napisany językiem wręcz mistrzowsko komponowanym i spotkałem się z nazywaniem go najlepiej napisaną księgą Nowego Testamentu pod względem stylistycznym.

A adresaci? Nigdzie nie ma dosłownie napisane, że jest to list do Żydów (Hebrajczycy to inne określenie Żydów), jednak już pobieżna jego analiza wykazuje jasno, iż pisany był do konkretnej grupy ludzi i jego tematem była korekta konkretnej, niewłaściwej postawy, którą wykazywali. Autor często odnosi się do Starego Testamentu co pozbawione byłoby sensu gdyby pisał do jakiejkolwiek innej grupy ludzi.

Pominę tutaj ogromną więszość tego, co wiadomo na ten temat, zainteresowani na pewno znajdą odpowiednie źródła informacji, summa summarum: ten List pisany był tylko do chrześcijan pochodzenia żydowskiego, przestrzegał przed konkretnymi błędami doktrynalnymi i odnosił się do konkretnych wydarzeń, które miały się wkrótce – czyli kwestia najwyżej kilku lat – wydarzyć.

Jeżeli znajdziemy zapewnienie, iż ta informacja jest prawdziwa, jakikolwiek niepokój związany z jakimkolwiek jego fragmentem (a List ten ma tych „straszących wersetów” wyjątkowo wiele) powinien zniknąć.

Jeżeli tak się nie dzieje; jeśli wciąż niepokoi mnie, że zbyt słabe staranie spowoduje, iż nigdy nie ujrzę Boga, powinienem odłożyć wszystko co mnie na tym świecie zajmuje i zająć się tylko jedną kwestią – jaki jest naprawdę Bóg? Czy naprawdę jest miłością? Czy gniewa się na mnie za coś, czy nie? Czy Jezus wziął na siebie cały grzech, czy nie? Czy umarł za wszystkich ludzi, czy nie?

Jeżeli długo byłeś osobą religijną, najprawdopodobniej czytanie Biblii nic ci nie da – często potrzeba wielu lat aby zapomnieć o religijnej interpretacji i móc czytać Biblię bez niej.

Skąd zatem czerpać wiedzę o Bogu?

Nie musisz się tutaj (ani nigdzie indziej) bynajmniej ze mną zgadzać, ale jestem absolutnie przekonany, iż typowe dla śmierci klinicznej doświadczenia: podróżowanie tunelem, rozmowa ze świetlistą postacią, poczucie miłości, podróżowanie poza ciałem – są prawdziwe i zostały naukowo udowodnione. Oczywiście mnóstwo naukowców utożsamia Boga z religią i po tym, jak nauka była przez religię tępiona przez całą historię – co dzieje się do dzisiaj – są a priori ateistami – i wyśmiewają bez czytania jakiekolwiek próby naukowego podchodzenia do tematu istnienia Boga lub świadomości po śmierci ciała. Również znakomita większość chrześcijan albo odrzuca prawdziwość tych doświadczeń i przypisuje je halucynacjom, albo uważa je za dzieła szatana – no, ale nic dziwnego – jeżeli wszystkim pokazuje się Bóg, który akceptuje nas bezwarunkowo i nie straszy piekłem, to na pewno nie jest to prawdziwe 🙂

Mam nadzieję, że udało mi się przekazać moje najważniejsze przesłanie tego artykułu: jeżeli boisz się wersetów, to boisz się Boga, bo w wersetach nigdy nie ma nic, co miało straszyć ludzi tysiące lat później. Poznaj Boga miłości – i nauczysz się czytać Biblię jako list miłosny skierowany do nas.

Analizowanie wszystkich strasznych wersetów nie ma sensu.

No tak, ale może dokończymy choćby analizę chociaż tego wersetu z tytułu? 🙂

Przyznam się, że nie rozumiałem wielu tekstów Nowego Testamentu nawet długo po tym, jak uwolniłem się z religijnego strachu. Moja perspektywa była już inna, nie przejmowałem się tym zbytnio, ale po prostu lubię wiedzieć, i jak czegoś nie wiem, to…………nie lubię tego 🙂 Nie miałem jednak pomysłu, jak pogodzić fakt, iż Nowy Testament zawiera sporo zapowiedzi ponownego przyjścia Chrystusa, ale stawia je nie w przyszłości – nie tej odległej o tysiące lat, ale w bardzo bliskiej. Przyjmowałem kiedyś, jak większość Biblistów, iż apostołowie się mylili… ale w takim razie żadne ich słowo nie mogłoby być przyjęte z pewnością, czyż nie?

Pozwólcie, że podzielę się z Wami pewnym odkryciem, którego nie będę szerzej omawiał bo temat to na całą kolejną witrynę, ale może stanowić wstęp do ciekawych badań.

Pamiętacie zapewne ten werset:

Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. (Łk 21:27)

Jest też w Biblii kilka innych miejsc zapowiadających to wydarzenie.

A teraz spójrzmy na relację Józefa Flawiusza (żył w latach 37 – ok. 100), który był historykiem, i bynajmniej nie chrześcijaninem. Fragment ten pochodzi z książki „Wojna żydowska” opisującej losy Żydów od II wieku p.n.e. do końca wojny z Rzymem, której jednym z najbardziej przełomowych wydarzeń było oblężenie i zniszczenie Jerozolimy – które moim zdaniem niemal idealnie pasuje do aramejskiego określenia Gehenna, i przed którym wielokrotnie przestrzegał Jezus.

Relacja Józefa Flawiusza:

I znów w niewiele dni po święcie dwudziestego pierwszego dnia miesiąca Artemizjos zauważono nieziemskie i niewiarygodne zjawisko. To, o czym będę mówił, mogłoby wyglądać, wydaje mi się, na jakąś bajkę, gdyby nie wyszło z ust naocznych świadków i gdyby nieszczęścia, które potem nastąpiły, nie zgadzały się z tymi znakami. Otóż przed zachodem słońca w całym kraju pokazały się w powietrzu wozy i uzbrojone hufce wojska, które pędziły przez obłoki i otaczały miasto. („Wojna żydowska”, Księga VI, rozdział 5., 16 (123))

Hmmm.. obłoki?

Czy był na nich też Jezus?

Życzę owocnych poszukiwań i pokoju w sercu!

I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni (1Kor 15:22)

Ostatnia edycja: 22 marca 2019

Królestwo Boże – jak je odziedziczyć?

W Nowym Testamencie znajdziemy sporo fragmentów mówiących o dziedziczeniu – lub niemożliwości dziedziczenia – Królestwa Niebieskiego. Słyszałem je często w kościołach w czasie niedzielnych kazań, i zawsze przejmowały mnie większym lub mniejszym strachem. „Dziedziczenie Królestwa” uważałem bowiem, bez cienia wątpliwości, za to samo co „pójście do nieba” po śmierci, a zatem utratą tego dziedzictwa byłoby pójście do piekła, które niezależnie jakby wyglądało – czy to jezioro z płonącą siarką czy też tylko miejsce ponurego, wiekuistego odosobnienia – przerażało mnie bez granic.

Owszem, wszystkie Kościoły oferowały mi jakieś sposoby, które – z mniejszym lub większym (w zależności od Kościoła) prawdopodobnieństem miały mi zapewnić, że jednak to Królestwo odziedziczę – we wszystkich tych sposobach jednak widziałem coś przeczącego logice.

W Kościele katolickim uczony przykładowo byłem iż każdy grzech ciężki – którym były „drobnostki” typu dobrowolne opuszczenie niedzielnej Mszy – sprawi, iż pójdę do piekła. Marnie widziałem tam zatem moje szanse, oceniałbym je może na 50% gdybym bardzo się całe życie starał, ale że się niespecjalnie starałem, to liczyłem tak z grubsza na 20%.
Kościół baptystyczny – i ogólnie niemal cała teologia ewangelikalna – miały już dla mnie niby 100% pewności, ale i tak widziałem tam logiczne niespójności. „Uwierz, a będziesz zbawiony” – mówili, a ja dopytywałem, jak rozpoznać wiarę prawdziwą od fałszywej? Bo przecież może się łudziłem, że miałem tę dobrą wiarę, a wcale jej nie miałem? Albo co się stanie, jak na chwilę przestanę wierzyć, i mi się… umrze? I zwolennicy, i przeciwnicy teorii utracalności zbawienia mają mnóstwo rzeczowo wyglądających argumentów!

Próbowałem szukać odpowiedzi w dyskusjach na żywo i w Internecie, niestety – okazało się, że przy pytaniach tego typu chrześcijanie toczą zażarte boje i po zaznajomieniu się z kilkunastoma zupełnie różniącymi się opiniami zacząłem trochę wątpić, czy odpowiedzi w ogóle istnieją, czy może istnieje tylko mnóstwo hipotez.

Dzisiaj już jednak wiem, dlaczego chrześcijaństwo nie ma spójnej odpowiedzi na pytanie o pewny sposób odziedziczenia Królestwa Bożego!

Na to pytanie dopiero można odpowiedzieć, kiedy je się zrozumie, a chrześcijaństwo go, niestety, nie rozumie.

Zajrzyjmy do Biblii.

Wyrażenie „Królestwo Boże” występuje w Biblii 68 razy, natomiast w Ewangelii Mateusza 32 razy występuje określenie „Królestwo Niebieskie” (to od nieba, nie koloru). Niektóre opcje teologiczne utrzymują, iż Królestwo Boże i Niebieskie to coś innego, jednak choćby porównanie Mt 19:23 do Mt 19:24 pokazuje, iż są to synonimy:

Jezus zaś rzekł do uczniów swoich: Zaprawdę powiadam wam, że bogacz z trudnością wejdzie do Królestwa Niebios. A nadto powiadam wam: Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego. (Mt 19:23-24) (BW)

(użyłem tutaj Biblii Warszawskiej gdyż BT robi lekkie przekłamanie i oba razy używa terminu „Królestwo Niebieskie” – przekłamanie zapewne mało istotne, gdyż tłumaczone oba greckie słowa są tu synonimami, ale chciałem uprzedzić zdziwienie, jeśli ktoś sięgnie do Tysiąclatki).

Terminu „Królestwo Niebios” używał wyłącznie Mateusz, i najbardziej wiarygodnym wytłumaczeniem tego jest moim zdaniem teza, iż Mateusz pisał głównie dla ortodoksyjnych Żydów, którzy dla okazania czczi unikali używania słowa „Bóg”. Niezależnie jednak od przyczyny – Królestwo Boże i Królestwo Niebieskie są niewątpliwie synonimami.

Mamy zatem równo 100 przykładów użycia terminu Królestwo Boże/Niebieskie (KB), przy takiej ilości tekstów można chyba bez żadnych wątpliwości ustalić, czym to KB jest, czyż nie?

No cóż… nie jest to takie proste.

Kościoły chrześcijańskie zapewne byłyby szczęśliwe, gdyby w Biblii znajdowała się jakakolwiek definicja KB, na przykład taka:

„KB to miejsce w niebie, gdzie trafi każdy zbawiony człowiek”.

Niestety, takiej definicji w Biblii nigdzie nie znajdziemy. W ogóle w Biblii jest bardzo mało definicji! A jednak można powiedzieć…. w przypadku KB wyjątkowo mamy szczęście! Otóż KB jest w Bibli zdefiniowane! Tylko… cóż, okazuje się, że nie ma ona wiele wspólnego z tym, co tłumaczy na temat KB nam religia:

Bo królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym. (Rz 14:17)

Możemy otworzyć oczy w wyrazie szczerego zdumienia, gdyż apostoł Paweł wydaje się w nim pisać, iż Królestwo Boże to stan umysłu, nie zaś konkretne miejsce.

Żeby jeszcze podnieść stopień tajemniczości tematu, spójrzmy na ten werset:

Zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, [Jezus] odpowiedział im: Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: Oto tu jest albo: Tam. Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest. (Łk 17:20-21)

Czy zatem KB to pewien stan duchowy, który demonstrował ludziom Jezus? Jeżeli tak, Izrael oczekiwał czegoś zupełnie innego.

Niezniszczalne Królestwo obiecane było Izraelowi od zarania jego dziejów, i obietnica jego nastania jest na kartach Biblii często powtarzana. Czy miało to być od początku królestwo panujące tylko w umyśle, czy też rzeczywiście Izrael miał wrócić do dawnej potężnej świetności? Odpowiedź na te pytanie moim zdaniem nie ma kluczowego już dzisiaj znaczenia i można znaleźć wiele argumentów po obu stronach. Pewne jest to, że Izrael niecierpliwie oczekiwał na wyzwolenie spod panowania Rzymu, a nastanie wspaniałego i potężnego królestwa niewątpliwie pięknie by z tym współgrało.

Jedno z najlepiej znanych proroctw pochodzi z Księgi Daniela:

W czasach tych królów Bóg Nieba wzbudzi królestwo, które nigdy nie ulegnie zniszczeniu. Jego władza nie przejdzie na żaden inny naród. Zetrze i zniweczy ono wszystkie te królestwa, samo zaś będzie trwało na zawsze (Dn 2:44)

Czy Daniel prorokował o stanie człowieka po śmierci czy o losach Izraela na ziemi? Zachęcam do przeczytania kontesktu Księgi Daniela, aby stało się bezdyskusyjnie jasne – ani słowa tu nie ma o życiu wiecznym, o karze czy nagrodzie, która ma jakoby czekać na każdego człowieka po śmierci. Stary Testament w ogóle nie zajmuje się życiem pozagrobowym – jest dosłownie kilka zdań które można odnieść do „życia po życiu”, a i o one toczone są spory wśród egzegetów różnych opcji teologicznych.

Tak! Dzisiaj wydaje mi się to proste i oczywiste, ale wiele lat nie byłem zupełnie tego świadomy… Stary Testament milczy na temat losów człowieka po śmierci! Dorastamy w przekonaniu, iż Boże przykazania są po to, byśmy dostali się po śmierci do nieba, ale jak to się ma do rzeczywistego przesłania Biblii?

A teraz, Izraelu, słuchaj praw i nakazów, które uczę was wypełniać, abyście żyli i doszli do posiadania ziemi, którą wam daje Pan, Bóg waszych ojców (Pwt 4:1)

W ani jednym miejscu Starego Testamentu wypełnienianie przykazań nie ma nic wspólnego z życiem wiecznym! Mało tego, przykazania są rzadko rozpatrywane w kontekście indywidualnych ludzi! Kiedy dzisiaj słyszymy „nie będziesz zabijał”, na ogół myślimy o akcie zabójstwa którego dokonuje jakiś człowiek, i o karze, która później może za to grozić, a którą Bóg na tego człowieka ześle. Dekalog i pozostałe 600 przykazań Zakonu było jednak umową między Bogiem a narodem Izraela – i chociaż oczywiście jednostki były również karane i wiele przykazań ich dotyczy, główny nacisk zawsze położony był nie na posłuszeństwo jednostek, ale całego narodu.

Można to dzisiaj nazwać odpowiedzialnością zbiorową – jeżeli jednostki dopuszczały się niegodziwości, ale były w mniejszości, i większość Izraela je potępiało, cały naród wciąż doświadczał powodzenia.

Widać, jak rzeczywiste znaczenie pewnych pojęć w Biblii jest zupełnie odmienne od tego, jak odczytuje je chrześcijaństwo!

I teraz robi się jeszcze ciekawiej. O ile sam przez wiele lat mojego chrześcijaństwa byłem świadomy, iż Stary Testament niewiele o życiu wiecznym mówi, byłem przekonany, iż sprawa ma się zupełnie inaczej w Nowym Testamencie.

Myliłem się.

W NT owszem, kwestia życia po śmierci pojawia się, jednak wciąż – niezależnie od tego, jak mało wiarygodne ci się to może wydawać – marginalnie.

Naprawdę???

Zapytajmy na chwilkę – po co dokładnie przyszedł na ziemię Jezus?

Czy po to, by przestrzec ludzi przed grzeszeniem, które zawiedzie ich do piekła, i zachęcić do nawrócenia się, które im da zbawienie i pójście do nieba?

Mniej więcej połowa tego zdania jest prawdziwa.

Popatrzmy na ten werset:

jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie.. ( Łk 13:3b)

Czy znaczy on „jeśli się nie odwrócicie od swoich grzechów, pójdziecie do piekła”?
Popatrzmy na kontekst:

W tym samym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. (Łk 13:1-3)

Galilejczycy nie poszli do piekła! ZGINĘLI! Stracili życie! Nie wieczne, a ziemskie!
Warto przy okazji przyjrzeć się wyrażeniu „nawrócić się”. W wielu starszych wydaniach Biblii zamiast „nawrócić się” jest „pokutować”, i obiegowa opinia panuje taka, iż ma to coś wspólnego z umartwianiem się za grzechy lub przynajmniej totalnym odwróceniem się od nic. Nic takiego! Grecki czasownik „metanoeo” pochodzi od słów „meta” – zmienić i „noieo” – myśleć”. Nawrócenie oznacza zmianę myślenia i może za sobą pociągać zmiany w zachowaniu, ale nie musi. Zarówno ludzie, którzy już „zmienili myślenie” jak i ci, którzy tego nie zrobili, wciąż popełniają błędy!

Tak, błędy, nie „grzechy”, gdyż choć słowo „grzech” jest jednym z najbardziej ulubionych i najczęściej w teologii chrześcijańskiej używanych, w Biblii prawie nigdy nie oznacza tego, co dzisiaj. Nowy Testament podaje przykład jednego głównego grzechu, przy którym inne bledną:

Jednakże mówię wam prawdę: Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeżeli nie odejdę, Pocieszyciel nie przyjdzie do was. A jeżeli odejdę, poślę Go do was. On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu – bo nie wierzą we Mnie. (J 16:7-9)

W Starym Testamencie Żydzi dzielili świat na dwie części: Żydów i grzeszników. Jezus i apostołowie proponują inny podział – na tych, co wierzą w Jezusa, i na grzeszników. A i to jest tymczasowe i apostoł Paweł wkrótce ogłosi koniec wszelkich podziałów.

Jezus przestrzega wielokrotnie przed zagładą – ale nie po śmierci, w piekle!

Skoro ujrzycie Jerozolimę otoczoną przez wojska, wtedy wiedzcie, że jej spustoszenie jest bliskie. (Łk 21:20)

Jezus przestrzega przed straszną zagładą narodu żydowskiego – w roku 70 Rzymianie otoczą Jerozolimę i po trwającym kilka miesięcy oblężeniu, wtargną do miasta, paląc wszystko, co widzą i mordując niemal całą ludność. Według różnych przekazów, zginie wtedy od kilkuset tysięcy do ponad miliona Żydów!

Jezus przyszedł z ofertą Królestwa Bożego, a później zaczął przestrzegać przed tragedią mającą spaść na Izrael, a jaka była odpowiedź Izraela?

Odrzucenie i zamordowanie Jezusa.

O dziwo, to jeszcze nie przekreśliło oferty, i apostołowie wciąż ją kierowali do Żydów, jednak po wyśmianiu Piotra (Dz 2) i zamordowaniu Szczepana (Dz 7), zaprzestali.

* * *

Podsumujmy te przedziwne i stojące w totalnej opozycji do chrześcijaństwa wnioski:

KB było obiecane w Starym Testamencie narodowi Izraela i miało być królestwem ziemskim, nie niebiańskim.

Termin KB pojawia się jednak również nie raz w Nowym Testamencie w innym znaczeniu – duchowego, wewnętrznego stanu ducha.

Jezus oferował Żydom (Żydom! Nie Polakom, nie Amerykanom, tylko Żydom!) KB w aspekcie przede wszystkim duchowym, Żydzi zaś byli głównie zainteresowani byli aspektem militarnym, pobiciem ciemieżców i panowaniem nad nimi.

W temacie zatem autentycznego ziemskiego królestwa wszystko wskazuje na to, że temat jest już nieaktualny. Nikogo dzisiaj już nie dotyczy. Dotyczył tylko Żydów, i to tylko żyjących w tamtych czasach.

A co z definicją Pawła? „Sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym” to niewątpliwie coś, czym byśmy nie pogardzili! Kto jednak do KB jeszcze nie trafił, nie będzie się smażył w piekle, a po prostu… będzie pozbawiony sprawiedliwości, pokoju i radości! Tu, za życia ziemskiego, nie po śmierci!

Nie upieram się bynajmniej, że mam w czymkolwiek rację – będę się jednak upierać, że udało mi się postawić kilka pytań, na które chrześcijaństwo nie zna odpowiedzi, i które obnaża brak logiki chrześcijańskiej doktryny. Końcowe przesłanie Biblii jest oczywiste – Bóg pojednał ze sobą wszystkich ludzi (Rz 5:18, 2 Kor 5:19 i wiele innych). Oczywiście, zawsze można znaleźć kilka wersetów, których nie rozumiemy! Ale jeżeli przygniatająca ich większość jest łatwa w zrozumieniu, dlaczego mamy się skupiać na tych najtrudniejszych? Czy tylko dlatego, że chce tego religia, gdyż ludzie przekonani o miłości i akceptacji Bożej nie będą odczuwali przymusu biegania do kościoła i wypełniania jego kasy brzęczącą monetą?

Najwspanialsze dla mnie w tym wszystkim jest to, że niezależnie od tego, ile błędów popełniam w moim rozumowaniu dotyczącym KB, i niezależnie od tego, ile niejasnych fragmentów w Biblii znajdę, nie muszę się niczym przejmować, gdyż przesłanie o wspaniałej i nieskończonej Bożej miłości jest w Biblii przedstawione nadzwyczaj jasno! Trudno mi wręcz uwierzyć, że przez tyle lat wierzyłem, iż Bóg może ludzi karać tylko dlatego, że nie wierzą lub nie rozumieją jakichś zawiłych prawd wiary!

Co wybierasz? „Wiarę ojców”, życie w więzach religii, przepełnione lękiem przed nieznanym końcem, czy… wybierzesz samodzielnie – wybierzesz prawdziwe dzisiaj i osiągalne dla każdego Królestwo Boże – sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym?

(Ostatnia edycja – 21 maja 2020)

Z łaski przez wiarę

Dlaczego wierzysz w Boga?

Bóg

Zastanawiasz się nad poprawną odpowiedzią? Ładnie by brzmiało „odpowiadam miłością na niezmierzoną miłość Bożą” albo „niewiara jest głupotą”, ale jeśli się głębiej zastanowisz i zechcesz podać odpowiedź szczerą, zamiast poprawnej, to bardzo prawdopodobne jest, że będzie ona brzmiała tak: bo chcę iść do nieba. Chcę być zbawiony.

W przekonaniu większości chrześcijan niewiara jest niemal pewnym biletem do piekła.

Przez pierwszą połowę mojego życia moja religijność była dość typowa dla mieszkańca Polski, i wierzyłem dość mocno w to, co głosiłem. Druga z „Głównych prawd wiary”, których mnie nauczono, brzmiała: „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”.

Judge holding gavel in courtroom

Ta druga część tego twierdzenia mnie przerażała, jako że miałem wyćwiczone przez religię sumienie, aby zło widzieć w niemal każdym swoim zachowaniu. Zacząłem kwestionować i inne dogmaty, i po pewnym czasie trafiłem do innego chrześcijańskiego wyznania religijnego.
Tam kładziono bardzo mocny nacisk na Biblię i – jednym z najczęściej cytowanych jej wersetów był następujący:

Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga (Efezjan 2:8)

Bardzo częstym tematem rozmów było to, że większa część chrześcijaństwa jest zwiedziona i myśli, że Bóg zbawia ludzi dzięki ich uczynkom, ale my wiemy lepiej, nam została objawiona prawda, iż dzieje się to przez wiarę.

Powinienem zatem odetchnąć z ulgą. Wcześniej bałem się, że Bóg mnie nie przyjmie do nieba, ale teraz już nie musiałem się obawiać, bo miałem wiarę.

Ulga była chwilowa.

Zacząłem analizować.

Po pierwsze, skąd wiadomo, że mam prawdziwą wiarę? Może się oszukuję? Często moim znajomi chrześcijanie potrafili kwestionować czyjąś wiarę tylko dlatego, że ktoś w jakiś widoczny sposób „grzeszył”. Wielu mówiło, iż prawdziwie wierząca osoba nie będzie na stałe uwiązana grzechem. Tutaj padały takie fragmenty jak „kto się z Boga narodził, nie grzeszy” (1 J 3:9), „ci, którzy te rzeczy czynią, Królestwa Bożego nie odziedziczą” (Gal 4:21) lub „wiara bez uczynków jest martwa” (Jk 2:26).

Po drugie – jestem zbawiony przez wiarę, ale co się stanie, jeśli wiarę utracę? Jeżeli wiara mnie zbawia, czyż jej brak mnie nie potępi? Co prawda większa część znanych mi chrześcijan wierzyłą w nieutracalność zbawienia („raz zbawiony, na zawsze zbawiony”), przytaczając przykładowo Ef 1:13 mówiący o tym że wierzący są „zapieczętowani Duchem Świętym”, to byli też jej przeciwnicy, również posiadający pewną ilość wersetów biblijnych na obronę swojej tezy (przykładowo Hbr 6:4-8).

Kiedy dokładniej zagłębiłem się w temacie wiary, okazało się nagle, że istnieje mnóstwo wzajemnie wykluczających się poglądów, i często wewnątrz jednego wyznania istniało kilka odmiennych nurtów teologicznych. Zawsze można wybrać sobie ten, który najbardziej będzie odpowiadał… ale czy myślącemu człowiekowi zapewni to pokój w sercu? Czy myśl „a co, jeśli się mylę”, nie będzie powracać? Wszak o wieczność tutaj chodzi!

Moje oczy zaczęły się otwierać, a przełom nastąpił wtedy, kiedy moja uwaga została zwrócona na jeden bardzo interesujący fakt.

Istnieje spora grupa ludzi w chrześijaństwie lubujących sie w osądzaniu innych, poddając w wątpliwość ich wiarę i bycie zbawionym. Jednym z najczęściej przytaczanych przez nich fragmentów jest 2 rozdział Listu Jakuba.

Wyżej cytowałem z tego Listu 2:26: „wiara bez uczynków jest martwa”. Najczęściej, gdy słyszałem ten werset, wstępował we mnie strach, nie zadałem sobie jednak trudu zajrzenia do Biblii i przeczytania szerszego kontekstu.

A w rozdziale tym znajdujemy następujące słowa:

Czy Abraham, ojciec nasz, nie z powodu uczynków został usprawiedliwiony, kiedy złożył syna Izaaka na ołtarzu ofiarnym? Widzisz, że wiara współdziała z jego uczynkami i przez uczynki stała się doskonała. (Jk 2:21-22).

O tym, że Abraham został usprawiedliwiony przez Boga, pierwszy raz czytamy w Rdz 15:6. Między tym wydarzeniem a historią z Izaakiem upłynęło około 20 lat. Czy zatem jeden dobry uczynek przez 20 lat wystarczy, abyśmy mieli udowodnioną wiarę? Mogłem się osobiście wykazać o wiele lepszymi liczbami! Sporo znanych mi chrześcijan twierdziło jednak, oczywiście „na podstawie Biblii”, że dobre uczynki zupełnie nie miały znaczenia, jeśli człowiek był uwiązany jakmikolwiek grzechem. Paliłem papierosy – to przecież ciężki grzech – i nawet milion dobrych uczynków nic miał nie znaczyć, podczas gdy Abraham jednym czynem po 20 latach udowodnił wiarę? Gdzie tu logika?

Wkrótce poświęcę osobny artykuł pozornym sprzecznościom między Jakubem i Pawłem, na razie tylko zwrócę uwagę na jeden fakt:

KONTEKST

2. rozdział Listu Jakuba nie mówi nic ani o niebie ani o piekle, ani w ogóle o tym, co będzie po śmierci. Mówi o niesprawiedliwości między braćmi w zgromadzeniu wiernych. Jedną z najważniejszych zasad czytania Listów jest „czytanie akapitami”, to znaczy uznajemy, iż akapity – fragmenty tekstu – są spójnie logiczne – i nie zachodzi sytuacja, iż dany akapit jest na jeden temat, a jeden wyrwany z niego werset lub jego urywek – na drugi. Pamiętajmy, oryginalnie Listy nie były pisane w celu analizy ich poszczególnych słów, ale odczytywano je jednokrotnie całemu zgromadzeniu. Jakub opisywał sytuację między członkami jednego lokalnego kościoła, nie pisał zaś jak osiągnąć zbawienie po śmierci lub jak je można utracić.

Tak samo, jak nielogiczny jest wniosek, iż jeden dobry uczynek w ciągu 20 lat udowadnia, iż człowiek został przez Boga zbawiony, tak samo w powszechnej doktrynie zbawienia przez wiarę jest mnóstwo innych przykładów braku logiki. Wymienię kilka:

1. Jeżeli Bóg jak gdyby czeka na wiarę człowieka, czy nie można powiedzieć, że wiara ta jest uczynkiem? Słyszymy „nic człowiek nie jest w stanie uczynić, aby być zbawiony, gdyż zbawia Bóg niezależnie od wysiłków człowieka, ale musisz uwierzyć”. Czyli jednak sam Bóg nie zbawia. A uwierzenie w coś, co stało się tysiące lat temu, może się okazać wcale niełatwym uczynkiem.

2. Alojzy żył 86 lat.
old_manZałożył dwie fundacje pomagające samotnym matkom, angażował sie też w akcje przeciwdziałania narkomanii. Wychował czwórkę zdrowych i radosnych dzieci, i kochał swoją żonę przez całe 53 lata małżeństwa. Jako dziecko był molestowany przez dwóch księży, w wyniku czego postanowił zostać ateistą i postanowienia tego trzymał się po ostatnie tchnienie.

Józef żył 42 lata.
bad_manNigdy nie pracował zawodowo, poznane towarzystwo od dziecka nauczyło go kraść i włamywać się rabunkowo do mieszkań. Lubił pić alkohol, chociaż po nim stawał się agresywny, i nie raz bił do utraty przytomności towarzyszy biesiad, zwłaszcza kobiety. Aresztowany w wieku 40 lat za molestowanie małoletniej, przesiedział 2 lata w więzieniu, gdzie umarł nagle na atak serca. Tak się jednak szczęśliwie skłąda, że miesiąc przed śmiercią, Józefa odwiedził duchowny, który przedstawił mu prawdy wiary i zapewnił o istnieniu Boga ofiarującego przebaczenie wszystkim wierzącym. Przerażony perspektywą piekła Józef postanowił uwierzyć w Boga.

I teraz będzie wiecznie radował się w niebiesiech, podczas gdy nieszczęsny Alojzy smażyć się będzie w ogniu piekielnym. Nie miał szczęścia odwiedzin wystarczająco przekonującego pastora.

3. Jeżeli wiara zbawia, dlaczego muszę uwierzyć, zanim umrę? Czy wiara po śmierci nie zadziała? Biblia przecież ani temu nie zaprzecza, ani nie potwierdza.

4. Dlaczego w Biblii nigdzie nie ma definicji zbawczej wiary i wskazówek, jak odróżnić ją od nie-zbawczej? Czy wiara w Allacha zbawia? W Matkę Ziemię? Większość chrześcijan powie, że niezbędna jest wiara w Chrystusa. Czy zatem Świadkowie Jehowy są zbawieni? A co z kimś, co powie, że wierzy w Jezusa ale nie interesuje go, co Jezus nauczał? Jeśli dokładniej się przyjrzymy okaże się, że  każda denominacja chrześcijańska ma swoją definicję wiary. Czy to jest logiczne, że najważniejsza podobno sprawa dla naszego życia wiecznego jest w Biblii opisywana tak niejednoznacznie?

5. Mnóstwo ludzi ma okresy wiary i okresy niewiary. Co z nimi? Czy ich życie wieczne zależy od losowego zdarzenia – czy będą akutat wierzyć w momencie śmierci? A co z dziećmi? W chwili, gdy nagle ich rozum jest w stanie przyjąć wiarę, stają się niezbawieni, i jeśli nie zdążą przed śmiercią uwierzyć, ich wiecznością będą płomienie piekielne?

Mógłbym wiele podobnych przykładów podać, ale myślę, że te pięć wystarczy. Doktryna zbawienia przez wiarę w ujęciu dzisiejszej religii nie ma sensu. Urąga logice. Czy naprawdę fakt, iż wyznaje ją większość chrześcijan, jest dowodem na to, że jest prawdziwa? W średniowieczu większość chrześcijan uważała, że kąpiele są grzechem! Omawiana doktryna ta nie może dać ci prawdziwego pokoju, bo nigdy nie będziesz mieć pewności, czy wiara, którą masz, jest prawdziwa, pełna, i czy będzie taka sama jutro czy za 10 lat.

Chrześcijaństwo szczyci się, że głosi Dobrą Nowinę. Jak „dobra” ona jest? Musisz uwierzyć, musisz zrobić to w odpowiedni sposób, i nigdy do końca nie wiesz, czy wierzysz poprawnie, bo „demony również wierzą i drżą” (Jak 2:19), więc być może będąc osobą głęboko wierzącą i praktykującą a mimo wszystko skończyć w więcznym ogniu piekielnym! To wszystko jest bez sensu!

Sensowne są tylko dwie logiczne opcje – albo zbawcza wiara jest tak zawiła i skomplikowana, że nigdy do końca nie możemy być pewni, że ją mamy… albo Dobra Nowina jest naprawdę dobra i nie musisz się już niczego lękać!

Stawiam na drugą opcję! Zachęcam do głębokiego zastanowienia się, czy powszechna doktryna zbawienia „z łaski przez wiarę” jest naprawdę z łaski, i naprawdę przez wiarę; zachęcam również do przeczytania tych artykułów:

Darmowe zbawienie?

Pewność Zbawienia

Artykułem tym bardziej kwestionuję cokolwiek, nim wyjaśniam, zdaję sobie z tego sprawę! Zachęcam tylko – otwórz się na myślenie, otwórz się na kwestionowanie tego, co w tej chwili myślisz. Czy nie przyjemnie by było móc myśleć, że Bóg cię kocha,i myśląc to odczywać taką samą radość, jaką odczuwa małe dziecko w ramionach kochającej mamy?

Ostatnia edycja: 2016-12-19

Zagłada [z dala] od oblicza Pańskiego (II List do Tesaloniczan 1:9)

bible
Jeżeli znasz choć kilka artykułów z tego bloga wiesz, że z jednej strony uważam, iż Biblia jest praktycznie doskonale  zachowana i z każdej jej strony możemy wynieść tony pożytecznej nauki, z drugiej jednak – jej pierwotnymi adresatami nie jesteśmy my, przez co zrozumienie jej treści najczęściej nie jest absolutnie prostym zdaniem. Oprócz oczywistych przeszkód – jak chociażby przepaści kulturowej lub języka – istnieje jeszcze bardzo istotna kwestia teologiczna.

Teologowie wymyślili termin „dyspensacjonalizm”. Ma on różne odmiany, z grubsza jednak chodzi w nim o to, że historia ludzkości podzielona jest na różne „dyspensacje” – okresy czasu w których Bóg miał inne przesłanie dla ludzi i obowiązywały inne zasady „podobania się Bogu”. Wyznawcy dyspensacjonalizmu zapewne oburzyliby się na taką definicję, niemniej myślę, że trafnie go ona podsumowuje.

Dyspenascjonalizm jest bardzo logiczny. Stosujemy go przykładowo przy wychowywaniu dzieci. Nikt nie weźmie 2-latka na piwo, nie skoczy na bungee w noworodkiem ani też nie będzie z 5-latkiem dyskutował o wyższosci lewicowej opcji politycznej. Na podobnych przesłankach opiera się dyspensacjonalizm – stopniowo Bóg objawiał ludziom coraz więcej, i coraz innych rzeczy od nich wymagał. Np. podczas dyspensacji Prawa Mojżeszowego od ludzi przede wszystkim wymagane było posłuszeństwo,  a podczas obecnej dyspensacji łaski – wymagana jest wiara.

No tak, ale gdzie zatem w Biblii szukać „szczytu” objawienia? Gdzie możemy znaleźć przesłanie skierowane głównie dla nas?

W Nowym Testamencie! – pada odpowiedź, zarówno bardzo powszechna, jak i bardzo błędna.

Mało znanym jest faktem, iż Jezus głosił Królestwo Boże wyłącznie Żydom, i tak samo czynili apostołowie przez kilka lat od Jego wniebowstąpienia. Więcej na te tematy piszę tutaj. Dopiero Apostoł Paweł rozpoczął misję głoszenia Dobrej Nowiny nie-Żydom, ale nie była to ta sama Dobra Nowina, którą otrzymali wcześniej Żydzi. Sam Paweł napisał tak:

(…) zgodnie z Ewangelią i moim głoszeniem Jezusa Chrystusa, zgodnie z objawioną tajemnicą, dla dawnych wieków ukrytą, teraz jednak ujawnioną (…) (Rz 16 25b-26a)

W Listach apostoła Pawła nie znajdziemy nigdy przesłania „Nawracajcie się, bo przybliżyło się Królestwo Boże”.

Paweł przędsiębrał liczne podróże w trakcie których głosił narodom Chrystusa. Narody te  najczęściej nigdy nie słyszały o Chrystusie. Podczas trwającej dzisiaj ery informacji, gdy zdarzało mi się denerwować, bo wiadomość tekstowa z jednego kraju do drugiego szła aż 30 sekund, trudno nam to zrozumieć, ale wieści z miasta do miasta podróżowały wtedy tygodniami, czasem miesiącami, a ukrzyżywowanie i śmierć żydowskiego nauczyciela nie była bynajmniej wiadomością priorytetową.

A Biblia?

Stary Testament, owszem, był spisany i zakończony od stuleci, ale znany był wyłącznie Żydom. Ewangelie były dopiero podczas pisania i redagowania, a przypomnijmy, druku wówczas też nie było. Kopiowali teksty Biblijne najczęściej mnisi, ale bynajmniej nie kserokopiarkami – przepisanie jednej księgi trwało nierzadko miesiące i kosztowało krocie.

Ten przydługi (choć arcyciekawy, musicie przyznać 🙂 )  wstęp ma tylko jeden cel: wykazanie, iż całość niezbędnej ludziom nauki o Bogu musi znajdować się w Listach Pawła. I chociaż większość z Jego Listów jest odpowiedziami na konkretne problemy, niektóre z nich zawierają skrót całości jego nauk, jakby „przypomnienie”, czym jest Ewangelia – Dobra Nowina – w takiej formie, jaką otrzymał bezpośrednio od Jezusa Chrystusa; czym jest nauka koronująca historię zbawienia ludzkości.

Ciekawa sprawa – jeżeli porównamy teologię różnych Kościołów do tematyki Listów Pawła (podkreślam – do Listów Pawła, nie zaś ich kościelnych, często całkowicie sprzecznych z logiką i resztą Biblii, interpretacji), ze zdumieniem zauważymy, iż mnóstwo rzeczy, które dzisiaj są numerem jeden podczas wielu kazań… w Listach zupełnie nie występują. I odwrotnie, tematy poruszane przez Pawła wielokrotnie są przez religię zupełnie pomijane.

Jednym z tematów, obecnych w wielu kościołach co niedziela, a w Listach Pawła nigdy, jest… piekło. Jest to zresztą jednym z najczęściej używanych przez przeciwników idei istnienia piekła argumentów – apostoł Paweł nigdy nie używa żadnego ze słów tłumaczonych w popularnych Bibliach jako „piekło”.

To, że nie używa tego słowa, odpowiadają nieugięcie zwolennicy wiecznej smażalni ryb – nie znaczy, że o piekle w ogóle nie mówi!

I każda rozmowa tego typu zawsze zawiera odwołanie do wersetu z Drugiego Listu Apostoła Pawła do Tesaloniczan, rozdział pierwszy, werset 9. Przeczytajmy go bardzo uważnie, wraz z poprzedzającym kontekstem:

Bo przecież jest rzeczą słuszną u Boga odpłacić uciskiem tym, którzy was uciskają, a wam, uciśnionym, dać ulgę wraz z nami, gdy z nieba objawi się Pan Jezus z aniołami swojej potęgi w płomienistym ogniu, wymierzając karę tym, którzy Boga nie uznają i nie są posłuszni Ewangelii Pana naszego Jezusa. Jako karę poniosą oni wieczną zagładę [z dala] od oblicza Pańskiego i od potężnego majestatu Jego  (2 Tes 1:6b-9)

Jeżeli nie widzicie w nim piekła, to bardzo szczerze, i najzupełniej poważnie, gratuluję! Wiele lat mi zeszło aż sam przestałem go tam widywać, albowiem indoktrynacja kościelna siedzi w umyśle bardzo głęboko.

Biblia jednak, na całe szczęście, pozostaje spójna. Byłoby nadzwyczaj dziwne gdyby Paweł w tym jednym, jedynym fragmencie głosił ideę strasznej, wiecznej męki, w dodatku traktując to jako… pociechę dla słuchaczy.

„Nie przejmujcie się tym, że ludzie was uciskają i nastają na wasze życie”, mówi – zdaniem religii – Paweł – „kiedy Pan Jezus się objawi, wrzuci ich do piekła gdzie będą się wiecznie smażyć”.

Niestety, nie wyobrażam sobie zbrodni, którą ktoś mógłby popełnić, aby mu życzyć wiecznych tortur! Jakoś zupełnie nie pasuje mi to do „nadstawiania drugiego policzka”, „zwycieżania zła dobrem” lub – przede wszystkim – przykazania miłości.
Ale mniejsza o moje przekonania i logiczne myślenie, wszak mamy patrzeć na to, co jest napisane w Biblii. No więc spójrzmy.

Uprzedzam, nie jest to łatwy werset. Byłby łatwiejszy, gdybyśmy nie mieli w głowie automatycznie skojarzenia „wieczna zagłada” = „smażenie dusz w piekle”. A przeważająca większość z nas takie skojarzenie ma, przecież zarówno Kościoły katolickie jak i protestanckie tego nauczają. Co gorsza jednak w wersecie tym spotykamy liczne problemy tłumaczeniowe. Celem tego artykułu nie jest jednak ostateczne wyjaśnienie znaczenia każdego słowa, a jedynie wykazanie, iż tradycyjne tłumaczenie obarczone jest wieloma problemami – zbyt wieloma, aby je móc zaakceptować.

Całość mojej analizy oparta jest na dwóch arcyciekawych faktach. Pięc tysięcy ton na milimetr kwadratowy – może to zobrazuje nacisk, jaki chciałbym na tych dwóch faktach położyć.
ball squeezed under pressure
UWAGA!

FAKT 1

Słowa „z dala” są dodane. Tłumacze i redaktorzy Biblii Tysiąclecia byli na tyle mili, iż dali nam znać o tym fakcie używając nawiasów kwadratowych, ale niemal wszystkie inne tłumaczenia (a sprawdziłem pokaźną ich liczbę, polsko- i angielskojęzycznych) je dodają nie informując czytelnika o tym.
Dlaczego wszystkie tłumaczenia czują się zmuszone dodać te słowa? Czy naprawdę nie ma ani w języku polskim, ani w angielskim, wyrażenia tłumaczącego w sposób zrozumiały grekę w tym wersecie?

FAKT 2

Identyczne greckie słowa, przetłumaczone w 2 Tes 1:9 jako „z dala od oblicza Pańskiego”, znajdujemy w następującym fragmencie Dziejów Apotolskich:

Pokutujcie więc i nawróćcie się, aby grzechy wasze zostały zgładzone, aby nadeszły od Pana dni ochłody, aby też posłał wam zapowiedzianego Mesjasza, Jezusa, (Dz 3:19-20)

Moment… nigdy gdzie są użyte te same słowa? W tym tłumaczeniu nie widać żadnego podobieństwa. Zajrzyjmy więc do archaicznego, ale przez większość Biblistów uważanego za najbardziej dosłownego, tłumaczenia – Biblii Gdańskiej z 1632 roku:

Gdyby przyszły czasy ochłody od obliczności Pańskiej, a posłałby onego, który wam opowiedziany jest, Jezusa Chrystusa. (Dz 3:20, BG)

 

Którzy pomstę odniosą, wieczne zatracenie od obliczności Pańskiej i od chwały mocy jego.  (2 Tes 1:9, BG)

Idąc logiką tłumaczy Biblii Tysiąclecia, powinniśmy przetłumaczyć Dz 3:20 „gdyby przyszły czasy ochłody [z dala] od obliczności Pańskiej.
(Zauważmy , iż Biblia Gdańska nie dodaje słowa „z dala” – być może opinia wielu, iż jest to najlepsze polskie tłumaczenie, nie jest pozbawiona sensu!)

Widzimy jasno, iż „od oblicza Pańskiego” nie może znaczyć żadnego „oddalenia”, ani – jak chcieliby niektórzy – nieobecności (że niby w piekle nie ma Boga). Niemniej „wieczne zatracenie z dala od Boga” bardzo pasowało do teologii, więc dodano to „przemocą wręcz narzucające się słowo”.

Grecki przyimek użyty tam, „apo”, pokrywa się dość mocno znaczeniem z polskim przyimkiem „od”. Nie będę tu przynudzał przykładami, napiszę tylko, iż owszem, może onaczać „od” w takim sensie jak chciałaby tego religia, gdyby występował z czasownikiem jasno wyrażającym oddzielenie, przykładowo w Obj 6:16 „ukryj nas przed/od (apo) twarzą tego, który siedzi na tronie”. Jeśli takiego czasownika nie ma, „od” oznacza po prostu kierunek, jak w Mt 2:1 „mędrcy przyszli ze (apo) wschodu”.

Jaki z tego wszystkiego wniosek? Pozornie niewiele znaczący, otóż „wieczna zagłada” nie będzie mieć miejsca „z dala od oblicza Pańskiego”, ale będzie wręcz z niego wychodziła, pochodziła, cokolwiek to by miało oznaczać.

Dodanie przez tłumaczy jakiegoś słowa może albo oznaczać, że za bardzo nie rozumieją znaczenia tekstu i dodali do niego coś usprawiedliwiało najbardziej prawdopodobny ich zdaniem pomysł; albo najbardziej oczywiste znaczenie zupełnie nie pasowało do ich teologii.

Myślę, że oba powody są tutaj prawdziwe.

No tak, powiesz, ale jaka różnica, czy wieczna zagłada „będzie sie działa z dala od oblicza Pana” czy „wyjdzie od obliczna Pana”? Wciąż to przecież… brzmi jak piekło?

Spójrzmy na ten werset analitycznie.

Tłumacznie słowo w słowo z języka greckiego

którzy – sprawiedliwość – odcierpią – zniszczenia – wiecznego – od – obecności – Pana – i  -od – chwały – moccy – jego

A skąd ten wyraz „sprawiedliwość”? Otóż oryginalne słowa „diken/dike” występują w Biblii tylko trzy razy; to nieco mało aby móc przeprowadzić dogłębne studium. Słowniki mówią jednak, iż podstawowym znaczeniem tego słowa jest „sprawiedliwość”. Wyraz „tino” – „odcierpieć” – tu nasza wiedza jest jeszcze bardziej ograniczona jako że jest to jedyny przykład użycia tego słowa w Biblii.

Krótko mówiąc, nie możemy mieć do końca pewności, czy należałoby tutaj napisać „odcierpią karę”, „doświadczą sprawiedliwości” czy może… coś zupełnie innego.
Ten werset… zdecydowanie do najłatwiejszych nie należy!

confused smiley

No tak, ale niezależnie od tego, jak te dwa słowa przetłumaczymy, kluczową dla nas tutaj kwestią jest – co oznacza „zniszczenie wieczne„?

„Zniszczenie” – olethros – występuje również niewiele razy w Biblii, tylko cztery, i słowniki na ogół łączą znaczenie tego słowa ze śmiercią fizyczną.

Natomiast słowo „wiecznego”…

jestem tematem na wielką książkę.

„Wieczny” – po grecku „aionios” – występuje w Nowym Testamencie aż 71 razy. W Starym Testamencie (czego dowodzi jego greckie tłumaczenie Septuaginta) odpowiada mu wyraz „olam„, który występuje już ponad 400 razy.

Bardzo bogaty materiał do studiowania! I… wciąż niełatwy. Powodem jest inne pojmowanie czasu w starożytności i inny sposób mówienia o trwaniu zdarzeń.

Dzisiaj jesteśmy do bólu konkretni. Coś trwało rok, 2 godziny, 5 nanosekund. Coś wydarzy się jutro punkt siódma, lub za 230 dni. Wtedy bardzo rzadko używało się podobnych stwierdzeń. Wydarzenia odnoszono do innych wydarzeń. Pamiętam taką scenę z filmu Krokodyl Dundee, gdy bohater jest pytany o wiek. Odpowiada, że nie wie, i na ponowne pytanie, czy nigdy nie pytał, kiedy się urodził, odpowiada, że pytał.

– I co ci powiedziano?
– Powiedziano mi, że urodziłem się… letnią porą.

_DSC1592-Edit-2

Tam akurat w kontekście była społeczność Aborygenów, chodzi mi tylko o ukazanie, że ta nasza obsesyjna wręcz szczegółowość w określaniu czasu odbywania się wydarzeń i jego trwania nie jest wcale własciwa wszystkim kulturom.

Wróćmy do naszego słowa „aionios/olam – wieczny. Naprawdę jest to niesamowie obszerny temat, także w największym skrócie wymienię tylko 2 ciekawe fakty:

– pojęcie to może bez cienia wątpliwości nie oznaczać czegoś wiecznego (por. Kapłańska 24:8, Powtórzonego Prawa 33:15, Jeremiasza 25:12, Hebrajczyków 6:2) w Nowym Testamencie często występuje w wyrażeniu „życie wieczne”, jednak definicja „życia wiecznego” jest podana tylko raz, i nie ma nic wspólnego z długością trwania:

A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa.  (J 17:3)

Jeżeli wydaje ci się, że ten artykuł robi się już przydługi i wcale jeszcze nie dochodzi do sedna sprawy, informuję, iż omówienie choćby pobieżne tego terminu wymagałoby tekstu o wielokrotnie większej objętości niż to, co dotychczas napisałem! Już jednak analiza dwóch powyższych faktów może niewątpliwie wykazać, iż „wieczna zagłada” może nie tylko nie mieć nic wspólnego z piekłem w tradycyjnym jego ujęciu, ale w ogóle z wiecznością.

Spójrzmy jeszcze na moment do Listu Judy:

Jak Sodoma i Gomora i w ich sąsiedztwie /położone/ miasta – w podobny sposób jak one oddawszy się rozpuście i pożądaniu cudzego ciała – stanowią przykład przez to, że ponoszą karę wiecznego ognia. (judy 1:7)

John_Martin_-_Sodom_and_Gomorrah

Sodoma i Gomora zostały spalone, ich mieszkańcy zginęli, i… tyle. Niemniej Biblia nazywa to wydarzenie „wiecznym ogniem”.

Osobiście uważam, iż wszystkie odniesienia do „wiecznej kary” i „wiecznego ognia” odnoszą się do wydarzenia tutaj, na ziemi, za ziemskiego życia, skutkującym zwykłą, fizyczną śmiercią i nie mają nigdy odniesienia do jakiejkolwiek kary po śmierci.
Popatrzy na jeden z ulubionych fragmentów zwolenników piekła:

Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła.  Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie. Mk 9:43-48

Życie wieczne… piekło… ogień nieugaszony… czyż można zaprzeczyć temu, iż Jezus przestrzega tutaj przed tym, co się stanie z grzesznikiem po śmierci?

Otóż jak najbardziej można. W myśl świetnej zasady „najlepiej tłumaczy się Biblię samą Biblią”, przyjrzyjmy się zwrotowi z wersetu 48: „robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie”. Każdy religijnie zaprawiony umysł widzi tu duszyczkę smażącą się w piekle, albo jedzoną przez dosłowne robaki, ale przez „robaka” własnego nieczystego sumienia.

Tymczasem zwrot ten jest niemalże cytatem z Księgi Izajasza:

A gdy wyjdą, ujrzą trupy ludzi, którzy się zbuntowali przeciwko Mnie: bo robak ich nie zginie, i nie zagaśnie ich ogień, i będą oni odrazą dla wszelkiej istoty żyjącej.  (Iz 66:24)

Jest tu mowa o trupach ludzi! Nie o nieśmiertelnych duszach, nie o cierpiących ludziach! Ludzie zginęli i ich ciała były palone i jedzone przez robaki – nie chodziło tu o wieczne trwanie czegokolwiek, ale o permanentny skutek czynności – nic nie powstrzyma robaka, nikt nie zgasi ognia, kara za grzech się wykonała, ludzie zginęli i ciała ich szczezną!

Jestem w stanie wykazać na podstawie analizy bardzo wielu wersetów z Nowego Testamentu, iż „wieczny ogień” odnosi się do aktualnego wydarzenia które miało miejsce w roku 70 – zdobycia Jerozolimy przez rzymską armię, zburzenie i spalenie całego miasta i hekatombę wszystkich mieszkańców (według różnych źródeł zginęło wtedy od kilkuset tysięcy do ponad miliona ludzi).

Ostrzeżenie przed tym wydarzeniem to jedna z centralnych misji Jezusa na ziemi. Popatrzmy:

W tym samym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. (Łukasza 13:1-3)

Jezus bynajmniej nie mówi, że jeśli się nawrócą, to będą się smażyć w piekle. Mówi bez wątpienia o zwykłej ziemskiej śmierci.

Skoro ujrzycie Jerozolimę otoczoną przez wojska, wtedy wiedzcie, że jej spustoszenie jest bliskie. (Łukasza 21:20)

I znów – jest to temat, którego choćby pobieżne omówienie zajęłoby wiele stron tekstu. Artykuł, który teraz czytasz, nie pretenduje w żadnej mierze do wyczerpania tematu. Nie ma też na celu obronę jakiegoś konkretnego poglądu. Owszem, uważam, iż „ogień wieczny” to spalenie Jerozolimy w roku 70, ale nie będę się upierać przy swoim – możliwe, że nie mam racji. Głównym celem tego artykułu jest zachęta do porzucenia utartych wyjaśnień podanych na tacy przez religię. 2 Tesaloniczan 1:9 nie może mówić o wiecznym piekle, bo wyjaśnienie takie przeczy zarówno Listom Pawła jak i całej Biblii, co jednak najważniejsze – przeczy naturze Boga. Czy Bóg nakazał nam miłować nieprzyjaciół i czynić dobrze tym, którzy nas prześladują tylko po to, by samemu smażyć większą część ludzkości w ogniu?

Czy zastanawiasz się czasami, jak można być szczęśliwym „w niebie” wiedząc, że ludzie, których kochamy, cierpią katusze?

Tutaj normalny rodzic od zmysłów odchodzi gdy gorączka dziecka przekroczy 40 stopni i wciąż rośnie… mam uwierzyć, że będę w stanie z rozleniwionym uśmiechem leżeć na chmurce wiedząc, że moi bliscy płoną w ogniu?

Religia powie ci tutaj, że my tego nie rozumiemy, że jesteśmy ograniczeni, że Boża sprawiedliwość jest niepojęta.

Bzdury. Biblia używa ludzkiego języka. Sprawiedliwość, miłość, dobro i zło, te słowa są w Biblii nie dlatego, że oznaczają coś zupełnie innego, niż w naszym potocznym języku.
W 2 Liście do Tesaloniczan 1 Paweł nie skupia się na karze za grzechy, skupia się na prześladowanych, udręczonych adresatach Listu. Zapewnia ich, że wkrótce nastanie sprawiedliwość a ich dręczyciele znikną z ich życia. Nie przez wieczność – ale przez resztę ziemskiego życia.

* * *

Jednym z najbardziej przełomowych odkryć, które zmieniły sposób, w jaki czytam Biblię, było uświadomienie sobie, iż jest w niej bardzo, bardzo niewiele na temat życia pozagrobowego.

W Starym Testamencie na palcach można policzyć fragmenty, które bez cienia wątpliwości odnoszą się do tego, co po śmierci.

Oczywiście religia nie mogła tego ścierpieć i wymyśliła swoje futurystyczne interpretacje mnóstwa fragmentów, i kiedy prorok woła „zmieńcie swoje serca, bo czeka was śmierć z rąk wroga” na kazaniu usłyszymy „uwierzcie w Jezusa, bo czeka was wieczne umieranie w otchłani piekielnej”. Religia na ogół opiera się na pieniądzach, pieniądze na frekwencji w niedzielę, a frekwencja rośnie proporcjonalnie do poziomu straszenia piekłem.

Ogień, zniszczenie, sąd – te terminy w Starym Testamencie zawsze – naprawdę, bez wyjątkuodnoszą się do losów człowieka na ziemi – wojen i śmierci – i wbrew powszechnie panującej dzisiaj opcji teologicznej – nic się nie zmienia w Nowym Testamencie! Byłoby dziwne, gdyby się zmieniło! Ci sami ludzie, którzy czytali Stary Testament, spisywali i Nowy, odnosząc się do Starego 700 razy! Na Izraelem wisiała groźba sądu nieporównywalnego z jakimkolwiek wcześniej – wspomnianej już hekatomby w Jerozolimie – i nic dziwnego, że Jezus, a później apostołowie i uczniowie – przestrzegali przed nim!

Kiedyś myślałem, że niemal każda strona Nowego Testamentu opowiada o naszym losie po śmierci. Dzisiaj przychodzi mi tak naprawdę tylko jeden fragment, który na pewno o nim mówi – 15. rodział I Listu do Koryntian.

Może się w tym wszystkim mylę? Może nie? Nieważne. Ważne jest to, czy artykuł ten pobudził cię do zakwestionowania tego, co uczą cię w kościele – być może mają rację, być może nie, ale zdecydowanie lepiej jest posiadać jakieś inne argumenty w obronie swoich przekonań niż tylko „bo taka jest wiara ojców”!

old minion

Nieprzebaczalny grzech

Jednym najważniejszych celów istnienia tej witryny jest wykazywanie, iż to, że „Bóg jest miłością” jest prawdą, i chociaż  ta miłość w ujęciu religii polega na strachu i hipokryzji, z prawdziwym Bogiem nie ma to nic wspólnego.

Skoro Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo, również coś z relacji międzyludzkich musi odzwierciedlać coś z relacji między Nim – Ojcem – a nami – Jego dziećmi.

wesola rodzinka 2

Większość ludzi raczej zgodzi się, jak powinien zachowywać się rodzic doskonały. Opiekuńczy, zapewniający całej rodzinie poczucie bezpieczeństwa, konkretny lecz opanowany, z poczuciem humoru, przede wszystkim jednak – kochający.

Większość zapewne zgodzi się z tym, że jesteśmy Bożymi dziećmi, i że Ojciec nasz jest ojcem doskonałym, pytanie tylko – zabrzmieć to może dziwnie – w jakim wieku dziećmi dla Niego jesteśmy?

Już tłumaczę, co mam na myśli. Jeżeli kategorycznie zabronimy coś dzieciom, a one i tak złamią nasz zakaz, to sposób, w jaki na to zareagujemy, zależy głównie od ich wieku. Reakcje mogą być krańcowo odmienne – kiedy niemowlę zrobi coś pomimo tego, że mówimy „Nie”, naszą reakcją może być przykładowo śmiech. W późniejszych latach kary mogą obejmować dodatkowe obowiązki, zakaz wyjścia z rówieśnikami, a w drastycznych przypadkach może być to i wyrzucenie z domu. Rozumiemy to doskonale, że z domu nie wyrzucimy pięciolatka choćby nie wiem jak się zachowywał, lecz 20 lat później, kiedy dziecko będzie regularnie pod wpływem alkoholu lub narkotyków demolować nasz dom, prędzej rozważymy takie wyjście.

Innymi słowy – w umyśle zdrowego człowieka nie istnieje taki czyn, którego dopuściło by się niemowlę lub kilkulatek, którego nie należałoby natychmiast wybaczyć.

Czy nie czulibyśmy się dobrze wiedząc że podobnie myśli o nas Bóg?

Czy Bóg patrzy na nas jako na małe, bezbronne, niewiele wiedzące słodkie kilkulatki, czy jak na 40-letnich bezrobotnych, nadużywających alkoholu i do tego regularnie bijących swoich rodziców?

Tyle mówi się o nieskończonej, niepojętej miłości Bożej, czy istnieją jej granice? Czy jesteśmy w stanie zrobić coś takiego, że Bóg powie „dość” i przestanie nas kochać albo odwróci się nie dając nam już żadnej szansy?

Otóż według religii, w Biblii jest kilka fragmentów wskazujących na to, że tak jest w istocie. Najpopularniejsze z nich dotyczą tak zwanego „nieprzebaczalnego grzechu”. Znaleźć je można we wszystkich ewangeliach synoptycznych.

Zaprawdę, powiadam wam: wszystkie grzechy i bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone.  Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego.  (Marka 3:28-29)

Dlatego powiadam wam: Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi nie będzie odpuszczone.  jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym. (Mateusza 12:31-32)

Każdemu, kto mówi jakieś słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie przebaczone, lecz temu, kto bluźni przeciw Duchowi Świętemu, nie będzie przebaczone.  (Łukasza 12:10)

„Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia” – przyznam, że przez sporą część mojego życia ten tekst mnie bardzo niepokoił. Z jednej strony – czy oby już nie popełniłem takiego grzechu? Z drugiej – jak nieprzejednany i okrutny może być Bóg, jeśli za jeden czyn może od człowieka się odwrócić? Jakże mogę myśleć o Bogu jako o dobrym ojcu?

Jeżeli też masz podobne obawy, ten artykuł jest dla ciebie.

Wyżej wymienione fragmenty ewangeliczne nie należą do najłatwiejszych i najbardziej jasnych, o czym można przekonać się porównując różne tłumaczenia.

Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego.  (Biblia Tysiąclecia)
Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nie dostąpi odpuszczenia na wieki, ale będzie winien grzechu wiekuistego. (Biblia Warszawska)
Ale kto bluźni przeciwko Duchowi Świętemu, nie ma odpuszczenia na wieki, ale winien jest sądu wiecznego.  (Biblia Gdańska)
Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nie otrzyma nigdy odpuszczenia, ale zawsze będzie winien grzechu. (Biblia Poznańska)
Któryzaśkolwiek zbluźniłby przeciwko Duchowi Świętemu, nie ma przebaczenia/wyzwolenia na wiek ale winny jest wiecznego sądu (Ewangeliczny Przekład Interlinearny Biblii)
Ale ktokolwiek powiedziałby zło odnośnie Ducha Świętego nie ma przebaczenia na ten wiek, ale jest w niebezpieczeństwie sądu trwającego wiek. (tłumaczenie z angielskiego przekładu dosłownego Younga)

To jak z tym przebaczeniem, nie otrzyma go nigdy, na wiek, czy na wieki?

I czym się w tym fragmencie grozi – sądem wiecznym? Grzechem wiekuistym? Czy po prostu grzechem? I co to w ogóle jest „sąd wieczny”, o którym mówi Biblia Gdańska? Sąd trwający wieki? Czyżby sądownictwo niebiańskie było tak opieszałe jak polskie?

No i co to jest bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu? Gdzie jest definicja tego?

Otóż mamy szczęście – Biblia zawiera definicję tego bluźnierstwa! Co prawda w tylko jednym miejscu, ale zawiera!

Mówili bowiem: Ma ducha nieczystego. (Marka 3:30)

To wszystko? Tak, to wszystko.

Koncepcja nieprzebaczalnego bluźnierstwa występuje w całej Biblii tylko raz – choć powtórzona jest we wszystkich ewangeliach synoptycznych, jest to bez wątpienia nieco inaczej ujęta jedna i ta sama wypowiedź Jezusa – tutaj jednak sprawa ma się jeszcze prościej – wyjaśnienie, czym jest bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu znajdujemy jeden, jedyny raz.

O co chodzi w Mk 3:30? Spójrzmy kilka wersetów wcześniej:

Natomiast uczeni w Piśmie, którzy przyszli z Jerozolimy, mówili: Ma Belzebuba i przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy. (Mk 3:22)

I ten tekst – „Ma Belzebuba” – został przez Jezusa nazwany „grzechem przeciwko Duchowi Świętemu”.

Ponieważ zatem koncepcja ta nie występuje nigdzie indziej w Biblii, wysnuwam tezę, iż tekst ten nie ma absolutnie żadnego zastosowania praktycznego do nas, i jego studiowanie ma tylko historyczny aspekt poznawczy – czyli wiemy, co się stało i po co, ale przestroga, którą wyrzekł Jezus, odnosiła się tylko do tamtych czasów, tylko dla uczonych w Piśmie zarzucających Jezusowi bycie opętanym przez ducha nieczystego.

Z jednej strony zatem mogę spać spokojnie – nie jestem uczonym w Piśmie zarzucającym Jezusowi wyrzucanie demonów przez moc demoniczną. Tylko im Bóg nigdy jakiegoś grzechu nie wybaczy, nie mnie, nie moim bliskim.

Tak się jednak składa, że to wyjaśnienie jeszcze mnie nie zadowala, bowiem kłóci się z obrazem Boga, którego  znam. Zatwardziałych to znam tylko ludzi, a i to wiem, że nie będą zatwardziali na wieczność.
Moja percepcja Boga jednak oczywiście jest subiektywna i dowodem na nic nie jest, także zajrzyjmy do Biblii.

Istnieje bardzo zdrowa zasada interpretacji Biblii – „teksty trudne wyjaśniamy tekstami łatwymi”. Jeżeli jakiś temat poruszany jest w Biblii wielokrotnie i niektóre fragmenty tłumaczą je w sposób pozostawiający niewiele wątpliwości, przyjmujemy je za prawdziwe, a pozostałe dopasowujemy do tych pierwszych.

Albo… przyznajemy się do niewiedzy.

Najstarszy znaleziony, spisany tekst w języku polskim ma około 800 lat, i wygląda dokładnie tak:

najstarszy polski tekst
Day ut ia pobrusa a ti poziwai

Pisze i czyta sie go dzisiaj w nieco łatwiejszy sposób – „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj.” – czy jednak wiemy, co on oznacza?

No właśnie, nie jesteśmy pewni.

Zwłaszcza ostatnie słowo jest problematyczne i wybitny eksperci nie są pewni. Czy „poczywaj” znaczy „odpoczywaj” czy „podziwiaj”? Nikt nie wie na 100%.

Jeżeli eksperci nie są pewni co do zdania napisanego 800 lat temu, nie sądzisz, że Nowy Testament, napisany ok. 2000 lat temu, może również budzić momentami wątpliwości?

Fakt – w przypadku Biblii mamy bardzo dużo tekstów porównawczych, tysiące rękopisów, mamy też bardzo podobną grekę klasyczną i jej liczne dzieła, także generalnie wielkich problemów z Nowym Testamentem nie ma, jednak istnieją niektóre wyrazy lub wyrażenia bardzo rzadko spotykane. Wtedy najlepsi językoznawcy mogą jedynie rozłożyć ręce.

Istnieje też sporo pojęć mocno zakorzenionych w powszechnej kulturze i tak powszechnie znanych, że… nikt już ich nie definiuje. Gdyby za 1000 lat jakiś badacz trafił na archhiwum gazet z 2016 roku bardzo możliwe, że nigdzie nie znalazłby definicji słowa „komputer”.

Oba te problemy – że wyraz jest bardzo rzadko używany lub że jest zbyt powszechnie znany i nie definiowany – są często nie do obejścia dla tłumaczy języków starożytnych. Omawiany fragment o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu jest niestety problematyczny z obu tych powodów.

Jeśli poczytamy rozważania – tudzież dywagacje – teologów na temat grzechu nieprzebaczalnego (a czytałem ich kilkadziesiąt) zauważymy, że z połowa objętości ich tekstów poświęcona jest dwóm słowom – aion i aionios.

Oba z nich użyte są w naszych wersetach.

Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nie dostąpi odpuszczenia na wieki (aion), ale będzie winien grzechu wiekuistego (aionios). (Biblia Warszawska)

Przeczytajmy jeszcze raz powyższe tłumaczenia Mk 3:29. Występują między nimi dość znaczne różnice! Niektóre tłumaczenia coś pomijają z oryginalnego tekstu, jak gdyby ich tłumacze nie mieli pojęcia, jak coś przetłumaczyć Biblia Tysiąclecia nie tłumaczy słowa „aion” ale wstawia słowo „nigdy” (którego nie ma w tekście oryginalnym), natomiast Biblia Poznańska omija słowo „aionios”.

Co tak naprawdę oznacza „aion” i „aionios”?

Niestety, nigdzie nie ma w Biblii definicji tego słowa – było zatem na tyle powszechnie znane, że czytelnicy nie potrzebowali definicji. Jednocześnie nie jest jednak aż tak często w Biblii używane, byśmy mogli bez żadnych wątpliwości znaleźć ich polski odpowiednik pasujący w 100% przypadków.

„Aion” (Nr 165 w indeksie Stronga) oznacza „wiek”, „okres czasu”, „era”. W Biblii używany jest najczęściej na 3 sposoby:

1 – mówiąc „ten wiek” w sensie życie teraz – touto to aioni – (np. Mt 12:32, Łk 20:34, Rz 12:2)
2 – w określeniu „na wiek/wieki” – eis tous aiona(s) (np. Łk 1:55, J 6:58, Rz 11:36)
3 – w wyrażeniu najczęściej tłumaczonym jako „koniec świata” – synteleia tou aionos

Istnieje jeszcze przymiotnik „aionios”, i bierze on znaczenie od rzeczownika „aion”.

Język grecki jest dość skomplikowany, gramatyka używa wielu form, końcówek i wariacji, a mnóstwo wyrazów ma bardzo znaczeń, czasem krańcowo odmiennych tematycznie. Większość odmian tradycyjnej teologii, zarówno katolickiej jak i protestanckiej, uważa że choć sam „aion” na ogół oznacza jakiś konkretny okres czasu, „aionios” oznacza „wieczny”, podobnie jak w języku polskim mamy wyrażenie „na wieki”.

Teologia liberalna i uniwersalistyczna zakłada, że skoro „aion” oznacza „określony okres czasu”, nie może tak być, aby „aionios” oznaczał „wieczny”, a jedynie „odnoszący się do jakiegoś okresu czasu”. Mówią – skoro „aion” jest skończony, również „aionios” powinien być skończony.
Wszystkie artykuły jednak z zakresu teologii liberalnej, które czytałem, są… po angielsku. I to może wszystko tłumaczyć! Dla Polaka nie stanowi najmniejszego problemu fakt, iż mimo iż „wiek” oznacza określony na ogół okres czasu, „wieczny” oznacza nieskończony. Tak jest też w wielu innych językach. Tylko nie w angielskim 🙂 Osoba anglojęzyczna powie „to niemożliwe, żeby – skoro aion oznacza jakiś okres czasu – aionios oznaczał wieczny”! A ja na to – możliwe, i tak właśnie jest w języku polskim!

Fragment Mk 3:29 tłumaczony słowo po słowie brzmi „nie ma przebaczenia na WIEK” – jednak różni się to wyrażenie od miejsc, gdzie bez wątpienia chodzi o „ten wiek”; tam używany jest zaimek wskazujący „touto” – „ten”- tu zaś tylko przedimek określony.Wydaje mi się, że pewna część teologów nie wierząca w istnienie piekła poprzez zmianę słowa „wieczny” na „trwający wiek” chce, aby nasz fragment należało tłumaczyć „Kto popełnił bluźnierstwo przeciwko Duchowi Świętemu, nie ma przebaczenia w tym wieku” (ale ma w tamtym)”, ale takie tłumaczenie jest niepoprawne – po pierwsze – brak zaimka „touto”, po drugie – w Mt 12:32 jest powiedziane „ani w tym wieku, ani w przyszłym” – i wtedy jest użyty „touto”, czyli chodzi o „obecny wiek”… ale zaraz potem jest dopowiedzenie „ani w przyszłym”.

Wygląda na to, że „w tym wieku” bez zamika „touto” jest odpowiednikiem wyrażenia „ani w tym wieku, ani w przyszłym”, czyli… nigdy.

Chyba że… ma nadejść więcej wieków, niż jeden? Czyli że grzech nie będzie wybaczony ani na tym świecie, ani w przyszłym, ale w trzecim – tak? Spotkałem się i z takimi poglądami,ale to czyste dywagacje. Niektórzy utrzymują że „ten wiek” to był czas Izraela, „przyszły” – to era kościoła, a po tej erze nastąpi wieczność. Ponieważ jednak nigdzie w Biblii nie znajdziemy nie opisu „trzeciego wieku”, musimy również uznać, że są to dywagacje.

Konkludując, wygląda na to, że Jezus mówiąc „ani w tym wieku, ani w przyszłym” ma na myśli „ani teraz, ani nigdy”. Głowy za prawdziwość tego twierdzenia uciąć jednak bym sobie nie dał (mniej istotnych części ciała swego – też nie). Jeżeli kiedykolwiek znajdę lub odkryję jakiekolwiek rozwiązanie tego problemu, obiecuję przeredagować ten tekst! Nie sądzę jednak, że to kiedyś nastąpi. Myślę, że problemy językowe są tu na tyle wielkie, iż nie można jednoznacznie stwierdzić, co każde słowo znaczy.

Pomyślmy jednak nad taką sytuacją:

W pewnym kraju mnóstwo ludzi zalegało z podatkami. Po pewnym czasie kraj ten zaangażował się w niewielki konflikt zbrojny z sąsiadem.
Król ogłosił – jeżeli ktoś pójdzie na ochotnika jako żołnierz walczyć za kraj, jego dług podatkowy zostanie anulowany.
Jeżeli jednak ktoś nie zechce pójść do wojska, jego dług darowany nigdy nie będzie!
Co oznaczają te słowa króla?
Czy oznaczają, że unikający wojska dłużnicy będą torturowani?
Wydaleni z kraju?
Zamordowani?
Nie. Oznaczają tylko tyle, że swoje długi podatkowe wciąż będą musieli spłacić.
Kiedy po jakimś czasie zdobędą skądś pieniądze i w końcu dług spłacą, ich status nie będzie się róźnił od tych, którzy poszli na wojnę. Dług wobec „Fiskusa” i jednych, i drugich, będzie wynosił tyle samo – zero.

Wyraz „anulować dług” to dokładnie to samo wyrażenie, które we fragmencie o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu tłumaczone jest jako „przebaczyć„. Chrześcijanie jednak usilnie chcą we fragmentach o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu widzieć zapowiedź… wiecznych mąk grzeszników.

Nie sądzicie, że gdyby chodziło o coś takiego istotnego (w końcu ważą się losy naszej… nie tylko przyszłości, ale WIECZNOŚCI!), temat ten omówiony byłby gdzieś szerzej?

A jest on tylko raz… i to w ewangeliach.

Dlaczego „tylko”?

To, co to teraz napiszę, może wydać się herezją. Prawdopodobnie gdybym sam ileś tam lat temu to przeczytał uznałbym za herezję. Proszę jednak – pomyśl nad tym przez chwilę. Jeżeli to herezja, nic ci zaszkodzi, przecież wiesz, dlaczego wierzysz w to, co wierzysz, prawda?

Biblia podzielona jest na dwie części. Stary i Nowy Testament.

Większość chrześcijan widzi je jako zupełnie inne nowe światy, zupełnie inne epoki.

Czy jednak ten podział jest słuszny?

Spójrzmy na następujące dwa wersety:

Gdy jednak nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem (Gal 4:6)

Lecz On [Jezus] odpowiedział: Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela.  (Mt 15:24)

Pierwszy werset mówi nam, że Jezus został zrodzony „pod Prawem”. Znaczy to, że Jezus podlegał Prawu Mojżeszowemu, wraz z jego wszystkim 613 przykazaniami, i że Prawu temu podlegali wszyscy Żydzi (czyli wszyscy Jego apostołowie, uczniowie, rodzina itd.). A ten mały „szczegół” sprawia, że nasza sytuacja krańcowo jest odmienna od nich. My pod Prawem Mojżesza nie jesteśmy, Jezus jest końcem tego Prawa (Rz 10:4).

Drugi fragment, z Ewangelii Mateusza, mówi nam coś o czym mało kto wie i mało kto rozumie – otóż misja Jezusa nie była skierowana od początku w ogóle do nas! Mało tego, nie była nawet skierowana do wszystkich Żydów, ale jedynie do tych z domu Izraela (istniał jeszcze dom Judy)!

Jezus przyszedł i od początku zaczął głosić „nawróćcie się, przybliżyło się Królestwo Niebieskie” (Mt 3:2, Mk 1:15 itd.), ale czy ta wiadomość jest dzisiaj aktualna dla mnie? Co to znaczy „przybliżyło”? Czasownik eggizo, „przybliżyć”jest używany tylko do bardzo wielkiej bliskości lub niemal obecności; czy Jezus mógł mówić Izraelowi, że coś jest bliskie, jeśli miał na myśli tysiące lat? Toż wg Biblii cała historia ludzkości ma tylko kilka tysięcy lat!

Mógłbym podać wiele dowodów językowych na to, że te słowa Jezusa do nas się nie odnoszą, odnosiły się tylko i wyłącznie do Żydów w tym czasie, zawierały ofertę konkretnego Królestwa, tutaj, na ziemi, obiecanego przez proroków.

Królestwo to Żydzi jednak odrzucili.

Jakkolwiek by się wydawało to dziwne, Jezus nigdy nie oferował niczego poganom – nie-Żydom – NAM. Mało tego. Przez około 5 lat po Jego śmierci i zmartwychwstaniu dalej nikt tego nie robił. Zmiana nastąpiła dopiero wtedy, kiedy szczególne, ostateczne objawienie dostał apostoł Paweł.

Paweł potwierdził wielokrotnie, iż przesłanie, które dostał, nie zostało nigdy wcześniej przekazane światu

(…) zgodnie z Ewangelią i moim głoszeniem Jezusa Chrystusa, zgodnie z objawioną tajemnicą, dla dawnych wieków ukrytą, (Rz 16:25 b)

 

Mnie, zgoła najmniejszemu ze wszystkich świętych, została dana ta łaska: ogłosić poganom jako Dobrą Nowinę niezgłębione bogactwo Chrystusa i wydobyć na światło, czym jest wykonanie tajemniczego planu, ukrytego przed wiekami w Bogu, Stwórcy wszechrzeczy.   (Ef 3:8-9)

Co takiego zostało przekazane Pawłowi? Jaka jest ta tajemnica?
Paweł nigdy nie głosił „nawróćcie się, przybliżyło się Królestwo Niebieskie”. Nie wzywał do pokuty. Nie nawoływał do chrztu.

(…) [Bóg] nam oznajmił tajemnicę swej woli według swego postanowienia, które przedtem w Nim powziął dla dokonania pełni czasów, aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi. (Ef 1:9-10)

Tajemnica objawiona Pawłowi polega na tym, iż Bóg od początku historii planował zjednoczyć wszystkich ludzi – nie tylko naród wybrany, nie tylko Żydów, a nawet – o, zgrozo – nie tylko tych, którzy przed śmiercią zdążyli odmówić „modlitwę grzesznika”.

Wszystkich.

I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni (1 Kor 15:22)

aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem – ku chwale Boga Ojca. (Flp 2:10-11)

Czyż to nie wspaniałe? Nie ma sensu dzisiaj dzielić świata na tych, co już są „w Chrystusie” i na tych, którzy nie są – gdyż wcześniej czy później wszyscy w Nim będą! Zauważmy, że jeśli od decyzji podjętych w czasie ziemskiego życia zależeć miałaby wieczność człowieka, Biblia musiałaby być pełna ostrzeżeń i napomnień, abyśmy spieszyli do wszystkich znanym nam ludzi – rodziny, przyjaciół, zwłaszcza tych umierających, aby broń Boże nie odeszli z tego świata bez wypowiedzenia „Jezus, ufam Tobie”.

W Biblii jednak nie znajdziemy ani jednego takiego ostrzeżenia. Za to zalecenie „nie bój się” występuje w niej około setki razy.

Fragment o bluźnierstwie przeciwko Duchowi Świętemu może nie być dla nas zupełnie jasny, tak jak wiele innych fragmentów. Jednak przesłanie Bożej miłości nie pomijającej żadnego człowieka jest jasna, i możemy ją znaleźć niemal na każdej karcie Biblii.

Religia przez wieki nauczyła się perfekcyjnie wypaczać przesłanie Bożej miłości. Gdyby Kościołom udało się zapewnić swoich wyznawców, że naprawdę Boga nie należy się obawiać, znaczna większość ludzi przestałaby natychmiast uczęszczać na nabożeństwa, bo dzisiaj robią to tylko ze strachu przed piekłem… wiele denominacji by natychmiast upadło… źródło dochodu dla rzeszy kleru przestałoby istnieć… dlatego starają się utrzymywać swoje owieczki w strachu, często nazywanego „Dobrą Nowiną”.

A prawdziwie dobra nowina brzmi – dzięki Chrystusowi problem grzechu między tobą i Bogiem po prostu nie istnieje.

Dzisiaj Bóg patrzy na ciebie tak, jak dobry, kochający rodzic patrzy na swoje malutkie dziecko. Nie ma takiego grzechu, który popełnisz, który u Niego poskutkowałby choćby zmarszczeniem brwi, nie mówiąc o jakimś wiecznym odrzuceniu!

mama dziecko

A grzechów ich oraz ich nieprawości więcej już wspominać nie będę. (Hebrajczyków 10:17)

Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony (Mt 10:22; Mk 13:13)

great_idea

Każdy miewa w swoim życiu tak zwane momenty olśnienia. Czasami jest to religijne nawrócenie, czasami zrozumienie jakiejś ponadczasowej prawdy filozoficznej lub chociażby rachunku różniczkowego i całkowego (mówię „chociażby”, jakbym sam go rozumiał, a prawdą to… jest.. nie do końca…).

Jednym z moich takich momentów był ten, gdy zrozumiałem, co dokładnie znaczą słowa Jezusa o „wytrwaniu do końca”.

Są to dość popularne słowa, dyskutują o nich często teologowie i nie tylko. Rozmowy te toczą się na ogół w kontekście zbawienia, czyli – jak rozumie je niemal całe chrześcijaństwo – uniknięcia kary piekielnej i rozkoszowanie się wiecznością w Raju.

Większość chrześcijan zgadza sie co do faktu, że kiedy ktoś zostaje chrześcijanem – uwierzy w Jezusa, ewentualnie da się ochrzcić – jest zbawiony. Co jednak dalej? Jeżeli pod pojęciem „zbawienia” rozumiemy pozytywnie rozpatrzony wyrok dotyczący naszego losu po śmierci (bo są i inne sposoby jego rozumienia), istnieją trzy podstawowe opcje:

  1. Zbawienie jest nieutracalne – choćby nie wiem co taki chrześcijanin robił, i tak po śmierci będzie zbawiony
  2. Zbawienie jest uwarunkowane wiarą – jeśli chrześcijanin przestanie wierzyć, nie będzie już zbawiony.
  3. Zbawienie jest uwarunkowane uczynkami (lub wiarą i uczynkami) – jeśli ktoś będzie świadomie trwał w grzechu, zbawienie również utraci.

Argumentem ku punktowi 3, a często i punktowi 2, są właśnie omawiane słowa Jezusa – kto wytrwa do końca, będzie zbawiony.

Zobaczmy, jak to wygląda w Biblii.

Wyrażenie to występuje w niej trzykrotnie, dwa razy w Ewangelii Mateusza, i raz w Ewangelii Marka. Zacytuję:

 Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mt 10:22)

Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mt 24:13)

I będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mojego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mk 13:13)

Sprawdziłem w Grece – oszczędzę szczegółów – we wszystkich trzech miejscach są użyte identyczne słowa, także teoria zmowy tłumaczy odpada – wszystkie te miejsca mówią naprawdę to samo.

Przeanalizowałem też użycie w Biblii pozostałych występująych tu wyrazów, i też niczego niezywkłego nie odkryłem. „Wytrwać” ma podobne znaczenie do języka polskiego. Czasem tłumaczone jest jako „znosić”, „wytrzymać”, a są to niemal synonimy. Jedyne dodatkowe informacje możemy zatem otrzymać studiując kontekst.

We wszystkich wymienionych trzech miejscach w Ewangeliach, kontekst jest bardzo podobny. Spójrzmy do pierwszego z nich, z 10 rozdziału Ewangelii Mateusza. Na początku tego rozdziału Jezus przywołuje do siebie 12 apostołów, daje im moc do uzdrawiania i usuwania złych duchów i poleca iść wyłącznie do miast zamieszkałych przez Izraelczyków.

Wtedy przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości. (…) Tych to Dwunastu wysłał Jezus, dając im następujące wskazania: Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego! Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela.(Mt 10:1.5-6)

Wydawałoby się, iż misja to bardzo ekscytująca, wszak apostołowie otrzymują ponadnaturalne zdolności! Niestety, jest jeden problem.

Prześladowania.

Począwszy od wersetu 14, Jezus zapowiada: odrzucenie, niesłuszne oskarżenia i procesy sądowe, bicie, a nawet śmierć. I między jednym a drugim ostrzeżeniem Jezus mówi: „kto wytrwa do końca, będzie zbawiony„. Zaraz potem dodaje „Gdy was prześladować będą w tym mieście, uciekajcie do innego” (w. 23a). Gdzież można tu się dopatrywać życia wiecznego? Czy Jezus mówi uczniom „kto się da zabić zbyt wcześnie, pójdzie do nieba, ale komu się uda uciec do innego miasta, pójdzie do nieba”?? W tym kontekście tylko takie tłumaczenie może być spójnie logiczne, jeżeli ktoś się chce upierać, że zbawienie ma cokolwiek wspólnego z życiem wiecznym.

Czego zatem dotyczyć może ratunek/zbawienie, o którym mówi Jezus? Otóż na początku roku 70 armia Tytusa dokonała oblężenia Jerozolimy, by po siedmiu miesiącach morderczego oblężenia miasto te zdobyć, zrównać z ziemią, niszcząc między innymi Świątynię, i mordując ogromną ilość mieszkańców (według różnych relacji ich liczba wynosiła od kilkudziesięciu tysięcy do ponad miliona). Wielu historyków, opierając się na relacjach Józefa Flawiusza, wierzą, że podczas tej masakry wśród ofiar nie było chrześcijan, gdyż wzięli oni sobie mocno do serca przestrogi Jezusa.

Pierwszy raz słyszysz takie wyjaśnienie? Wydaje się nieprawdopodobne? Myślę, że zmienisz zdanie, gdy porównasz 10. rozdział Mateusza z 21. rozdziałem Łukasza.

Miejcie się na baczności przed ludźmi! Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. (…) Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić(…) Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mt 10:17-22)

 

Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. (13) Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. (14) Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. (15) Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. (16) A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. (17) I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. (18) Ale włos z głowy wam nie zginie. (19) Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie. (20) Skoro ujrzycie Jerozolimę otoczoną przez wojska, wtedy wiedzcie, że jej spustoszenie jest bliskie. (21) Wtedy ci, którzy będą w Judei, niech uciekają w góry; ci, którzy są w mieście, niech z niego uchodzą, a ci po wsiach, niech do niego nie wchodzą! (Łk 21:12-21)

Jest zbyt wiele podobieństw, aby uznać je za przypadkowe. Bez wątpienia Jezus mówi o tych samych wydarzeniach. W Łk 21:20nn mówi o oblężeniu Jerozolimy i zaleca słuchaczom ucieczkę, zapewniając, iż będzie ona udana.

Francesco-Hayez-siege-jerusalem

Tak, Jezus w Mt 10 i Łk 21 mówi o zniszczeniu Jerozolimy.

Tak, „zbawienie”, o którym mówi, odnosi się do wyratowania z oblężonego miasta.

Nie tylko nie odnosi się zupełnie do losu człowieka po śmierci – cały ten tekst w ogóle nie odnosi się do nas! Nie ma tu mowy o „końcu świata”, choć fragmenty z tych rozdziałów są z lubością cytowane w eschatologicznych książkach. Nie grozi nam najazd armii rzymskiej!

Zwrot ten jednak doskonale pasuje do tego, o co chodzi religii – o zniewolenie ludzi strachem – i dzięki powtarzaniu go od stuleci w kontekście naszego losu po śmierci, wciąż jest bezkrytycznie przyjmowany przez większość chrześcijan jako skierowany do nas.

Bynajmniej nie wyśmiewam i nie potępiam nikogo – sam wierzyłem przez wiele lat, iż fragmenty te mówią o końcu świata, i „zbawienie” odnosi się od nas. A wystarczyło otworzyć Biblię i udać, że nigdy się nie widziało tego tekstu na oczy – spokojnie przeczytać kontekst, 1-2 rozdziały przed nim… Ponieważ jednak niemal wszyscy, których znałem, wierzyli tak samo, przez wiele lat nie przyszło mi niczego kwestionować.

 

Jeśli blisko 100% twoich znajomych i członków rodziny posiada identyczne przekonania religijne, wystąpienie przed szereg naraża cię na odrzucenie. Nikt nie chce być wytykany palcem, nikt nie chce żyć samotnie. W Polsce i tak nie jest tak źle – w wielu krajach porzucenie „religii ojców” grozi więzieniem, a nawet śmiercią. Tutaj śmierć nie grozi, niemniej ostracyzm niczym przyjemnym też nie jest. Sam, przy pierwszej zapowiedzi zmianych denominacji, do której od urodzenia należałem, usłyszałem od matki, że mogę się od razu pakować i wyprowadzać z domu.

I właśnie lęk przed utratą przyjaciół lub rodziny niejako wyłącza nam myślenie.

W ostatnich latach jednak pluralizm światopoglądowy jest w wielu środowiskach czymś coraz bardziej powszechnym, więc być może zaniedługo o wiele łatwiej będzie ludziom próbować myśleć szmodzielnie.

Tobie jednak nikt nie przeszkadza zacząć dzisiaj! Nie musisz wierzyć swojemu Kościołowi tylko dlatego, że on sam się określa autorytetem. Nie musisz też wierzyć temu artykułowi, choć jest po mistrzowsku uargumentowany i napisany (żart!). Otwórz Biblię, wyobraź sobie, że nigdy jej wcześniej nie czytałeś. i…

…czytaj.

W rezultacie być może wyrzucą cię z kościoła, i być może ktoś przestanie się do ciebie odzywać. Dla wielu ludzi ich przekonania religijne to coś, z czego są bardzo dumni, i będą walczyć, jeśli ktoś będzie chcial im je odebrać. Nie poddawaj się jednak! Nie można być prawdziwie szczęśliwym żyjąc w narzuconym przez innych kieracie światopoglądowym!

(ostatnia edycja – 21 maja 2020)

Biblical terms we thought we knew (2/5) – Soul

Everybody knows what “soul” is, right? The common definition says, “the spiritual or immaterial part of a human being or animal, regarded as immortal”. Christians delete the animal thing and – that’s it!

soul3

Or maybe that’s not it?

Let’s see what the Old and New Testament say about soul and how different translations deal with the issue.

The word “soul” in the Bible can be easily researched (good news!) as there is only one Hebrew and one Greek word which translate for it. The Hebrew one is “nephesh” – and it appears about 750 times in the Old Testament; while the Greek “psyche” can be found about 100 times in the New Testament.

The problem is that various editions of the Bible translate it in different ways. Actually it is hard to find 2 Bibles that would translate these words everywhere the same way. Why is it so?

This is a million dollars question. I will try to answer it, and I’ll try to do it without reaching to theology. Just from lingual and logical point of view. The theological point of view is too complicated to be considered here as there are countless ideas and human imagination has no boundaries. I believe, though, we don’t really need to reach to theology to prove my point.

Years ago I really enjoyed taking part in never ending theologian discussions about the nature of soul and… nobody ever really convinced anyone else. One of the most common subjects was whether human soul is immortal. Most Christians believe it is, but a growing number believe that unsaved souls will be eventually killed (annihilated) or that they die together with body and then get resurrected and are given immortality.

My goal here, however, is not to answer what happens to people after they die. It is solely to research what the term „soul” means in the Bible. What I want to prove is that even though it’s a very common biblical term it is not understood correctly by the entire mainstream theology. First of all, it’s not even translated well in vast majority of Bible translations.

Let’s start with comparing the definition I already quoted – „spiritual or immaterial part of a human being or animal, regarded as immortal” – with the Bible.

If the word “soul” means an immortal part of human being – what will we say to this verse?

The soul that sinneth, it shall die (Ezekiel 18:4, KJV)

Well… how is that possible? An immortal soul can die? According to the verse, it can.

Let’s a look at a more modern translation now:

The one who sins is the one who will die (Ezekiel 18:4, NIV)

Oh, now it looks better, doesn’t it? The problem is that NIV doesn’t really translate this verse. NIV interprets it. Literally – word by word – Ezekiel 18:4 ends with „the soul – that sins – it will die”. NIV does translaste used here „nephesh” as „soul” in other places, here they choose to use the word „the one”.

Would the word “soul” ruin the NIV translators’ theology so bad that they decided to delete it from this passage?

Some theologians try to convince us that nephesh/psyche can mean different things in the same way many other words in Hebrew and Greek languages have a lot of meanings. English has lots of ambiguous words, too. I remember when I started learning English I was amazed at how many pages were dedicated to the word „get” in my dictionary. The Oxford English Dictionary gives 289 meanings of „get” but today I know this result is actually far from best – there are also 464 definitions of „set”, 396 of „run” and 368 or „go” and somehow we still are able to communicate using these words without any problems. The rule is multiple meanings usually concern common, simple words and must always be made clear by context. And if the Bible doesn’t really define nepehesh/soul, there must be no doubt about what these words meant.

There is a Bible verse we could almost think of as the definition. Look here:

Then the LORD God formed a man from the dust of the ground and breathed into his nostrils the breath of life, and the man became a living being. (Genesis 2:7, NIV)

Oh, where’s the word “soul”? I forgot the creators of NIV don’t really like that word. Let’s look at good’ol King James Version:

And the LORD God formed man of the dust of the ground, and breathed into his nostrils the breath of life; and man became a living soul. (Genesus 2:7, KJV)

Yes, the Hebrew word here is “nephesh”. And even though it’s in the very beginning of the Bible, it’s not the first occurrence of it. “Nephesh” is also used 4 times in Genesis 1, in verses 20, 21, 24 and 30 and . NIV translates the word as “creature” in the first three times and “breath” in the last one, and – surprisingly – KJV does almost the same thing, only putting “life” instead of “breath”.

Please pay attention – the very fact that the word „nephesh” in Genesis 1 regards animals denies at least one common belief – that only humans have a soul. I am not saying by no means that humans are no different than animals. I am saying that whatever the word „soul” means, concerns both people and animals.

Let’s make a little experiment and see how we would react to see these verses if the word “nephesh” would consistently be translated as “soul”:

And God said, ‘Let the water teem with living souls, and let birds fly above the earth across the vault of the sky.”  So God created the great souls of the sea and every living thing with which the water teems and that moves about in it, according to their kinds, and every winged bird according to its kind. And God saw that it was good.  God blessed them and said, ‘Be fruitful and increase in number and fill the water in the seas, and let the birds increase on the earth.’  And there was evening, and there was morning—the fifth day.

And God said, ‘Let the land produce living souls according to their kinds: the livestock, the creatures that move along the ground, and the wild animals, each according to its kind.’ And it was so. And to all the beasts of the earth and all the birds in the sky and all the creatures that move along the ground—everything that has the living soul in it—I give every green plant for food.’ And it was so. (parts of Genesis 1:20-30)

 

Does it look weird? Of course, it says that animals have souls! Everyone knows that only people have souls, right?!

soul2

Everyone? But did everyone read it in the Bible? Where does the Bible say that?

Show me. I can’t see.

Oh, is this getting uncomfortable to you? Great!

I remember myself about 20 years ago, when I was reading a book by Jehovah’s Witnesses quoting Ecclesiastes 3:19 saying that animals and people die in the same way, implying that neither people have any special „souls” or that they are immortal. I was thinking bad things about the authors putting it like this, and it took me many years to realize that all they actually did was quoting the Bible; it was just in conflict with my belief that was already set – I simply believed that people have souls and animals don’t, even though there is no Bible verse saying that.

The problem with most of people is that after we have an opinion for a really long time – then, when we see a different one, we mark it as wrong without any thinking at all.

Imagine if I told you you’re supposed to wear gloves on your feet, not hands.

That’s ridiculous – you’d say – and you wouldn’t even bother to waste a second thinking if I might be right. Your intuition – or let’s call it common sense – would tell you that you know well how to wear stuff.

The really good question is – is this intuition of yours infallible?

Nope. What it „knows” is based on your experiences and your interpretation of them. I think the most important reason we argue is that people tend to confuse intuition with facts. If you were raised in a religious family and most of your friends are religious, and if they all believe almost the same things, your intuition tells you, „It’s the only truth in the world. Let’s don’t waste time for thinking about it.”

Please, do „waste” some time and think!

I encourage you to take concordance and find the word „nephesh” in the Bible – maybe not all 754 occurrences – but let’s say 50 – to see how inconsistently it’s translated in today’s translations. You can find a list of all occurrences of „nephesh” here: http://predi.us/pewnosc-zbawienia/filez/nephesh.pdf . No matter what vast majority of Christianity says, soul does not mean an immortal part of a person!

But what does it mean then?

Before we answer, let’s also have a look at the New Testament „soul.”

Psyche ψυχή – is the word that translates „nephesh” in Septuagint (translation of Old Testament into Greek from the 3rd century BC) and also is the only word that English Bibles translate as „soul„. It occurs over 100 times throughout the whole New Testament. Let’s see how New American Standard Bible translates it:

soul, souls (47 times)
life, lives (43 times)
persons (3 times)
heart (1 time)

We have a very similar situation to the Old Testament – terrible inconsistency! English readers usually understand the word „soul” as the ghostly part of us, which after death leaves the body and flies somewhere (to God, or for judgement, or to heaven/hell), while „life” is something that ends when we die. One definition aims for afterlife, the other – only for the earthly one. How can the same word mean two completely different things?

Let’s look at this verse:

Whoever finds their life will lose it, and whoever loses their life for my sake will find it. (Matthew 10:39, NIV)

Here „psyche” got translated into „life„. Now tell me, what would happen if we put the word „soul” here? „Losing soul” could mean nothing other than either going to hell or total death… in either case we would not suspect Jesus to want it to happen to us. Actually, I checked all popular translations, and I couldn’t find one which would translate „psyche” here as „soul„.

Now let’s look at another verse. More translations use the word „soul” here, but some use ‘life’.

What good is it for someone to gain the whole world, yet forfeit their soul? (Mark 8:36)

Take a moment to think how the meaning of this verse changes depending on whether psyche is translated as „soul” or as „life„.

The first meaning is ascetic – don’t try to gain wealth because when you lose your soul (in hell?) it won’t make you happy.

The second way of translation would keep the focus in this world – what would money help you when you die?

The same idea can be found in Luke 12 where we have a story about a rich man whose harvest was so great one year that he couldn’t fit his barns. He was planning on a happy and lazy future for himself until God showed up and told him, using the beautiful ancient English language, „You fool! This very night your soul is required of you; and now who will own what you have prepared?”.

Actually we don’t know which language God used – New Testament is written in Greek, Jesus spoke Aramaic, and the rich man could actually speak neither one of these languages – but if what we have is Greek, it has to suffice. Greek says „psyche„. English used to say „soul” (KJV) which made you worry about your eternity, but now it says „life” (NIV) which makes you way less worried as it only concerns life on earth.

Don’t you see a repeating pattern here?
Older translations say „soul„, newer ones say „life„.
I checked how many times the words „soul” and „life” appear in both KJV and NIV. Here’s the result:

KJV – soul: 55, life: 172
NIV – soul: 23, life: 229

So from about 100 uses of „psyche” King James Version translates it as „soul” in about 50% cases, while New International Version only about 25% cases. Clearly translators learned over years that Bible spends definitely less time on „the other world” than previously expected.

And I believe it makes great summary of the main subject of this article.

The Bible obviously does speak about what happens after we die. But not too often. In most of Old Testament it’s almost nonexistent. The New Testament is much better, but it doesn’t seem that verses referring to afterlife would make even 1%.

I know! It’s very hard to believe in the beginning. The vast majority of Christians who often go to church, or at least often read the Bible, believe this life only focuses on working for heaven or hell, and that this is what the Bible mostly talk about.

Religion takes God’s warnings to Israel about coming military problems, and – just because it uses the word „judgement” a lot, it applies them to us as a threat and warning from the judgement that will happen after we die… even though there isn’t a single verse describing someone’s worrying about that.

Religion takes multiple warnings from Jesus and apostles about the terrible war that will strike Jews, and… in the same way, we are told that we should worry.

Religion teaches us that Jesus came to this world to give people a chance to avoid hell… even if again there isn’t a single verse about that.  Instead, what I do find in the Bible is this:

I have come that they may have life, and have it to the full. (John 10:10 b)

Religion will add „eternal life” here but…  religion is just good at adding stuff. Jesus shows lots of times how important this life is. He heals, He feeds, He teaches how to live this life the best way that is possible.

Let me say one more time – just because I conclude „soul” means „life” or „person” in the Bible, and thus it turns out the Bible emphasizes this life much more than the other, it doesn’t mean I reject actual eternal life! The Bible is still clear we all will raise from the dead and physical death is more the beginning, rather than the end. In Philippians 1:23nn Paul doesn’t have any doubts that dying means being with the Lord, and that is far better than this life.I also believe that most of „near death experiences” are real glimpses at the spiritual world, so – shortly speaking – no, I do not claim people have no soul.

soul1
I only claim that „soul” in the Bible has nothing to do with the soul we usually mean.
I still use the word „soul” when I discuss things about afterlife with people and I don’t think there is anything wrong with it, as long as we remember what that term really means when we read the Bible. There, we should rather look for the word „spirit” (greek „pneuma”), as this word actually referring to „person minus body”. Look here:

Watch and pray so that you will not fall into temptation. The spirit is willing, but the flesh is weak.” (Matthew 26:41)

And when Jesus had cried out again in a loud voice, he gave up his spirit. (Matthew 27:50)

May your whole spirit, soul and body be kept blameless at the coming of our Lord Jesus Christ. (1 Thessalonians 5:23).

There’s only a few references to this meaning of „spirit” in the New Testament though, most of the times it speaks about Holy Spirit or evil spirits. Again, this shows how little the Bible talks about afterlife.

Should it upset us? On the contrary! First of all, if authors of the Bible don’t spend much answering the question what will happen to us after we die, they clearly also do not worry about it. Neither should we worry then. This fact alone should improve the quality of our lives tremendously!

Please, try reading all the verses, especially in the New Testament, where you see „soul”, this time remembering it has nothing to do with heaven or hell. You will learn lots of new things. The Bible will start to make a lot of more sense. And I am pretty sure you will often feel like you’ve never seen these verses before!
jesus_hugging